Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Kola był może dwa metry nad ziemią. Moduł powrotny stanowił metalową kopułę, teraz spoczywającą na trawie. Z tej wysokości widział wieczny step, płaski i prawie nieskończony, rozciągający się pod grubą warstwą chmur. Widać było ślady ich lądowania: szereg wyżłobień i kraterów prowadzących do końcowego położenia statku, a dalej odrzucony, szarpany wiatrem główny spadochron, pomarańczowy na tle żółto-zielonej ziemi.
Bezpośrednio przed nim znajdowało się coś, co wyglądało jak wioska. Było to po prostu skupisko brudnych, kopulastych namiotów. Stali tam ludzie, mężczyźni, kobiety i dzieci, wszyscy okutani w futra. Wpatrywali się w niego z rozdziawionymi ustami. Za nimi luźno przywiązane konie skubały trawę, wyraźnie nieporuszone ich lądowaniem.
Z wioski ruszył w ich stronę jakiś człowiek. Miał szeroką twarz, głęboko i blisko siebie osadzone czarne oczy; był ubrany w ciężki, długi płaszcz i spiczastą, futrzaną czapkę. W dłoni dzierżył ciężki miecz z kutego żelaza.
— Mongolski wojownik — szepnęła Sabie. Kola zerknął na nią.
— Tego się spodziewałaś, prawda?
— Myślałam, że istnieje spora szansa, sądząc z tego, co widzieliśmy z orbity…
Wiatr zmienił kierunek i Kola poczuł zapach gotowanego mięsa, niemytego ciała i końskiego potu. Było tak, jakby z jego twarzy została zerwana zasłona i nagle stanął twarzą w twarz z rzeczywistością, to naprawdę była przeszłość albo jej część, a on był tu pozostawiony własnemu losowi.
Musa usiłował stanąć, opierając się jedną ręką o kadłub statku.
— Spadliśmy z kosmosu — powiedział do mężczyzny, uśmiechając się. — Czyż to nie cudowne? Proszę… — Wyciągnął puste dłonie. — Możesz nam pomóc?
Wojownik zareagował tak szybko, że Kola ledwie dostrzegł jego ruch. Miecz przeciął powietrze, rozmazując się jak wirująca łopata helikoptera. Głowa Musy wyskoczyła w powietrze, odcięta równie łatwo jak główka stokrotki i potoczyła się po ziemi jak piłka. Ciało Musy wciąż stało z rozpostartymi ramionami. Ale z kikuta jego szyi nagle buchnęła fontanna krwi, spływając po rozdartym pomarańczowym skafandrze. Potem jego ciało przewróciło się i zesztywniało.
Kola wpatrywał się w odciętą głowę Musy, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało.
Wojownik ponownie uniósł miecz. Ale drugą ręką dał znak pozostałym, aby zeszli na ziemię.
— Witajcie na Mirze — mruknęła Sabie. Przerażonemu Koli wydało się, że usłyszał w jej głosie nutkę triumfu.
17. Deszcze
Chwytaczka nie przejmowała się swoim uwięzieniem. Była taka młoda, że może zapomniała, iż kiedykolwiek istniało jakieś inne życie. Wałęsała się wokół klatki albo wdrapywała na siatkę; kołysała się na lśniącym przedmiocie, który podtrzymywał to wszystko i z bezlitosną cierpliwością badała swe uszy i nos.
Kiedy mijały dni, ludzie po drugiej stronie siatki wydawali się coraz bardziej poruszeni, ale nigdy nie omieszkali przynieść małpoludom jedzenia i wody. Chwytaczka wdrapywała się na siatkę, próbując ich dosięgnąć, a ludzie nagradzali ją dodatkowymi kęsami jedzenia. Jednak Poszukiwaczka zamykała się w sobie coraz bardziej. Nienawidziła tego więzienia i dziwnych istot, które ją złapały. Nikt jej nie chwalił ani nie dawał dodatkowych kawałków owoców; w ponurej wrogości Poszukiwaczki nie było nic sympatycznego.
Kiedy zaczęły padać deszcze, zrobiło się jeszcze gorzej.
Deszcze były niekiedy tak ulewne, że ciężkie krople uderzały w skórę jak setki maleńkich pięści. Małpoludy były zawsze zmarznięte i przemoczone i nawet żywa ciekawość Chwytaczki przybladła. Czasami deszcz smagał nagie ciało, dłonie, stopy czy wargi, a kiedy się dostał do oczu, wywoływał naprawdę silny ból.
Deszcz był kwaśny z powodu tego, co się stało na świecie.
Nowy świat został sklejony z fragmentów starego, ale fragmenty te zostały wyrwane z wielu różnych epok, które dzieliły miliony lat. Przemieszanie mas powietrza było przyczyną nieustabilizowanej pogody, która nękała świat w ciągu pierwszych dni po wystąpieniu Nieciągłości. W oceanach niewidzialne rzeki potężnych prądów dążyły do osiągnięcia równowagi.
A lądy zostały rozdarte. Na Atlantyku pas gór wulkanicznych, rozciągających się na południe od Islandii, wskazywał przebieg grzbietu śródoceanicznego, w miejscu, gdzie rodziło się dno morskie ze stopionego materiału wydobywającego się z wnętrza planety. Nieciągłość rozerwała tę strefę. Golfsztrom, który przez tysiąclecia niósł ciepłą wodę z południa do Europy, teraz napotkał świeżą przeszkodę, nową wyspę wulkaniczną, która ostatecznie miała zdeklasować nawet Islandię.
Tymczasem „Pierścień Ognia” wokół Pacyfiku, gdzie przepychały się wielkie płyty tektoniczne, uwiarygodniał nadaną mu nazwę. Kotłowało się wzdłuż zachodnich wybrzeży Ameryki Północnej, od Alaski aż po stan Waszyngton, obudziła się większość spośród dwudziestu siedmiu wulkanów Gór Kaskadowych.
Wybuch Mount Rainier był najgorszy ze wszystkich. Jego grzmot był niczym wielki krzyk, który obiegł całą planetę. W Indiach zabrzmiał jak odgłos strzałów dalekiej artylerii, a rozbitkowie z dziewiętnastego i dwudziestego pierwszego wieku poruszyli się niespokojnie przez sen. Wielka chmura w kształcie grzyba, złożona z popiołu i pyłu, uniosła się wysoko do atmosfery, rozprzestrzeniając się z szybkością huraganu. Większa część pyłu szybko została wypłukana przez deszcze, ale drobne cząsteczki pozostały, przesłaniając słońce. Temperatura spadła. Ochłodzone powietrze mogło zmagazynować mniejszą ilość wody niż przedtem.
Na całym świecie padał deszcz. Padał i padał, i padał.
W pewnym sensie wszystko to było korzystne. Spotworniały świat próbował się zrosnąć i ostatecznie w powietrzu, morzach i skałach miała zapanować nowa równowaga. Ale konwulsje związane z procesem gojenia były niszczycielskie dla wszystkiego, co żyje, roślin czy zwierząt, które walczyły, by przetrwać.
Poszukiwaczka nie miała długofalowych planów. Dla niej istniała tylko teraźniejszość, a jej teraźniejszość była pełna niedoli, tkwiła zamknięta w klatce, smagana kwaśnym deszczem, który lał się na nią z nieba. Kiedy deszcz był wyjątkowo ulewny, Chwytaczka kuliła się pod swą matką, a Poszukiwaczka zwijała się w kłębek, osłaniając dziecko i pozwalając, aby piekące krople zatrzymywały się na jej własnym grzbiecie.
CZĘSC TRZECIA
SPOTKANIA I SOJUSZE
18. Wysłannicy niebios
Wciąż dzierżąc miecz, Mongoł krzyknął coś przez ramię. Z namiotów wybiegło więcej uzbrojonych mężczyzn. Nie, pomyślał Kola, z jurt. Za nimi kobiety i dzieci. Dzieci były jak małe tobołki w filcowych płaszczach i wybałuszały oczy z ciekawości.
Mężczyźni mieli klasyczne azjatyckie rysy, pomyślał Kola, szerokie twarze, małe, ciemne oczy i kruczoczarne, związane z tyłu włosy. Niektórzy nosili przepaski wokół głowy. Mieli na sobie workowate, ciemnobrązowe spodnie i poruszali się boso albo w butach, do których wsuwali spodnie. Jeśli nie mieli obnażonych klatek piersiowych, nosili proste, lekkie i gęsto połatane tuniki.
Robili wrażenie złośliwych i silnych. Spoglądając groźnie, otoczyli uginających się pod ciężarem siły ciążenia kosmonautów. Kola próbował się trzymać. Trząsł się; pozbawiony głowy trup Musy wciąż leżał obok Sojuza, a ostatnie kropelki krwi sączyły się z jego szyi.
Zabójca Musy podszedł do Sabie, która spiorunowała go wzrokiem. Bezlitośnie złapał ją za pierś i ścisnął.