Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-083-3
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]». Краткое содержание книги:
— Źle się czujesz, Eli? — zapytał troskliwie gospodarz. — Mogę dać ci niezły…
— Gracjuszu — przerwałem mu — interesowałeś się jak nasz były Włóczęga zwany obecnie Głosem wchodzi w swoją nową rolę? Niebawem będziemy mogli poruszać się z szybkością nadświetlną. Ożyją też nasze anihilatory bojowe. Gracjuszu, pomóż Głosowi, zostań jego asystentem.
Galakt popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
— Co kryje się pod twoją propozycją, admirale? — zapytał.
— Nie wiem — odparłem niepewnie. — Chyba przeczucie. Nie potrafię ci tego wytłumaczyć, bo to nie da się wyrazić słowami, ale przeczucia dla ludzi mają swoje znaczenie. Należysz do tej samej rasy, co i Głos, dlatego proszę cię, żebyś mu pomógł…
— Zostanę asystentem Głosu, Eli — odparł z serdeczną powagą Galakt.
5
Nikt nadal nie wiedział, jakie siły blokowały pracę MUK, ale siły te stopniowo słabły i przestawały już być niepokonaną przeszkodą w uruchomieniu mózgów pokładowych. Pierwszy ocknął się MUK „Strzelca” wymontowany z ewakuowanego gwiazdolotu. Olga na wiadomość o tym wyściskała nawet Ellona, który zapewnił, że wszystkie mózgi, działające jeszcze jakby ospale, odzyskają niebawem pełną sprawność, bo siły blokujące ich działalność myślową szybko zanikają. Dodał też, że wówczas można będzie zrezygnować z usług naszego zamkniętego w kuli ulubieńca.
— Nie lubisz Głosu, Ellonie? — zapytałem.
Zamiast odpowiedzi odwrócił się do mnie plecami. Demiurgowie nie uczą się w szkołach zasad dobrego ludzkiego wychowania, a w dodatku Ellon nie zapomniał jeszcze, że kiedyś był wielce obiecującym Niszczycielem.
Rozmowa z Ellonem skłoniła mnie do zastanowienia. W dniu, kiedy mózgi pokładowe zaczną działać, Głos przestanie być potrzebny. Nie mogłem tego negować, ale kłopoty z maszynami myślącymi sprawiły, że nie mogłem już odnosić się do nich z pełnym zaufaniem. W Ginących Światach po prostu nie można było na nich polegać. Powiedziałem to przy okazji Olegowi.
— Nikt nas nie zmusza do rezygnowania z usług Głosu, kiedy mózgi pokładowe będą już w pełni sprawne — zauważył Oleg. — Będzie nawet lepiej, gdy sterowanie zostanie zdublowane.
— To właśnie chciałem zaproponować. Ale Ellon nie będzie zachwycony takim rozwiązaniem.
— Do moich obowiązków nie należy wzbudzanie zachwytu Ellona — powiedział cicho Oleg. — Na razie to ja dowodzę eskadrą, a nie on.
— Co zamierzasz? — zapytałem. — Kontynuować zaplanowany rejs czy w związku z utratą trzech czwartych eskadry wracać do bazy?
Nie odpowiedział mi od razu.
— Zżymam się na myśl o powrocie, który miałby wszelkie znamiona ucieczki, ale nie chciałbym też pchać się na oślep w ogień.
— Nie wykonaliśmy zadania — przypomniałem. Nie spełniliśmy też obietnicy danej Aranom. Gdzie jest ów skrawek czystego nieba, o którym tak wiele mówiliśmy?
Od chwili, gdy gwiazdoloty odzyskały zdolność ruchu, myślałem niemal wyłącznie o tym. Zaraz po katastrofie paniczny lęk skłaniał do ucieczki, ale w miarę upływu czasu strach mijał, osłabło też pragnienie zemsty za poległych przyjaciół i znów powróciło pytanie: czy mamy pomóc Aranom? To nie był nasz obowiązek, bo zjawiliśmy się w Ginących Światach jako zwiadowcy, a nie cywilizatorzy, mogliśmy więc z czystym sumieniem pozostawić Aranię jej losowi. Ale nie miałem czystego sumienia — miałem za to masę wątpliwości. Kiedyś przyznałem się do :.ich Głosowi.
— Chcesz narazić na niebezpieczeństwo resztę eskadry, Eli?
— W żadnym wypadku, Głosie. Szukam innych możliwości oczyszczenia przestrzeni niż ten, który zirytował Ramirów. Nieustannie o tym myślę. Ty też spróbuj się nad tym zastanowić, Głosie!
W nocy nie mogłem długo zasnąć i w milczeniu miotałem się po kabinie. Myślałem. Jeśli Ramirowie nie zdołali nas zniszczyć, to sprawa jest prosta, nie dali rady. Co znaczy nie dali rady? Nie chcieli! Spaliwszy „Cielca” osiągnęli jakiś swój cel i lekceważąco zignorowali pozostałe gwiazdoloty. Jaki to był cel? Nie dopuścić do anihilacji planety! Znali z doniesień Oana nasze zamiary i przeszkodzili nam w ich realizacji. Dlaczego? Po co im była potrzebna ta martwa planetka? Co kryje się za ich okrucieństwem wobec Aranów?
Nad ranem weszła do mnie przestraszona Mary i powiedziała z ulgą:
— Jesteś tutaj? Obudziłam się, zobaczyłam, że ciebie nie ma i pomyślałam, iż wydarzyło się jakieś nowe nieszczęście.
— Mary — powiedziałem — odpowiedz mi dlaczego Okrutni Bogowie są okrutni? Przecież okrucieństwo jest jednym z przejawów tchórzostwa i słabości, a nie potęgi!
— Tak jest w społeczeństwach ludzkich — zaoponowała z uśmiechem — ale nie musi być w cywilizacjach gwiezdnych jądra Galaktyki. Różne miejsca, różne obyczaje…
— Nie chodzi tylko o zwyczaje, ale o logikę, która wszędzie musi być jednakowa!
— Doprawdy? Dlaczego więc zarzucasz mi czasem „kobiecą logikę”, a więc logikę różną od twojej?
— Masz rację, Mary! — wykrzyknąłem ze śmiechem. — Postaram się zapamiętać, że we Wszechświecie istnieje mnóstwo rozmaitych logik czy też różnych systemów myślenia. Założę też z góry, że nasz system myślenia jest odmienny od innych i spróbuję przetransponować go, przenieść w inny układ współrzędnych i zobaczyć, jakie prawa pozostaną niezmienione, poszukać inwariantów. Inwariantów logiki i etyki międzygwiezdnej. I jeśli nawet wówczas nie zrozumiem dlaczego Ramirowie z nami walczą i czego w ogóle chcą, to znaczy, że na starość oduczyłem się myśleć.
Mary wróciła do siebie, a ja nadal biegałem po kabinie, myślałem za siebie i za Ramirów, konstruowałem i odrzucałem dziesiątki koncepcji, z których wreszcie jedna wydała mi się godna uwagi. Musiałem to natychmiast sprawdzić, więc pobiegłem do kabiny Głosu, po której majestatycznym krokiem przechadzał się Gracjusz.
— Przyjaciele — powiedziałem. — Dowódca eskadry polecił przygotować się do kontynuowania rejsu w kierunku jądra. Uszkodzonego gwiazdolotu wziąć ze sobą nie możemy, zaś jego zanihilowanie może spowodować nową kontrakcję nieznanych wrogów. Dlatego Oleg chce go zniszczyć przez zastosowanie konwencjonalnej eksplozji. Ja mam inną propozycję: może poddać „Strzelca” anihilacji tlącej? W pobliżu Ziemi często stosujemy tę metodę, jeśli zależy nam, aby zbyt gwałtowny wybuch nie naruszył równowagi ciał niebieskich:
Głos zrozumiał mnie w pół słowa.
— Masz nadzieję, że przeciwko takiej anihilacji Ramirowie nie zaprotestują? — zapytał. — Chcesz zbadać zakres tolerancji Okrutnych Bogów?
— Chcę im zadać konkretne pytanie i otrzymać na nie wyraźną odpowiedź, a nie widzę na to innego sposobu poza tym ryzykownym eksperymentem. Potrafisz przeprowadzić taką operację na odległość, Głosie?
— Bez najmniejszego trudu!
Oleg rozkazał „Koziorożcowi” i „Wężowi” oddalić się od skazanego na zniszczenie „Strzelca” na granicę widoczności optycznej, a ciężarówki odsunąć jeszcze dalej. I Głos przystąpił do akcji.
Osima, jako obdarzony najszybszym refleksem, zasiadł za sterami „Koziorożca”, aby w razie najmniejszego niebezpieczeństwa rzucić się do natychmiastowej ucieczki, my zaś zgromadziliśmy się w kabinie Głosu. Niedawny Włóczęga uspokoił nas, że eksperyment przebiega sprawnie. „Strzelec” wolno się wypala, przekształcając się w pustą przestrzeń i nie napotykając przy tym zbyt wielkiego oporu.
— Jak mam cię rozumieć, Głosie? — zapytałem. — Wyczuwam pewne ograniczenie, Eli. Moje rozkazy wykonywane są z opóźnieniem. Niewielkim, liczonym w mikrosekundach, ale jednak opóźnieniem…