Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
— Zapewne zwiedził pan kawał świata. Takie ekspedycje do niezbadanych krajów są bardzo niebezpieczne. Czy nie obawia się pan stale ryzykować własnego życia?
Hindus uśmiechnął się i odparł pytaniem na pytanie:
— Czy narażanie własnego życia podczas łowów na dzikie zwierzęta, nigdy nie budziło w panu zastrzeżeń? Wydaje mi się, że... lubicie swój niebezpieczny zawód!
— Oczywiście, proszę pana, chwytanie i oswajanie zwierząt daje nam wiele zadowolenia.
— A widzi pan! Ukończyłem studia i przeszedłem specjalne przeszkolenie, przygotowujące do badania nieznanych krajów Azji. Nigdy nie jestem pewny, czy powrócę szczęśliwie z wyprawy, lecz mimo to chętnie ryzykuję życie. Wzajemne poznanie się zbliża narody. Czy to nie jest warte kilku nędznych istnień ludzkich?
— Oczywiście, jeżeli tak spojrzymy na tę sprawę. Słyszałem szereg zajmujących opowieści o niezwykłych przygodach pundytów.
— Często nazywa się nas pundytami, aczkolwiek określenie to pochodzi od słowa “pandit”, tytułu przysługującego bramińskim uczonym — wyjaśnił Davasarman.
— Czy mógłbym wiedzieć, do jakich krajów odbywał pan wyprawy? Pasjonuję się takimi opowieściami...
— Oczywiście, dla przyjaciół moje wyprawy nie są tajemnicą. Trzykrotnie odwiedzałem Tybet, przewędrowałem Turkiestan Chiński, dwukrotnie byłem w Pamirze, raz nad Jeziorem Bajkalskim i w Afganistanie. Nie wspominam o krajach obecnie należących już do Wielkiej Brytanii.
— To pan musiał wędrować przez całe lata! — zawołał zdumiony Tomek.
— Przeszło dziesięć lat strawiłem na przemierzaniu Azji — odparł Davasarman. — Przekroczyłem już czterdziestkę, lecz jak pan widzi, piesze wędrówki dobrze konserwują człowieka. Nie wyglądam na tyle, prawda?
— Oczywiście, że nie! Czy pan dawno zna pana Smugę? — Poznaliśmy się na polowaniu w Bengalii. Stare to dzieje... Szikar Smuga jest nadzwyczaj dzielnym mężczyzną.
— O tak! To wspaniały człowiek! Od chwili, gdy poznałem pana Smugę, zawsze marzę, aby stać się takim jak on — impulsywnie powiedział Tomek.
— Ma pan wszelkie dane po temu — poważnie rzekł Davasarman. — Posiadacie obydwaj bardzo wiele podobnych cech. Moja siostra, Sita, pierwsza mi to powiedziała, zanim osobiście poznałem pana.
— Czy pan ma na myśli księżnę Alwaru?
— Tak, mogę pana zapewnić o jej przyjaźni. Była bardzo zmartwiona tym... przykrym incydentem z pierścieniem.
Tomek zamilkł speszony. Davasarman uśmiechnął się, po czym zapytał:
— Czy słyszał pan w Indiach o Crimach?
— Nawet czytałem o nich w jakiejś książce podróżniczej.
— Mamy sporo czasu, więc opowiem panu zabawną, autentyczną historię. Otóż zrządzeniem losu, dwóch bardzo zamożnych kupców należało do kasty Crimów. Oczywiście nie mieli jakiejkolwiek potrzeby dokonywania przestępstw, lecz nie chcąc naruszać kastowego rytuału, odwiedzali się raz do roku i podczas wizyty wzajemnie zabierali sobie nieznacznie jakiś przedmiot mniej więcej równej wartości. W ten sposób wilk był syty i owca cała. Pewnego razu do jednego z nich zawitał miły gość. Brat owego kupca ofiarował gościowi ładne pudełko do betelu. Podsunęło to myśl niefortunnemu Crimowi, iż chociaż raz w życiu mógłby ucieszyć swoją patronkę, boginię Bogiri Mahalakshmi, prawdziwym występkiem, dokonanym według zasad obowiązujących złodziejską kastę. Postanowił ukraść gościowi pudełko do betelu, a potem po złożeniu ofiary bogini, podarować mu jeszcze bardziej kosztowny upominek. Naprędce obmyślił plan działania. W nocy zakradł się do pokoju swego gościa. Na nieszczęście, ów Crim z przypadku, dokonując po raz pierwszy prawdziwej kradzieży, nie miał wprawy koniecznej w tym rzemiośle. Gość nie tylko się przebudził, lecz omal nie rozpoznał złodzieja. Sprawa nabrałaby nieprzyjemnego rozgłosu, gdyby brat kupca, wiedziony jakimś przeczuciem, nie zdążył w porę interweniować. Gość domyśliwszy się prawdy, okazał wiele wyrozumiałości i szlachetności, czym zyskał sobie przyjaźń kupca oraz całej jego rodziny.
— Każdy człowiek choćby raz w życiu popełnia jakiś błąd. Och, przed nami jakaś zagroda, a przy niej konie! — powiedział Tomek, szczerze rad, iż nadarzyła się okazja do przerwania kłopotliwej rozmowy.
— Tutaj zmienimy zaprzęgi — wyjaśnił Davasarman.
Wymiana koni trwała zaledwie kilka minut, po czym tonga pomknęły dalej po wyboistym trakcie przez malownicze doliny oraz zalesione wysoczyzny. W miarę oddalania się od Rawalpindi, kraj stawał się coraz bardziej górzysty. Zbocza gór pokrywały lasy jodłowe i cedrowe [97]. Wokół rozrzuconych tu i tam gospodarstw rosły drzewa owocowe, a na polankach kwitły fiołki. Początkowo okolica przypominała włoskie zbocza Alp, im jednak tonga pięły się wyżej po zygzakowatej drodze, nabierała coraz bardziej surowego, dzikiego wyglądu.
Woźnice, zachęceni obietnicą sutego dasturu, stale przynaglali konie, mimo że szybka jazda po wąskiej, wyboistej, krętej drodze często groziła stoczeniem się w przepaść. Przed każdym zakrętem donośnie trąbili w małe rogi, aby ostrzec wozy dążące z przeciwnej strony. Wymijanie się pojazdów zakrawało na karkołomną sztukę, toteż Tomek co chwila oglądał się na wóz ojca i bosmana.
Wkrótce wjechali w dolinę rzeki Dżehlam [98], wzdłuż której przebiegała granica pomiędzy Indiami Brytyjskimi i terytoriami należącymi do maharadży Kaszmiru. W wiosce Kohala Tomek przeżył nie lada wzruszenie, bowiem tonga w pełnym pędzie przejechały przez wysoki, chybotliwy most z pni drzewnych luźno przerzuconych nad głębią i opartych tylko końcami na belkach, wysuniętych nieco z obu brzegów koryta rzeki. Na woźnicach huśtający się most nie robił żadnego wrażenia. Zatrzymali powozy przed jednym z domków, opatrzonym szyldem z napisem w języku angielskim i perskim: “Komora Celna”. Tutaj również musiano dobrze znać Pandita Davasarmana, ponieważ celnik po kilku ugrzecznionych “salamach” skwapliwie orzekł, że myśliwi oraz podróżnicy wolni są od opłacania cła.
Pandit Davasarman dopilnowywał przeprzęgania koni. Bosman zaraz skorzystał z okazji, aby użalić się przed przyjaciółmi:
— Nie spodziewałem się nigdy, że taki rozsądny człowiek jak Smuga będzie narażał nas na skręcenie karków na górskich wertepach — mówił rozprostowując swe olbrzymie, obolałe cielsko. — W dryndzie ciasno i niewygodnie, trzęsie tak okropnie, że najgorsza huśtawka na morzu podczas sztormu jest niewinną kołysanką, a w dodatku wszystko to odbywa się na głodniaka. Taka droga nadaje się tylko dla tutejszych pustelników uprawiających głodówkę.
— Mnie także kiszki marsza grają — wtrącił Tomek.
Wilmowski też był głodny, więc wszyscy razem z Davasarmanem wstąpili do oberży i posilili się naprędce, po czym w nieco lepszych humorach wsiedli do tonga.
Od Kohala droga ciągnęła się wzdłuż stromego lewego brzegu rzeki Dżehlam. Musieli zwolnić tempo jazdy. Miejscami wąski, wyboisty trakt wiódł po prostu przez przewieszki nad prostopadłymi ścianami skalnymi, to znów znikał w ciemnych tunelach wydrążonych w skałach. Często zagradzały drogę osuwiska ze zboczy górskich, pasażerowie wysiadali wtedy z tonga, a woźnice, narażeni w każdej chwili na stoczenie się w przepaść, przeprowadzali pojazdy przez zdradliwe miejsca. Po tak męczącym i denerwującym odcinku drogi zatrzymali się na nocny wypoczynek w Domel. Była tu dość liczna kolonia wojowniczych Sikhów, wyróżniających się nie tylko wyglądem zewnętrznym, lecz także i zwyczajami. Fizycznie byli znacznie lepiej rozwinięci niż Hindusi. Nosili długie włosy zwinięte w węzeł ukryty pod turbanem i okazałe brody. Na przegubach ich rąk połyskiwały metalowe bransoletki — widomy znak należenia do klasy wojowników. Kobiety Sikhów nie zakrywały swoich twarzy i w pełni zażywały swobody. Chodziły po wsi razem z mężczyznami i ciekawie przyglądały się białym podróżnikom.
97
Cedr himalajski w języku sanskryckim “deva dara — święte drzewo” stanowi doskonały budulec. Rośnie również w Europie.
98
Dżehlam — Jhelum.