Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 95
Перейти на страницу:

— Nie wiedziałem, że to tłumaczysz — rzekł.

— Przetłumaczyłem, opracowałem. Wygładziłem parę chropowatych miejsc, wypełniłem luki, które pozostawiłeś, i temu podobne. Parę dekad pracy. Powinieneś być dumny, twoje idee stanowią w znacznej mierze fundament gotowej książki.

Wypełniały ją wyłącznie idee Atro i Szeveka.

— Jestem — zgodził się Szevek. Przyjrzał się swoim dłoniom. Po chwili rzekł: — Chciałbym opublikować rozprawkę na temat odwracalności, którą napisałem w tym kwartale. Byłoby dobrze, gdyby dotarła do Atro. Zainteresowałaby go. On wciąż trwa przy przyczynowości.

— Opublikować? Gdzie?

— Po ajońsku — na Urras. Poślij ją Atro, jak tę ostatnią, a on ją zamieści w jednym z tamtejszych periodyków.

— Nie możesz dawać im do druku czegoś, co nie zostało wydane tu na miejscu.

— Ależ tak właśnie postąpiliśmy w tym przypadku! To wszystko, prócz mojej repliki, ukazało się najpierw w Przeglądzie Ieu Eun.

— Nie mogłem temu zapobiec, ale czy myślisz, że mi było do tej publikacji pilno? Chyba nie sądzisz, że wszyscy w KPR aprobują taką wymianę poglądów z Urras, co? Defensywa nalega, żeby każde słowo, jakie stąd wychodzi na pokładzie tych frachtowców, było aprobowane przez ich eksperta. A co najważniejsze, czy ty myślisz, że ci wszyscy prowincjonalni fizycy, którzy nie mają dostępu do tego kanału łączności z Urras, nie zazdroszczą nam, że z niego korzystamy? Myślisz, że nie są zawistni? Są ludzie, którzy tylko czekają, tylko czekają na jeden nasz fałszywy krok. Powinie nam się noga — i do widzenia skrzynko pocztowa na urrasyjskich statkach. Teraz wszystko jasne?

— Jak do tego w ogóle doszło, że Instytut zyskał dostęp do tej skrzynki pocztowej?

— Wybór Pegvura do KPR przed dziesięciu laty. — Pegvur był fizykiem umiarkowanie wybitnym. — Od tamtej pory stąpam na palcach, żeby to utrzymać. Rozumiesz?

Szevek kiwnął głową.

— Zresztą Atro i tak nie zawracałby sobie głowy twoimi płodami. Przejrzałem tę rozprawkę, zwróciłem ci ją przecież parę dekad temu. Kiedyż ty wreszcie przestaniesz tracić czas na te wsteczne teorie, których się GvaYab uczepiła? Czy nie widzisz, że ona zmarnowała na nie życie? Obstając przy nich, wyjdziesz na głupka. Do czego masz oczywiście niezaprzeczalne prawo. Nie będziesz jednak robił głupka ze mnie.

— A gdybym przedstawił tę rozprawę do publikacji tutaj, w języku prawickim?

— Strata czasu.

Szevek lekkim skinieniem głowy przyjął to do wiadomości.

Podniósł się, tykowaty i kanciasty, i przez chwilę stał w zamyśleniu. Zimowe światło kładło się matowym blaskiem na jego nieruchomej twarzy i włosach, które nosił obecnie zaplecione w warkocz z tyłu głowy. Podszedł do biurka i wziął jedną z leżących na stosie nowiutkich książek.

— Chciałbym ją posłać Mitis — powiedział.

— Bierz, ile chcesz. Posłuchaj. Jeśli uważasz, że wiesz lepiej ode mnie, jak masz postępować, daj tę rozprawę do druku. Nie potrzebujesz zezwolenia! U nas, jak ci wiadomo, hierarchie nie obowiązują! Nie mogę cię powstrzymać. Mogę ci tylko służyć radą.

— Jesteś konsultantem Syndykatu Wydawniczego do spraw rękopisów z dziedziny fizyki — przypomniał Szevek. — Sądziłem, że oszczędzę wszystkim czasu, zadając ci teraz to Dytanie.

Przez jego łagodność przebijała nieustępliwość; nie starając się nikogo naginać, sam pozostawał nieugięty.

— Oszczędzę czasu — co chcesz przez to powiedzieć? — warknął Sabul, ale i on był odonianinem: skręcił się niemal z powodu swojej hipokryzji, odwrócił od Szeveka, ponownie doń zwrócił, na koniec warknął ze złością, grubym z gniewu głosem: — W porządku!

Zaproponuj te zasrane wypociny! Oświadczę, że nie jestem kompetentny, żeby wyrażać o nich zdanie. Zasugeruję im, żeby zwrócili się o konsultację do Gvarab. To ona jest specjalistką od jednoczesności, nie ja. Mistyczna mętniaczka! Wszechświat jest struną gigantycznej harfy, oscylującej między bytem i niebytem! A swoją drogą, jaką też ona wygrywa melodię? Pasaże Harmonii Numerycznych, jak mniemam? Uznaję się więc za niekompetentnego, innymi słowy: nie mam ochoty zalecać KPR czy Wydawnictwu intelektualnego łajna!

— Praca, którą dla ciebie wykonałem — powiedział Szevek — jest częścią tej, którą podjąłem, idąc tropem idei Gvarab dotyczących jednoczesności. Chcąc mieć jedno, musisz zaakceptować i drugie.

Ziarno najlepiej wschodzi w gównie, jak mawiamy w Północoniżu.

Czekał jeszcze chwilę, nie doczekawszy się zaś odpowiedzi, pożegnał się i wyszedł.

Zdawał sobie sprawę, że wygrał bitwę — i to łatwo, bez użycia gwałtu. Lecz gwałt został przecież zadany.

Tak jak przepowiedziała Mitis, był „człowiekiem Sabula”. Ten już od lat nie udzielał się jako fizyk; renomę zawdzięczał temu, co sobie przywłaszczał z osiągnięć innych umysłów. Szevek miał odwalić pracę myślową, Sabul — zebrać honory.

Sytuacja, oczywiście, etycznie nie do przyjęcia i Szevek powinien napiętnować ją i odrzucić. Tylko że nie mógł. Potrzebował Sabula. Chciał publikować to, co pisał, i wysyłać ludziom zdolnym go zrozumieć — fizykom z Urras; potrzebował ich pomysłów, krytyki i współpracy.

Targowali się więc z Sabulem, dobijali targu niczym spekulanci. Nie była to walka, lecz handel. Ty mi daj to, ja ci dam to. Odmówisz — i ja odmówię. Stoi? Stoi! Kariera Szeveka, podobnie jak istnienie jego społeczeństwa, zależała od podtrzymywania tej podstawowej, niejawnej umowy handlowej. Ich związek był oparty I nie na pomocy i solidarności wzajemnej, lecz na wyzysku; nie był organiczny, ale mechaniczny. Czy z zasadniczej dysfunkcji może wyniknąć prawdziwe funkcjonowanie?

Ale przecież ja chcę tylko doprowadzić do końca swoją pracę — perswadował sobie Szevek, wracając deptakiem, szarym, wietrznym popołudniem, do czworobocznej mieszkalni. — To mój obowiązek, moja radość, cel całego życia. Człowiek, z którym przyszło mi pracować, jest przepychającym się łokciami, dążącym do dominacji spekulantem i nie zmienię tego; jeżeli chcę pracować, muszę pracować z nim.

Pomyślał o Mitis i jej przestrodze. Pomyślał o Instytucie w Północoniżu i przyjęciu w noc przed odjazdem. Wydało mu się ono teraz tak odległe, tak po dziecięcemu spokojne i bezpieczne, że zachciało mu się płakać z tęsknoty. Kiedy przechodził pod portykiem gmachu Nauk Biologicznych, jakaś mijająca go dziewczyna rzuciła nań z ukosa spojrzenie, jemu zaś wydało się, że jest podobna do tamtej — jakże jej było na imię? — tej krótko ostrzyżonej, która podczas przyjęcia tak się opychała piernikami. Przystanął i obejrzał się, ale dziewczyna zniknęła już za rogiem. A zresztą miała drugie włosy. Przeminęła, przeminęła, wszystko przemija. Wyszedł spod osłony portyku. Wiatr zacinał drobnym, rzadkim deszczem.

Deszcz, jeśli już padał, to tylko drobny. To był suchy świat. Suchy, anemiczny, nieprzychylny. Nieprzychylny! — powiedział głośno po ajońsku. Nigdy dotąd nie słyszał, jak ten język brzmi; brzmiał bardzo dziwnie. Deszcz siekł go w twarz, jak gdyby ktoś ciskał w nią żwirem. Nieprzychylny deszcz. Do bólu gardła dołączył się straszny ból głowy, z którego ledwie przed chwilą zdał sobie sprawę. Dowlókł się do pokoju numer 46 i padł na tapczan, który wydał mu się znacznie niższy niż zwykle. Nie mógł pohamować drżenia. Naciągnął na siebie pomarańczowy koc i skulił się pod nim, próbując zasnąć; nie mógł jednak opanować dygotu, znajdował się bowiem pod ciągłym ogniem atomowego bombardowania ze wszystkich stron, nasilającym się wraz ze wzrostem temperatury.

1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)