Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Kiedy pędzili w dół, opór gęstniejącego powietrza zaczął im się dawać we znaki. Kola obserwował na przyrządzie pomiarowym, jak przyspieszenie ujemne rośnie, 0,1 g, 0,2 g. Wkrótce zaczął to odczuwać. Wciśnięty w koję zacisnął rozluźnione pasy. Ale wzrost ciśnienia nie był stały; górne warstwy atmosfery były niejednorodne i moduł spadając dygotał, jak samolot przelatujący przez turbulencję. Kola zdał sobie sprawę, tak jak nigdy przedtem, z kruchości kapsuły, w której wnętrzu spadał na ziemię.
Teraz widział przez okno jedynie czerń przestrzeni kosmicznej. Ale do tej czerni zaczęło się wsączać światło, na początku brązowe, jak stara, zaschła krew, ale szybko stawało się coraz jaśniejsze, przemierzając całe widmo, od czerwieni przez oranż aż do żółci. Kiedy powietrze gęstniało, hamowanie stawało się większe od dwóch, trzech i czterech. Światło na zewnątrz było teraz zupełnie białe, gdy pędząca kapsuła rozbijała cząsteczki powietrza i za oknami pojawiła się perłowa poświata, rzucając blade światło na ich skafandry. Wrażenie było takie, jak gdyby znajdowali się wewnątrz lampy fluoroscencyjnej. Ale gdy zewnętrzną powłokę kapsuły osmaliło zjonizowane powietrze, okna poczerniały i anielskie światło przygasło.
A huk nie ustawał. Kapsuła dygotała, rzucając ich na boki i na siebie nawzajem, mimo że byli mocno przypięci. Było znacznie ciężej nawet niż podczas startu i po trzech miesiącach w przestrzeni kosmicznej. Kola nie bardzo z tym sobie radził. Było mu trudno oddychać i wiedział, że nie byłby w stanie podnieść nawet palca, bez względu na to, jak pilne zadanie byłoby do wykonania.
W końcu dygotanie statku złagodniało. Z zewnątrz rozległ się ostry huk, który go przestraszył. Osłona okna rozprysła się, porywając sadzę i jego oczom ukazał się kawał zdumiewająco czystego, niebieskiego nieba. Nie ziemskiego nieba, nieba nowego świata, nieba Mira.
Rozwinął się pierwszy spadochron. Moduł powrotny kilka razy gwałtownie się zakołysał, po czym otworzył się główny spadochron, szarpnąwszy kapsułą, która znów się zakołysała. Kola widział nad sobą jedynie wielką pomarańczową czaszę głównego spadochronu. Trudno było uwierzyć, że minęło zaledwie około dziesięciu minut od chwili odrzucenia pozostałych części Sojuza i może pięć od chwili pierwszego kontaktu z atmosferą. Czuł, jak niewidzialne macki siły ciążenia chwytają jego narządy wewnętrzne; nawet głowa była ciężka, jakby z betonu, zbyt ciężka dla jego szyi. Ale czuł ogromną ulgę, najbardziej niebezpieczna część drogi powrotnej była za nimi.
Kiedy zbliżał się moment lądowania, zasyczał sprężony gaz. Kola poczuł, jak siedzenie unosi się w górę, gdy jego podstawa napełniła się, służąc jako amortyzator, co popchnęło go w stronę konsoli przyrządów i jeszcze bardziej zwiększyło uczucie niewygody.
— Chryste — warknęła Sabie, tak samo przygnieciona. — Będę cholernie szczęśliwa, gdy wydostanę się z tej kabiny.
— Dobrze ci służyła — spokojnie powiedział Musa. — Jeszcze tylko kilka minut.
Ale Kola cieszył się z tych kilku minut, choć było mu niewygodnie, ostatnich minut, w których zautomatyzowany system statku amortyzował jego upadek, może ostatnich minut jego dawnego życia.
— Przyziemienie — krzyknął Musa.
Kola schował głowę między kolana. Rozległ się krótki ryk rakiet odpalanych zaledwie kilka metrów nad ziemią. A potem trzask, kiedy uderzyli w ziemię. I podskoczyli znowu. Po zapierającej dech sekundzie kabina znowu opadła, głośno walnęła i z drżeniem jeszcze raz wyskoczyła w powietrze. Kola wiedział, co to oznacza: Sojuz był wleczony po ziemi przez spadochron.
— Cholera! — krzyknęła Sabie. — Musi wiać…
— Jeżeli się wywrócimy — powiedział Musa głosem pełnym irytacji — możemy mieć kłopot z wydostaniem się na zewnątrz.
— Może powinieneś był pomyśleć o tym wcześniej! — wrzasnęła Sabie.
Jeszcze jedno trzaśniecie, zgrzytliwy ruch, podskok. Chociaż wyściółka skafandra chroniła ciało, Kola poczuł, jak głowa lata mu wewnątrz hełmu i wyrżnął czołem w szybę chroniącą twarz. Nic nie mogli uczynić, musieli to przetrzymać i modlić się, żeby kapsuła się nie wywróciła.
I wtedy, po ostatnim podskoku, kapsuła wreszcie znieruchomiała i stała prosto. Siedzieli, ledwie oddychając. Musa szybko wcisnął guzik, żeby zwolnić spadochron.
Koli było nieznośnie gorąco; czuł, jak pot spływa mu po plecach. Wyciągnął rękę — była niezwykle ciężka — szukając dłoni Musy. Przez chwilę trzymali się za ręce, uspokajając się nawzajem, radzi, że wciąż żyją.
— Wszystko w porządku — wysapał Musa. — Wylądowaliśmy.
— Tak — powiedziała Sabie, gwałtownie dysząc. — Ale gdzie?
Nawet teraz, gdy wyłączali pozostałe układy statku kosmicznego, wszystko odbywało się według ustalonego porządku. Kola wyłączył wentylator, po czym zdjął hełm i rękawice. Zawór dopływu powietrza zewnętrznego otworzył się kilka minut przed lądowaniem i Kola odetchnął powietrzem, które było wyraźnie wolne od pyłu, który ich nękał we wnętrzu Sojuza.
Musa wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Czuję polin.
— Tak. — Był to słodki aromat, przypominający zapach dymu. Polin, rodzaj piołunu, porastał cały step. Wydawało się, że znajomy zapach pobudził energię Koli. — Może ten twój Mir w końcu nie będzie taki dziwny!
Musa uśmiechnął się.
— Jest tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać. — Wcisnął kolejny guzik. Szczęknęły zapadki. Właz nad ich głowami gwałtownie się otworzył i Kola ujrzał kółko zasnutego chmurami szarego nieba. Do kabiny wtargnęło więcej świeżego powietrza.
Musa zwolnił pasy i popchnął siedzenie.
— Tego się naprawdę bałem. — Musiał się ruszyć jako pierwszy z powodu zajmowanego miejsca w środku kabiny. Powoli, poruszając się jak starzec, ciężko podniósł się z miejsca. Normalnie pod ręką byłby cały zespół ratowników i lekarzy, którzy wyciągnęliby go z kabiny, tak jak lalkę z porcelany wyciąga się z opakowania, ale dzisiaj nie było nikogo, kto by mu pomógł. Kola i Sabie pochylili się, pchając go za tyłek i nogi, ale Kola czuł się słaby jak kocię. Musa powiedział: — Ten cholerny skafander jest taki sztywny, stawia mi opór.
W końcu stanął wyprostowany i wystawił głowę na zewnątrz kapsuły. Kola zobaczył, jak mruży oczy od światła, a strzechę gęstych włosów rozwiewa wiatr. Potem oczy rozszerzyły mu się. Położył dłonie na kadłubie — który wciąż był gorący po wejściu w atmosferę, więc trzeba było zachować ostrożność — po czym nadludzkim wysiłkiem (takie Kola odniósł wrażenie) podciągnął się w górę i usiadł na brzegu włazu.
— Teraz ja — powiedziała Sabie. Była wyraźnie osłabiona, ale w porównaniu z Musą wydawała się zwinna. Wspięła się na palce, a Musa pomógł jej się podciągnąć i po chwili siedziała obok niego. — Ojej! — powiedziała.
Kola, który pozostał sam w kapsule, widział tylko ich dyndające nogi.
— Co się dzieje? Co tam jest? Musa powiedział do Sabie:
— Pomóż mi. — Wydobył nogi z włazu, ciężko obrócił się na brzuchu i wyciągnął do niej ręce. Potem ześlizgnął się po zakrzywionym boku Sojuza i zniknął Koli z oczu.
Sabie spojrzała na Kolę, szczerząc zęby w uśmiechu.
— Chodź, popatrz na ten widok.
Kiedy Kola zmusił się do wstania, miał wrażenie, jakby z mózgu odpłynęła mu cała krew. Stał nieruchomo, dopóki uczucie nadchodzącego omdlenia nie ustąpiło. Wtedy sięgnął do włazu i pozwolił, aby Sabie pomogła mu wydobyć się na zewnątrz, po czym usiadł na czubku kadłuba.