Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
Wilmowski trącił go pod stołem. Udadżalaka uśmiechnął się i odparł:
— Tak jest, szlachetny sahibie, dziękuję! Czy mogę wprowadzić babu?
— A gdzież to podziewa się Pandit Davasarman? On dowodzi naszą karawaną, wobec czego babu powinien zwrócić się do niego — powiedział Wilmowski.
— Pandit polecił mi przedstawić nowego babu sahibom — padła odpowiedź.
Wilmowski i Tomek z wyrzutem spojrzeli na bosmana. On również zrozumiał, iż Davasarman jest urażony.
— Wobec tego niech wejdzie ten babu — zgodził się Wilmowski.
Udadżalaka uchylił drzwi i przyzwalająco skinął głową. Do izby wszedł nowo przyjęty tłumacz i przewodnik. Był to niezbyt wysoki mężczyzna, odziany w gruby wojłokowy płaszcz, przepasany skórzanym pasem, nabijanym srebrnymi guzami. Obuwie miał filcowe. Spod pilśniowej czapy, z podwiniętymi do góry dwiema klapkami na uszy, opadały na ramiona dwa czarne warkoczyki, z wplecionymi w nie czerwonymi wstążeczkami. Za pasem zatknięty miał kukri, to jest krótki, zakrzywiony nóż o szerokim ostrzu, używany przez Gurkhów.
— Jestem nowym babu, sahibie — cicho rzekł przybysz.
Podróżnicy spoglądali na niego zdumieni, albowiem wydawało się im, iż znają już skądś tę twarz i ten głos. Naraz Tomek podniósł się od stołu, po czym szybko podszedł do babu. Zajrzał mu prosto w twarz, a po chwili cofnął się jeszcze bardziej zdziwiony. — Domniemany babu roześmiał się, zadowolony z efektu, jaki sprawiła na sahibach jego osoba.
— Nie mylisz się, sahibie, to ja jestem od dzisiaj waszym babu — rzekł wesoło.
— Pandit Davasarman! — jednocześnie krzyknęli Wilmowski i bosman.
— Cóż ma oznaczać ta maskarada? — śmiejąc się, pytał Wilmowski.
— Niech cię wieloryb połknie! Nigdy bym nie przypuszczał, że ubiór może tak zmienić człowieka — dziwił się bosman. — Głos cię tylko zdradził, Davasarmanie.
— Od dzisiaj jestem babu, a Udadżalaka szuprassi. Od samego początku rezerwowałem dla nas te funkcje, ponieważ każdy od razu zwracałby uwagę na Hindusów podróżujących z białymi sahibami. Tymczasem wydaje mi się, że im mniej będą o nas ludzie mówili, tym lepiej na tym wyjdziemy. W Azji wszelkie wiadomości przebiegają przez kraje lotem błyskawicy, mimo iż są podawane tylko z ust do ust.
— Dlaczego wczoraj nie powiedziałeś nam o swoim zamiarze? — dopytywał się Wilmowski.
— Chciałem sprawdzić, czy poznacie mnie w tym przebraniu. Jednocześnie proszę, aby od tej chwili sahibowie nazywali mnie po prostu: babu. A teraz ruszajmy w drogę!
— Komu w drogę, temu czas — rzucił przysłowie bosman, powstając od stołu.
Niebawem znaleźli się przed domem na podwórzu karawanseraju. Oprócz pięciu wierzchowców oraz pięciu jucznych koni zastali tam siedzących na mułach trzech koniuchów, trzech służących i kucharza. Trzej łowcy, babu oraz Udadżalaka przytroczyli karabiny do łęków siodeł, po czym bez zwłoki dosiedli wierzchowców. Kopyta końskie głucho zadudniły na bruku podwórza. Świtało.
Zaraz za wsią przejechali przez most na drugą stronę burzliwego, bryzgającego białą pianą Indu [103]. Dość wygodny dotąd trakt przemienił się teraz w ścieżki wijące się wzdłuż brzegu rzeki na pięć długich etapów.
Podróżnicy brnęli po starych zwałach lawinowych pełnych zdradliwych szczelin, to znów zjeżdżali w lesiste doliny głośne rozkrzyczanym ptactwem, a potem znów wspinali się na pokryty żwirem i kamieniami szlak. Niewiele rozmawiali podczas tej męczącej jazdy — rzeka huczała głusząc słowa.
Na noc rozbijali namioty w małych dolinkach. Zmęczeni, spali mocno, nie zwracając nawet uwagi na możliwość niedźwiedzich odwiedzin. W ciągu tych czterech dni minęli leżące przy trakcie stacje: Kangan oraz Goond, po czym przejechali przez Gagangir i Sonamerg, czyli tak zwane “żółte łąki”. Przyjęły one nazwę od żółtych krokusów pokrywających kwieciem podgórskie, pobliskie polany. Z dala w górach iskrzyła się biel śniegów, a mroźny wiatr smagający gwałtownymi porywami zmusił podróżników do nałożenia futrzanego odzienia i wojłoków.
Popasali we wsi Baltal w rozległej kotlinie, zamkniętej przez potężne przerwy skalne pokryte lodem. Tu rozkoszowali się ciszą, jaka ogarnęła ich po opuszczeniu doliny Indu, wypełnionej hukiem wartko płynącej rzeki. Osada, szumnie zwana wsią, składała się zaledwie z trzech nędznych chat. Nie opodal nich rozbili swe namioty. Przez kilka godzin wypoczywali przy ognisku, mimo duszącego i gryzącego dymu, jaki dawały karłowate brzozy służące za opał.
Wieś Baltal była graniczną osadą w Kaszmirze. Wprost na wschodzie piętrzyło się ku niebu pasmo zachodnich Himalajów, najwyższych gór świata. Przed wyruszeniem w drogę babu zaopatrzył białych sahibów w oryginalne okulary. Miały one drewniane oprawki, w których w miejsce szkieł zwisały końskie włosy. Okulary te miały chronić oczy przed porażeniem przez biel śnieżną zalegającą góry, a powodującą często tak zwaną “białą ślepotę”.
Od Baltalu droga wciąż pięła się w górę, aż do Zoji-la, stanowiącej jedyne wyraźne obniżenie w wyniosłym paśmie zachodnich Himalajów [104]. Dojście do przełęczy nie było ani łatwe, ani bezpieczne. Ścieżka prowadziła urwistymi zboczami często nad przepaściami. Każdy nieopatrzny krok człowieka, czy zwierzęcia groził stoczeniem się w otchłań.
Pierwszy jechał babu, za nim Udadżalaka, bosman, Tomek, Wilmowski i reszta ludzi z jucznymi końmi. Bosman pobladł, bowiem jego wierzchowiec, zamiast kroczyć środkiem wąziutkiej ścieżyny, zaczął piąć się pod górę tuż nad samym skrajem przepaści. Marynarz kilkakrotnie usiłował zmusić konia cuglami do zaprzestania karkołomnych popisów, lecz wierzchowiec uporczywie wracał na skraj ścieżki.
— Ot, durne bydlę, zupełnie mnie nie słucha — wybuchnął zdenerwowany. — Chce zlecieć w przepaść razem ze mną!
— Co się stało, panie bosmanie? — zawołał zaniepokojony Tomek.
— Nie mogę nakłonić nędznej szkapy, aby zeszła więcej na środek tej piekielnej ścieżki — odparł wzburzony bosman. — Wlecze się z uporem żwirowatym brzegiem. Zlecimy razem, jak amen w pacierzu!
Udadżalaka jadący przed bosmanem odwrócił głowę i rzekł:
— Posłuchaj mojej rady, szlachetny sahibie. Puść wolno wodze i zdaj się na instynkt konia, albowiem każde zwierzę najchętniej kroczy po tej części złej drogi, którą już przed nim przeszły bezpiecznie inne zwierzęta. Tędy najczęściej idą juczne karawany. Ładunek na grzbiecie konia grozi w każdej chwili zaczepieniem o skalną ścianę i spadnięciem w przepaść. Toteż doświadczone w marszach górskich juczne zwierzęta kroczą wydeptanym skrajem ścieżki, odsuwając się jak najdalej od zdradliwego zbocza. Nasze konie instynktownie wybierają drogę swych poprzedników i najlepiej jest w takim przypadku pozostawić im swobodę. Przyjrzyj się, sahibie, wszystkie nasze wierzchowce czynią to samo.
— To mnie przekonuje, Udadżalako. Cóż jednak mogę na to poradzić, że nie lubię patrzeć w przepaść? Sami diabli to nadali — odpowiedział bosman, dodając soczyście, marynarskie słówko.
— Mam pomysł, bosmanie! — odezwał się Tomek. — Proszę zamknąć oczy. Wtedy nie będzie pan widział przepaści.
— Faktycznie niezła myśl, ale co się stanie, jeśli przypadkiem zdrzemnę się i zlecę z siodła? Pal sęk, w szczenięcym wieku przeszedłem odrę, to i teraz jakoś chyba przejdę przez te górki.
— Brawo, bosmanie! Jeszcze gotów pan polubić takie wędrówki!
— Jeśli takiego uszczypliwego pędraka jak ty polubiłem, to kto wie, może przekonam się kiedyś i do gór. Chociaż, jak do tej pory, nie zanosi się na to.
103
Ind lub Indus — źródła tej rzeki są w Tybecie, górny bieg w Kaszmirze, a środkowy i dolny w Pakistanie Zachodnim.
104
Zoji-la znajduje się na wysokości 3529 m. “La” znaczy w języku tybetańskim “przełęcz”, a więc jest to “przełęcz Zoji”.