Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
Jauntował się do apartamentu Robin Wednesbury w budynku wznoszącym się samotnie pośród wisconsinskich sosen. To był prawdziwy powód przybycia Cyrku Four Mile do Green Bay. Jauntował się i przybył w pustkę i ciemność, spadając natychmiast na dół.
— Złe współrzędne! — pomyślał lecąc. Chybiony jaunting? — Uderzył się boleśnie o sterczący koniec złamanej dachówki i wylądował z łomotem na rozkładającym się trupie, który leżał rozciągnięty na potrzaskanej podłodze.
Zerwał się z kontrolowanym obrzydzeniem i nacisnął językiem pierwszy prawy górny ząb trzonowy. Podczas operacji, która przekształciła połowę jego ciała w maszynę elektroniczną, klawiaturę zainstalowano mu w zębach. Naciskając ząb językiem Foyle pobudził peryferyjne komórki siatkówek swych oczu do emisji łagodnego światła. Skierował dwie blado świecące wiązki w dół na trupa mężczyzny.
Zwłoki leżały w apartamencie znajdującym się pod mieszkaniem Robin Wednesbury. Były wypatroszone. Foyle spojrzał w górę. W suficie, tam gdzie powinna być podłoga salonu Robin, ziała dziura o średnicy dziesięciu stóp. W całym budynku śmierdziało spalenizną, dymem i zgnilizną.
— Szaber — mruknął cicho Foyle. — Ten dom splądrowali szabrownicy. Co tu się wydarzyło?
Wiek jauntingu utworzył z włóczęgów, trampów i wagabundów całego świata nową warstwę społeczną. Ciągnęli ze wschodu na zachód za nocą, zawsze w ciemnościach, zawsze w poszukiwaniu łupu, szczątków ocalałych z klęsk żywiołowych, padliny. Gdy trzęsienie ziemi zburzyło dom towarowy, plądrowali go już następnej nocy. Gdy ogień strawił dom mieszkalny lub wybuch zniszczył systemy alarmowe sklepu, wjauntowywali się do wnętrza i oczyszczali je dokładnie. Nazywali siebie Szaber-jauntowcami. Byli szakalami.
Foyle wspiął się na górę po resztkach klatki schodowej. Na korytarzu, piętro wyżej, obozowali Szaber-jauntowcy. Nad ogniskiem, które poprzez dziurę w dachu strzelało w niebo skwierczącymi iskrami, piekła się dorodna sarna. Wokół ogniska siedziało z tuzin mężczyzn i trzy kobiety, wszyscy potargani i odpychający. Szwargotali coś miedzy sobą w rymowanym, londyńskim żargonie szakali. Odziani byli w łachmany i popijali kartoflane piwo z kieliszków od szampana.
Pojawienie się Foyla przyjęte zostało ze złowieszczym pomrukiem, wyrażającym mieszaninę złości i strachu przed wynurzającym się niespodziewanie spośród ruin olbrzymem w czerni, który przypatrywał się im bacznie oczyma emitującymi snopy bladego światła. Foyle kroczył niespiesznie miedzy podnoszącą się z miejsc bandą, zmierzając w stronę drzwi mieszkania Robin. Dzięki żelaznej kontroli, jaką sprawował nad własnym ciałem z całej jego postaci emanował nastrój chłodnej obojętności.
— Jeśli ona nie żyje — myślał — jestem skończony. Potrzebuję jej, ale jeśli nie żyje…
Apartament Robin był tak samo zdewastowany jak i reszta budynku. Po salonie pozostał tylko owal podłogi okalającej wyrwaną pośrodku dziurę. Foyle szukał ciała. W sypialni leżało w łóżku dwóch mężczyzn i kobieta. Mężczyźni przywitali go przekleństwami. Kobieta wrzasnęła na widok zjawy. Mężczyźni rzucili się na Foyla. Cofnął się o krok i nacisnął językiem dwa górne siekacze. Zahuczały obwody nerwowe i każdy zmysł oraz szybkość reakcji jego ciała na bodźce zewnętrzne uległy pięciokrotnemu przyspieszeniu.
W rezultacie nastąpiło natychmiastowe spowolnienie świata zewnętrznego do niesamowicie żółwiego tempa. Dźwięk mowy przeszedł w basowy bełkot. Barwy przesunęły się w dół widma ku czerwieni. Dwaj napastnicy zdawali się teraz płynąć w jego kierunku z koszmarną powolnością. Dla reszty świata Foyle stał się rozmazaną w ruchu plamą. Odsunął się spokojnie na bok, unikając pieści zmierzającej cal po calu w kierunku jego szczęki, obszedł mężczyznę dookoła, podniósł go do góry i wrzucił do krateru ziejącego w podłodze salonu. Drugiego szakala popchnął w ślad za pierwszym. Dla przyspieszonych zmysłów Foyla ich ciała zdawały się płynąć wolno w powietrzu, przyhamowane w pół wykroku, z wciąż jeszcze wysuwającymi się ospale do przodu pięściami i otwartymi ustami wydającymi stłumione, bełkotliwe dźwięki.
Foyle śmignął do kobiety kulącej się w rogu łóżka.
— Błoucło? — spytała cienkim głosem rozmazana plama. Kobieta wrzasnęła.
Foyle nacisnął ponownie górne siekacze, wyłączając przyspieszenie. Świat zewnętrzny powrócił z wstrząsem z tempa zwolnionego do normalnego. Dźwięk i barwy przeskoczyły w górę swych skal, a dwaj szakale zniknęli w dziurze, spadając z łoskotem na podłogę apartamentu położonego piętro niżej.
— Było tu ciało? — powtórzył normalnym głosem Foyle. — Murzynka? — Kobieta nie była komunikatywna. Schwycił ją za włosy i potrząsnął, po czym wrzucił sparaliżowane ze strachu ciało do otworu w podłodze.
W poszukiwaniach śladu, który poinformowałby go o losie Robin przeszkodziła mu banda z korytarza. Nieśli ze sobą pochodnie i sporządzoną naprędce broń. Szakal-jauntowcy nie byli zawodowymi mordercami. Tylko bezbronną ofiarę zadręczali na śmierć.
— Nie przeszkadzajcie mi — ostrzegł spokojnie Foyle pochłonięty myszkowaniem po szafkach i zaglądaniem pod przewrócone meble.
Szabrownicy przysunęli się bliżej, podjudzani przez zbója w futrze z norek i trójgraniastym kapeluszu oraz zagrzewani do walki przekleństwami dochodzącymi z dołu. Człowiek w trójgraniastym kapeluszu cisnął w Foyla pochodnią. Sparzyła go. Znowu przyspieszył i Szaber-jauntowcy przemienili się w żywe posągi. Foyle podniósł z podłogi nogę od krzesła i nie spiesząc się zaczął nią okładać jak maczugą poruszające się w zwolnionym tempie postacie. Na razie żaden z nich nie upadł. Foyle przewrócił mężczyznę w trójgraniastym kapeluszu na podłogę i ukląkł na nim. Zwolnił.
Świat zewnętrzny znowu ożył. Szakale padli tam gdzie stali, ogłuszeni ciosami Foyla. Człowiek w trójgraniastym kapeluszu i futrze z norek zaryczał.
— Było tu ciało? — spytał Foyle. — Młoda Murzynka. Wysoka. Bardzo ładna.
Mężczyzna wił się, próbując wyłupić Foylowi oczy.
— Przecież szukacie ciał — powiedział cicho Foyle. — Niektórzy z was, Szabrowników, wolą dziewczęta martwe niż żywe. Znaleźliście tu jej ciało?
Nie uzyskując zadowalającej odpowiedzi, Foyle pochwycił płonącą pochodnie i przytknął ją do futra z norek. Stanęło w płomieniach. Zaciągnął Szaber-jauntowca do salonu i z kamienną twarzą obserwował jak rabuś tarza się wyjąc na krawędzi krateru i wpada niczym żywa pochodnia w jego mroczną czeluść.
— Było tu ciało? — zawołał z niezmąconym spokojem Foyle, wychylając się poza krawędź dziury w podłodze. Tamten potrząsnął w odpowiedzi głową. — Nie poszło zbyt sprawnie — mruknął do siebie Foyle. — Musze, się nauczyć zasięgania języka. Dagenham mógłby mi zdradzić parę chwytów. Wyłączył wewnętrzny układ elektroniczny i jauntował się.
Pojawił się w Green Bay cuchnąc tak ohydnie opalonymi włosami i przypieczoną skórą, że wstąpił od razu do lokalnego sklepu Presteigna (klejnoty, perfumy, kosmetyki, jonizatory, surogaty), aby nabyć dezodorant. Ale miejscowy Mr. Presto był najwyraźniej świadkiem przybycia Cyrku Four Mile i natychmiast go rozpoznał. Foyle z miejsca zrzucił maskę chłodnej obojętności i przedzierzgnął się w dziwacznego Fourmyle’a z Ceres. Błaznował i wydziwiał. Kupił dwunastouncjowy flakon perfum „Euge Nr 5” (po 100 kredytek za uncje), maznął się delikatnie pod nosem i ku zbudowaniu i zachwytowi Mr. Presta wyrzucił butelkę na ulice.