Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Kiedy skończyłem, padłem na łóżko, dysząc z wysiłku, i spróbowałem rozmasować nadgarstki. Następnie ponownie usiadłem, ostrożnie przewiesiłem nogi nad brzegiem łóżka i postawiłem je na ziemi.
Nie krzyknąłem tylko dlatego, że powstrzymywała mnie różnorodność odczuwanego bólu. Odczuwałem go w tak wielu miejscach, mówił tak wieloma językami, przywdział tak oszałamiającą mozaikę strojów ludowych, że szczęka opadła mi ze zdumienia na pełnych piętnaście sekund. Chwyciłem się brzegu łóżka i zacisnąłem oczy, dopóki ryk nie osłabł do poziomu szmeru. Wtedy dokonałem drugiego przeglądu obrażeń. Nie wiem, z czym się zderzyłem, ale na pierwszy ogień poszła prawa strona ciała. Kolano, udo i biodro wrzeszczały na mnie, a wrzaski były tym bardziej wściekłe, że noga miała niedawno kontakt z głową Richiego. Żebra bolały mnie tak, jakby ktoś je powyciągał, a następnie powkładał w złej kolejności, a szyja, choć zdecydowanie nieskręcona, ledwie się ruszała. No i jeszcze jądra.
Zmieniły się. Po prostu nie mogłem uwierzyć, że były tymi samymi jądrami, które nosiłem przy sobie przez całe życie i które, przyznaję, traktowałem jak przyjaciół. Te były większe, znacznie większe, i przybrały zupełnie niewłaściwy kształt.
Istniał tylko jeden sposób, aby temu zaradzić.
Chodzi o znaną wszystkim osobom uprawiającym sztuki walki technikę, która pozwala pozbyć się bólu w tych okolicach. Często wykorzystuje się ją na japońskich dojo, kiedy podczas treningu przeciwnik zanadto się rozochoci i przyłoży ci w okolice genitaliów.
Trzeba zrobić tak: podskoczyć piętnaście centymetrów w górę i wylądować na piętach z maksymalnie usztywnionymi nogami. W ten sposób zwiększa się na chwilę działającą na mosznę siłę grawitacji. Nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie to działa, ale działa. A raczej nie działa. Musiałem spróbować kilka razy, tańcząc pogo po całym pokoju na tyle intensywnie, na ile pozwalała mi prawa noga, aż w końcu stopniowo przeraźliwy ból zaczął pomalutku ustępować.
Schyliłem się, aby dokładnie przyjrzeć się ciału Richiego.
Metka na garniturze zachwalała zdolności Wyśmienitych Krawców z firmy Falkus, ale nie dowiedziałem się z niej niczego więcej. W prawej kieszeni spodni znalazłem sześć funtów i dwadzieścia pensów, a w lewej scyzoryk w panterkę. Richie miał na sobie białą nylonową koszulę oraz półbuty marki Baxter z czerwonobrunatnej skóry z czterema dziurkami na sznurowadła. I to mniej więcej wszystko. Nic innego nie pozwalało wyróżnić Richiego z tłumu i sprawić, że serce bystrego detektywa zabiłoby szybciej. Żadnego biletu autobusowego. Ani karty bibliotecznej. Ani wydartej z lokalnej gazety strony z ogłoszeniami drobnymi z jedną pozycją zakreśloną czerwonym flamastrem.
Z rzeczy choć trochę nietypowych znalazłem jedynie kaburę marki Bianchi typu crossdraw zawierającą jeden nowiutki samopowtarzalny glock 17 kaliber 9 mm.
Zapewne mieliście kiedyś okazję przeczytać jedną z tych nonsensownych opinii na temat glocka. Faktycznie, rękojeść wykonana z wymyślnych polimerów skłoniła jakiś czas temu jednego czy dwóch dziennikarzy do podekscytowania się możliwością, że pistolet może nie zostać wykryty podczas kontroli na lotnisku, ale to przecież straszna bzdura. Zamek, lufa i spora część bebechów są zrobione z metalu, co więcej, trudno przenieść przez kontrolę siedemnaście nabojów parabellum, udając, że to wkłady do szminki. Atuty glocka to pojemny magazynek przy niewielkiej wadze, wysoka celność i praktycznie niedościgniona niezawodność. Wszystkie te cechy sprawiają, że gospodynie domowe na całym świecie wybierają właśnie glocka 17.
Odsunąłem zamek, wprowadzając nabój do lufy. Glock 17 nie ma bezpiecznika. Celuje się, strzela i ucieka, gdzie pieprz rośnie. Takie pistolety lubię.
Otworzyłem ostrożnie drzwi na korytarz i nie dostrzegłem żadnego wahadłowca. Znalazłem się w białym korytarzu, z którego wychodziło siedmioro innych drzwi. Wszystkie były zamknięte. Korytarz kończył się oknem wychodzącym na linię dachów, które mogły znajdować się w jednym z pięćdziesięciu miast. Był dzień.
Budynku od dłuższego czasu nie używano zgodnie z przeznaczeniem, jakiekolwiek ono było. Na całej długości brudnego korytarza poniewierały się kartony, sterty papieru, worki foliowe na śmieci, a w połowie długości stał rower górski bez kół.
Zabezpieczanie zajętego przez wrogów budynku to zabawa dla co najmniej trzech graczy. Sześciu to dobra liczba. Gracz siedzący po lewej stronie rozdającego sprawdza pokoje, ubezpieczany przez kolejną dwójkę, w tym czasie pozostałych trzech pilnuje korytarza. Tak się to robi. Jeżeli zachodzi konieczność gry w pojedynkę, zasady zmieniają się całkowicie. Otwiera się powoli każde drzwi i zagląda się w głąb przez zawiasy, pilnując jednocześnie, aby nikt nie podkradł się od tyłu; w ten sposób sprawdzenie dziesięciu metrów korytarza zajmuje około godziny. Tak mówi każdy podręcznik poświęcony temu tematowi.
Moja opinia na temat podręczników jest taka, że inni prawdopodobnie również je czytają.
Najszybciej jak mogłem przebiegłem zygzakiem przez korytarz z pistoletem w wyciągniętej ręce, otwierając gwałtownie wszystkie siedmioro drzwi, aż dobiegłem do drugiego końca korytarza, rzuciłem się pod okno, oparłem plecami o ścianę i przygotowałem się do wpakowania całego magazynka w kogokolwiek, kto wystawiłby głowę. Nikt się nie pojawił.
Tym razem wszystkie drzwi były otwarte, a pierwsze na lewo prowadziły na klatkę schodową. Widziałem z metr poręczy i wiszące nad nią lustro. Podniosłem się i schylony przebiegłem przez drzwi, wymachując na wszystkie strony pistoletem najgroźniej jak potrafiłem. Pusto.
Zmieniłem uchwyt i wyrżnąłem kolbą w środek lustra, roztrzaskując je na kawałki. Podniosłem jeden z masywniejszych i przeciąłem sobie dłoń. Przypadkowo, gdyby was to ciekawiło.
Uniosłem stłuczony kawałek lustra i przyjrzałem się swojemu podbródkowi. Rana wyglądała mniej niż ładnie.
Na korytarzu wróciłem do powolnej metody sprawdzania pokoi, podkradając się do każdej futryny, wystawiając za nią lusterko i obracając je powoli tak, aby obejrzeć całe pomieszczenie. Metoda dość nieporadna, a ponieważ ściany zbudowano z najwyżej dwuipółcentymetrowej płyty gipsowej i prawdopodobnie nie zatrzymałyby nawet pestki wiśni wystrzelonej z palców przez słabowitego trzylatka — również w sumie bezcelowa. Ale wydawała mi się lepsza od stawania w drzwiach i wołania: „Hej, jest tam kto?”
Pierwsze dwa pokoje znajdowały się w takim samym stanie jak korytarz. Brudne i zastawione rupieciami. Zepsute maszyny do pisania, telefony, krzesła o trzech nogach. Rozmyślałem właśnie nad tym, że żaden eksponat w największych muzeach na świecie nie ma tak antycznego wyglądu jak dziesięcioletnia fotokopiarka, kiedy usłyszałem jakiś dźwięk. Wydany przez człowieka. Jęk.
Czekałem. Nie powtórzył się, więc odtworzyłem go sobie w głowie. Dobiegł z sąsiedniego pokoju. Wydał go mężczyzna. Ktoś albo uprawiał seks, albo źle się czuł. Albo była to pułapka.
Wyszedłem na korytarz i ostrożnie podszedłem do następnych drzwi. Wyciągnąłem przed siebie rękę z lusterkiem i ustawiłem je tak, aby zobaczyć wnętrze pokoju. Na środku siedział na krześle mężczyzna, głowa opadła mu na piersi. Niski, gruby, w średnim wieku i przywiązany do krzesła. Skórzanymi paskami.
Na jego koszuli widać było ślady krwi. Dużej ilości krwi.
Gdyby przeciwnik zastawił na mnie pułapkę, to liczyłby, że właśnie w tym momencie skoczę na równe nogi i zawołam: „Wielkie nieba, czy mogę panu w czymś pomóc?” Dlatego nie ruszyłem się z miejsca i obserwowałem. Mężczyznę i korytarz.