Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa Luneta– Chciałbyś się czegoś napić? – zaproponowała pani Coulter. – Ja też trochę wypiję... To nieszkodliwe. Patrz.
Rozcięła jakiś brązowawy, pomarszczony owoc i wycisnęła mętny sok do dwóch szklaneczek. Pociągnęła z jednej i podała drugą Willowi, który również łyknął świeżego, słodkiego napoju.
– Jak trafiłeś do tego miejsca? – zapytała.
– Nie było trudno cię śledzić.
– Najwidoczniej. Czy masz aletheiometr Lyry?
– Tak – potwierdził i pozostawił jej domyślności, czy potrafi go odczytywać.
– I masz nóż, jak rozumiem.
– Sir Charles ci powiedział?
– Sir Charles? Och... Carlo, oczywiście. Tak, powiedział. To fascynujące. Mogę go zobaczyć?
– Nie, oczywiście, że nie – odparł. – Dlaczego trzymasz tutaj Lyrę?
– Ponieważ ją kocham – wyjaśniła. – Jestem jej matką. Grozi jej straszliwe niebezpieczeństwo, a ja nie pozwolę, żeby coś jej się stało.
– Jakie niebezpieczeństwo? – zapytał Will.
– No... – zaczęła i postawiła swój pucharek na ziemi, pochylając się tak, że jej włosy spłynęły po obu stronach twarzy. Kiedy się wyprostowała, założyła je za uszy obiema rękami. Will poczuł woń jakichś perfum, których używała, połączony ze świeżym zapachem jej ciała, co przyprawiło go o dreszcz.
Jeśli pani Coulter zauważyła jego reakcję, niczym tego nie okazała.
– Słuchaj, Will – powiedziała – nie wiem, jak poznałeś moją córkę i ile już wiesz, i z pewnością nie wiem, czy mogę ci zaufać; ale jestem już zmęczona przymusem kłamania. Więc powiem ci prawdę... Odkryłam, że mojej córce grozi niebezpieczeństwo ze strony tych samych ludzi, do których należałam: ze strony Kościoła. Szczerze mówiąc, myślę, że chcą ją zabić. Więc, jak widzisz, stanęłam przed dylematem: słuchać Kościoła czy ratować córkę. A przecież byłam wierną służką Kościoła, najbardziej gorliwą ze wszystkich. Poświęciłam mu życie, służyłam z oddaniem. Ale miałam córkę... Nie zajmowałam się nią, kiedy była mała. Odebrano mi ją i wychowała się wśród obcych. Pewnie dlatego nie bardzo potrafiła mi zaufać. Ale kiedy dorastała, zobaczyłam grożące jej niebezpieczeństwo i już trzy razy próbowałam ją ratować. Musiałam zostać renegatką i ukryć się w tym odległym miejscu. Myślałam, że jesteśmy bezpieczne, ale skoro tak łatwo nas znalazłeś... rozumiesz, że to mnie martwi. Kościół nie zostanie daleko w tyle. A oni chcą ją zabić, Will. Nie pozwolą jej żyć.
– Dlaczego? Dlaczego tak jej nienawidzą?
– Z powodu tego, co ona zamierza zrobić, ich zdaniem. Nie wiem, co to jest; żałuję, że nie wiem, bo mogłabym jeszcze lepiej ją chronić. Ale na pewno jej nienawidzą i nie znają miłosierdzia.
Wychyliła się do przodu, mówiąc cicho, nagląco i z przejęciem.
– Dlaczego ci to mówię? – ciągnęła. – Czy mogę ci zaufać? Chyba muszę. Nie mogę już uciekać, nie mam dokąd pójść. Jeżeli jesteś przyjacielem Lyry, może zostaniesz także moim przyjacielem. Potrzebuję przyjaciół, potrzebuję pomocy. Wszystko teraz jest przeciwko mnie. Kościół mnie zniszczy tak jak Lyrę, jeśli nas znajdzie. Jestem sama, Will, sama z córką w tej jaskini, a wszystkie siły wszystkich światów próbują nas wytropić. I jeszcze ty się zjawiasz na dowód, jak łatwo nas znaleźć. Co zamierzasz zrobić, chłopcze? Czego chcesz?
– Dlaczego trzymasz ją tu uśpioną? – zapytał, uparcie pomijając jej pytania.
– A co by się stało, gdybym pozwoliła jej się obudzić? Natychmiast by uciekła. I nie przetrwałaby nawet pięciu dni.
– Ale dlaczego nie wyjaśniłaś jej tego i nie dałaś wyboru?
– Myślisz, że by mnie wysłuchała? Myślisz, że by mi uwierzyła, nawet gdyby mnie wysłuchała? Ona mi nie ufa. Ona mnie nienawidzi, Will. Na pewno o tym wiesz. Ona mną pogardza. Ja... nie wiem, jak to powiedzieć... kocham ją tak bardzo, że poświęciłam wszystko, co miałam... wielką karierę, szczęście, pozycję i bogactwo... rzuciłam wszystko, zamieszkałam w tej jaskini, jem suchy chleb i kwaśne owoce, żeby tylko utrzymać moją córkę przy życiu. A jeśli w tym celu trzeba ją uśpić, niech tak będzie. Ale muszę zachować ją przy życiu. Czy twoja matka nie zrobiłaby tyle dla ciebie?
Will poczuł zaskoczenie i gniew, że pani Coulter ośmieliła się wspomnieć o jego matce dla poparcia własnych argumentów. Potem pierwszy szok został zagłuszony przez myśl, że przecież matka wcale go nie chroniła; to on musiał ją chronić. Czy pani Coulter kochała Lyrę mocniej, niż Elaine Parry kochała jego? Ale to niesprawiedliwe: jego matka była chora.
Albo pani Coulter nie zdawała sobie sprawy z burzy uczuć, jaką rozpętały jej słowa, albo była szalenie sprytna. Spokojnie patrzyła pięknymi oczami, jak Will poczerwieniał i wiercił się z zakłopotaniem; przez chwilę była niesamowicie podobna do córki.
– Co chcesz zrobić? – zapytała.
– No, widziałem Lyrę – zaczął Will. – Na pewno żyje i chyba jest bezpieczna. To wszystko, co miałem sprawdzić. Więc teraz, kiedy to załatwiłem, mogę pójść na pomoc Lordowi Asrielowi, jak zamierzałem.
Zdziwiła się trochę, ale zapanowała nad sobą.
– Chyba nie chcesz... myślałam, że nam pomożesz – powiedziała całkiem spokojnie, tonem nie proszącym, tylko pytającym. – Nożem. Widziałam, co zrobiłeś w domu sir Charlesa. Możesz zapewnić nam bezpieczeństwo, prawda? Możesz nam pomóc w ucieczce.
– Pójdę już – oświadczył Will i wstał.
Pani Coulter wyciągnęła rękę. Smętny uśmiech, wzruszenie ramion i kiwnięcie głową, jakby w uznaniu dla godnego przeciwnika, który wykonał zręczny ruch na szachownicy: to właśnie wyrażał język jej ciała. Will stwierdził, że ją lubi, ponieważ była dzielna i przypominała starszą, mądrzejszą, bardziej skomplikowaną Lyrę. Nie mógł nic poradzić na to, że ją polubił.
Więc uścisnął jej dłoń, mocną, chłodną i miękką. Obejrzała się na złocistą małpę siedzącą za nią przez cały czas, wymieniły spojrzenia, których Will nie umiał zinterpretować.
Potem odwróciła się z uśmiechem.
– Żegnaj – powiedział, a ona szepnęła:
– Żegnaj, Will.
Wyszedł z jaskini, wiedząc, że śledzą go jej oczy, więc nie obejrzał się ani razu. Nigdzie nie widział Amy. Ruszył z powrotem tą samą drogą, którą przyszedł, trzymając się ścieżki, dopóki nie usłyszał przed sobą szumu wodospadu.
– Ona kłamie – powiedział do Iorka Byrnisona trzydzieści minut później. – Oczywiście, że kłamie. Kłamałaby nawet na własną niekorzyść, ponieważ zbyt kocha kłamstwo, żeby przestać.
– Więc jaki masz plan? – zapytał niedźwiedź, który wygrzewał się na słońcu, leżąc płasko na brzuchu w stercie śniegu pomiędzy głazami.
Will chodził tam i z powrotem, zastanawiając się, czy może użyć sztuczki, która się udała w Headington: za pomocą noża przejść do innego świata, tam znaleźć miejsce, gdzie leżała Lyra, wyciąć otwór do tego świata, przeciągnąć ją na drugą stronę i zamknąć okno. Oczywiste rozwiązanie; dlaczego się wahał?
Balthamos wiedział. W swojej własnej anielskiej postaci, migotliwej jak mgiełka w słońcu, oświadczył:
– Głupio zrobiłeś, że do niej poszedłeś. Teraz niczego już nie chcesz, tylko zobaczyć ją jeszcze raz.
Iorek wydał niski, cichy pomruk. Początkowo Will myślał, że niedźwiedź ostrzega Balthamosa, ale potem uświadomił sobie z lekkim zażenowaniem, że Iorek zgadza się z aniołem. Dotąd ci dwaj nie zwracali na siebie uwagi; zbyt różnili się rodzajem egzystencji; ale w tym punkcie najwyraźniej byli jednego zdania.
Will nadąsał się, ale to była prawda. Pani Coulter go oczarowała. Myślał o niej bez przerwy: kiedy wspominał Lyrę, zastanawiał się, czy będzie podobna do matki, kiedy dorośnie; kiedy wspominał Kościół, zastanawiał się, ilu księży i kardynałów usidliła ta kobieta; kiedy wspominał zmarłego ojca, zastanawiał się, czy budziłaby w nim wstręt czy podziw; kiedy wspominał matkę...