Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
Demony Leningradu [calibre 3.42.0] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]

Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 86
Перейти на страницу:

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Jeszcze raz zlustrowałem teren przez lornetkę: wydawało się, że jedynymi żywymi istotami w zasięgu wzroku – poza nami, rzecz jasna – są dwaj niemieccy wartownicy. Stali przed wejściem do magazynów, z papierosami w rękach, pogrążeni w cichej rozmowie. Jakieś pięćdziesiąt metrów od nas, trochę za daleko. Zastanawiałem się, czy nie wziąć na akcję karabinu Mosina z tłumikiem, ale po namyśle zdecydowałem się jedynie na pepesze i rewolwery. W końcu nie mieliśmy brać udziału w walkach ulicznych, lecz zlikwidować paru Szwabów. No i przy skokach spadochronowych liczy się i rozmiar broni, i każdy dodatkowy kilogram. Tyle że dla rewolweru, tym bardziej z tłumikiem, odległość była zbyt duża. Zakląłem pod nosem, klepnąłem chłopaków po plecach. Natychmiast ruszyli naprzód. Uzbrojeni jedynie w nagany i noże wtopili się momentalnie w nocny mrok. Zagryzłem wargi, przypominając sobie po raz kolejny, jak odmówiłem wzmocnienia grupy. Pomysł, aby załatwić sprawę w czwórkę, nie wydawał mi się już aż tak genialny jak wcześniej. Z jednej strony Niemcy nie byli zawodowcami, to biło po oczach, żaden doświadczony żołnierz nie pozwoliłby sobie na pogaduszki na warcie, nie mówiąc już o paleniu papierosa, z drugiej chłopcy niedawno przeszli rekonwalescencję. Czy dadzą radę? Nie zawiodą w krytycznym momencie?

Ponownie uniosłem lornetkę do oczu, zamrugałem, oślepiony jasnym światłem. Nieco z lewej, nad niewielką przybudówką, zapewne wartownią, kołysała się na wietrze zaopatrzona w silną żarówkę lampa. Umieszczona na wysokości pierwszego piętra oświetlała jedynie niewielki obszar. Moje szkła miały siedmiokrotne powiększenie, widziałem Niemców, jakbym stał tuż obok. Na pewno nie byli w stanie obserwować tego, co działo się wokół, każde źródło światła upośledza nocne widzenie, ale może któryś z nich był fanatycznym zwolennikiem marchewki czy jagód? I posiadał ponadprzeciętną wrażliwość? Ech... szlag by to.

Rozmyślania przerwał mi odgłos podobny do wyskakującego korka od szampana. Zawtórowały mu kolejne. Najwyraźniej Drozd i Kotuszew nie mieli zamiaru ryzykować, zareagowali jak na ćwiczeniach: dwa strzały w korpus, kontrolny w głowę. I po sprawie. Żadnych popisów, żadnej brawury. Doskonale!

Podbiegliśmy do magazynów, za moimi plecami cicho zagrzechotała stal – Wiera niosła broń chłopaków, ja musiałem mieć wolne ręce.

Drozd uchylił drzwi, wpadłem do środka, trzymając oburącz rewolwer, zająłem pozycję w korytarzu. Mijały długie jak wieczność, odliczane łomotem serca sekundy. Nie było gorąco, jednak po pomazanej sadzą twarzy spływały mi krople potu. Kiedy te matołki wreszcie tu przylezą? Kwatery mieszkalne mieściły się na pierwszym piętrze, jedyna ubikacja na parterze. Jeśli ktoś zejdzie się odlać... Jednej osobie dam radę, ale co, jeżeli pojawią się dwie? Wystarczy, żeby któraś krzyknęła. A i tłumik typu Bramit to żadne cudo – strzał i tak słychać, tyle że ciszej niż normalnie. Bramit... Też mi, kurwa, komunistyczna skromność... Ciekawe, komu wpadło do głowy, aby tak nazwać to ustrojstwo? Bra-cia Mit‍-ynowie. Też coś!

Usłyszałem cichy szelest, w korytarzu pojawiła się reszta mojej ekipy. W końcu! A przecież mieli tylko schować ciała wartowników, grób im kopali czy co?

Ruszyliśmy na górę, na szczęście schody były marmurowe. Nie zaskrzypią. Czyżby magazyny mieściły się w jakimś pałacu? Akcję szykowaliśmy w takim pośpiechu, że nie zdążyłem nawet poznać detali, jedynie zapoznałem się z ogólnym planem budynku. Szczegółowego nie było. No i chuj! Damy sobie radę. Nie mamy wyjścia. Zresztą co za różnica: pałac nie pałac? Pałaców ci u nas dostatek, podobnie jak cerkwi. Tyle że większość z tych ostatnich pozamieniano w publiczne wychodki – na osobisty rozkaz towarzysza Stalina. W ramach walki z zabobonami i religijnym obskurantyzmem.

Tima i Pietka zaczęli przeszukiwać pomieszczenia, pokój po pokoju. Spokojnie i po cichu; żadnej bieganiny, żadnego trzaskania drzwiami. Ja i Wiera, rozstawieni w przeciwległych końcach korytarza, stanowiliśmy ubezpieczenie, na wypadek gdyby ktoś z personelu postanowił wyjść na spacer. Przechodząc do kolejnego pomieszczenia, Tima pokazał dwa palce, w chwilę później jeden. Znaczy trzech Szwabów mniej. Ilu jeszcze zostało? Niestety, informacje zaczerpnięte od miejscowych partyzantów okazały się dość ogólnikowe: na terenie magazynów miało przebywać czterech wartowników i bliżej nieokreślona liczba fachowców z zakresu historii sztuki. Prosiłem, żeby któregoś z uczonych rabusiów zostawić przy życiu, mógł nam się przydać, ale czort wie co z tego wyjdzie.

Nocną ciszę przerwało skrzypnięcie drzwi, a jednak ktoś się obudził... Tuż obok Wiery pojawił się przysadzisty, niekształtny cień. Wiatr – jak zwykle w takich sytuacjach nie w porę – odchylił bujającą się na zewnątrz lampę, pogrążając korytarz na moment w mroku. Odruchowo strzeliłem, celując wzdłuż lufy; nie było możliwości użycia przyrządów celowniczych, na podobny do kaszlnięcia odgłos niemal natychmiast nałożył się charakterystyczny suchy trzask. Ze ściany odpadł kawał tynku. Ożeż kurwa! Chybiłem. Teraz dopiero się zacznie... Rzuciłem się naprzód, odbezpieczając w biegu pepeszę. Zaraz facet wrzaśnie, a wtedy koniec konspiracji. Wypada tylko mieć nadzieję, że niewielu już Niemców zostało.

Zamiast krzyku rozległ się cichy jęk. Przede mną stał krępy facet w bufiastych gaciach i podkoszulku. Bez namysłu skręciłem mu kark. Kiedy upadł, ujrzałem sterczący mu z brzucha nóż. A więc dlatego nie krzyknął... Zuch dziewczyna! Widać to dźganie wieprzowiny na coś się przydało.

Panna Turkuł z mocno nietęgim wyrazem twarzy uniosła dłonie do ust. No nie, jeszcze brakuje, żeby mi się tu porzygała! Groźnym gestem nakazałem jej unieść broń i zająć pozycję przy wpółotwartych drzwiach. Lepiej sprawdzić, czy facet nie miał współlokatora. Tymczasem na korytarzu pojawili się chłopcy, do sprawdzenia zostały jeszcze trzy pokoje.

– Żywcem! – wyartykułowałem bezgłośnie.

Pietka skinął głową.

Grube gumowe podeszwy głuszyły moje kroki, kiedy ostrożnie wśliznąłem się do pokoju. Usłyszałem przytłumione chrapanie. Gruby Szwab nie mieszkał sam. Przysunąłem się ostrożnie bliżej łóżka, odchyliłem lekko kołdrę, kantem dłoni uderzyłem w bok szyi śpiącego. Zwiotczał momentalnie, jego regularny dotąd oddech zamienił się w charczenie. Cóż, o ile nie zmiażdżyłem mu tętnicy, przeżyje. Jak Bóg da... Choć może powinienem rozpatrywać tę kwestię w kategoriach dialektyki? A i czort z tym! Moich myśli nikt nie słyszy. Na szczęście...

– Mamy jeńca, piętro czyste, na następnym wszystkie pomieszczenia są zamknięte i zaplombowane – zameldował Kotuszew, stając w progu.

– W porządku – mruknąłem i zapaliłem światło.

– Nikt nas nie zobaczy? – zaniepokoiła się Wiera.

– Może i zobaczy. – Wzruszyłem ramionami. – Tyle że za... – spojrzałem na zegarek – dwadzieścia minut partyzanci zaatakują garnizon i wysadzą w powietrze tory, jakiś kilometr od stacji. To powinno odciągnąć ciekawskich w inną stronę. Tak czy owak, światło w oknach nawet w środku nocy jest mniej podejrzane niż użycie latarek. Bo wiesz, to z zewnątrz też widać.

Przyjrzałem się Szwabowi: zaczynał sinieć. Nie wyglądało to zbyt dobrze.

– Tima, co z nim? – spytałem.

Kotuszew przeszedł szkolenie medyczne, jeszcze zanim trafił do wojska. W okolicy, gdzie mieszkał, nie było żadnych lekarzy, stąd jego zainteresowanie tematem.

Chłopak podszedł do nieprzytomnego Niemca, zbadał tętno, wreszcie frasobliwie pokręcił głową.

– Zbyt silne uderzenie, komandir... – orzekł. – Nawet jeśli jakoś się z tego wyliże, w najbliższym czasie nie będzie z niego pożytku.

1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)