Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
- Автор: Шоу Боб
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Malgorzata Grabowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:
— Z przykrością informuje panią (pana) — oznajmiła energicznie — że jest już po godzinach urzędowania i pracownicy Korporacji Farma zakończyli prace. Będą ponownie do dyspozycji dokładnie od godziny dziewiątej trzydzieści.
— Mam bardzo pilną sprawę służbową do pana Barenboima.
— Postaram się pomóc w miarę swoich możliwości. Czy zna pani (pan) kod uprzywilejowany?
Carewe podał kod celowo skomplikowany, którego uczyli się na pamięć wszyscy pracownicy Farmy wyższego szczebla, służący do kontaktowania się w sprawach nie cierpiących zwłoki. Sekretarka, będąca obrazem w mózgu komputera Farmy, pokiwała w zamyśleniu głową.
— Mniej więcej do północy pana Barenboima będzie można zastać w domu pana Emanuela Pleetha — poinformowała go. — Mam połączyć?
Kiedy Carewe w odpowiedzi wyłączył aparat, rozczarowana zniknęła rozpływając się w świetlistej mgiełce. W pierwszej chwili chciał zadzwonić do Barenboima, ale ponieważ zniknięcie Ateny mogło mieć związek z wynalazkiem E.80, postanowił działać jak najostrożniej. Trudno było założyć podsłuch na łączach wideofonów, dopuszczał jednak taką możliwość.
Wrócił do bolidu szybkim, niezbyt skoordynowanym i dopiero co wyuczonym krokiem, dzięki któremu mógł się poruszać dostatecznie prędko, a nieczynne płuco nie obijało mu się o żebra. Nogi miał jak z waty, co przypomniało mu, że od dwóch dni właściwie nic nie jadł. Ponieważ jeszcze nigdy nie był w domu Pleetha, z grubsza tylko orientował się w jego położeniu, ale drogowskaźnik w bolidzie podał mu adres i pouczył go, którędy najlepiej się tam dostać. Pół godziny potem wjechał przez bramę niewielkiej posiadłości leżącej około dziesięciu kilometrów na północ od Three Springs. Dom, zbudowany z prawdziwego kamienia, był niski, ale obszerny. Z jego okien padało na schodzące tarasami trawniki ciepłe światło. Bujna roślinność i niezwykle ciepłe jak na tę porę roku wieczorne zefirki zdradzały, że cała posiadłość jest klimatyzowana. Wysiadając z bolidu Carewe rozejrzał się dokoła z podziwem i odetchnął głęboko wonnym powietrzem. Nie wątpił, że wiceprezes Farmy zarabia bardzo dużo, nie podejrzewał jednak, że sztucznie uśmiechający się Pleeth żyje aż tak dostatnio. Przeszedł przez małe patio i już podchodził do drzwi, kiedy te otworzyły się nagle. Wybiegł przez nie z wyciągniętymi do Carewe’a rękoma Barenboim, zaś rumianolicy Pleeth przyglądał się temu z nieprzeniknioną miną, stojąc w progu.
— Willy! Mój drogi! — zawołał Barenboim, a jego oczy, osadzone głęboko w oczodołach, wyrażały wielkie zaniepokojenie. — Co ty tu robisz?
— Muszę z tobą pomówić — odparł Carewe, który spostrzegając zatroskanie Barenboima pojął, że tamten odgrywa je specjalnie dla niego, nie potrafił jednak przejrzeć zamiarów dwustuletniego ostudzeńca i domyślić się, co się za tym kryje.
— Ależ proszę, proszę, wchodź i siadaj — zapraszał go Barenboim, biorąc pod rękę i wprowadzając do środka za idącym w milczeniu Pleethem. — Doszły mnie wieści z Afryki, że raniono cię i trafiłeś tam do szpitala, potem znów, że zniknąłeś czy cos takiego. Martwiliśmy się o ciebie.
Weszli do dużego pokoju pełnego książek, w którym z lamp sączyło się łagodne światło, dobywając błyski z drewnianych mebli. Na samym środku na stole stał nieduży globus. Pozwalając się bezwolnie prowadzić, Carewe usiadł w fotelu na wprost kominka, na którym płonęły bierwiona łudząco podobne do prawdziwych.
— To nie ja zniknąłem, tylko moja żona — sprostował.
— Niemożliwe, Willy, w naszych czasach kobieta nie może zniknąć. Zawsze pozostawia wyraźny trop w postaci operacji kredytowych w…
— Ja nie żartuję — przerwał mu ostro Carewe, odkrywając ze zdumieniem, że szacunek, jaki budził w nim kiedyś Barenboim, zniknął bez śladu.
— Ależ naturalnie, Willy. Nie chciałem wcale… — urwał i spojrzał na Pleetha, który stał w kącie przysłuchując się pilnie rozmowie. — Może w takim razie opowiesz mi, co się stało.
— Od jakiegoś czasu ktoś chce mnie zabić, a teraz na dobitkę zniknęła Atena — powiedział Carewe i zawiesił głos, żeby przyjrzeć się minie Barenboima, po czym przedstawił mu w skrócie wydarzenia minionych dwu dni.
— A więc to tak — rzekł Barenboim, kiedy Carewe skończył opowiadać. — I przypuszczasz, że ma to coś wspólnego z wynalazkiem E.80?
— A ty jak uważasz?
— Przykro mi to mówić, Willy — odparł Barenboim z twarzą zastygłą w wyrazie troski — ale skłonny jestem przyznać ci rację. Stało się dokładnie to, czego za wszelką cenę pragnęliśmy uniknąć.
— Ale… — W głębi ducha Carewe liczył na to, że jego domysły zostaną odrzucone. — Jeżeli ktoś uprowadził Atenę, to co się z nią stanie?
Barenboim podszedł do barku i nalał whisky.
— Jeżeli boisz się, że porywacze ją skrzywdzą, to możesz spać spokojnie — rzekł. — Eksperymenty interesujące naukowca specjalizującego się w biostatyce wymagają zachowania danego osobnika w idealnym zdrowiu.
— Jakie znowu eksperymenty?
— Może być szkocka? — spytał Barenboim, wręczając Carewe’owi szklaneczkę. — Manny wyjaśniłby ci to lepiej ode mnie, ale mówiąc krótko, chodziłoby im o upewnienie się, że płód rozwija się normalnie. To bardzo ważne, słyszałeś kiedyś o thalidomidzie?
— Hm… nie.
— Następna sprawa to dziedziczność. Przypuśćmy, że urodzi się chłopiec: czy budowa jego komórek i mechanizmy ich odtwarzania będą takie jak u człowieka śmiertelnego, czy nieśmiertelnego? Przypuśćmy, że męski potomek sprawnego mężczyzny, nieśmiertelnego dzięki E.80, okaże się niesprawny, co wtedy?
— Nie widzę, żeby to wiele zmieniało — zniecierpliwił się Carewe.
— Być może, ale chcę ci tylko dać jakie takie pojęcie, dlaczego konkurująca z nami firma mogłaby się interesować twoją żoną. My też chcielibyśmy się tego dowiedzieć. Najważniejsze, że jest całkowicie bezpieczna, dopóki jej nie odnajdziemy i nie odzyskamy.
— Słusznie! — Carewe wychylił szklaneczkę i wstał. — Zaraz zawiadomię policję.
— Nie radziłbym ci tego robić — powstrzymał go Barenboim, .a stojący wciąż w kącie Pleeth poruszył się niespokojnie.
— Dlaczego?
— Powiem ci szczerze, Willy, jak się sprawy mają. Jesteś zbyt uparty, więc nie liczę, że puściłbyś mi płazem, gdybym coś zataił. Jeżeli na tym etapie wprowadzimy do akcji policję, jutro rano o E.80 będzie wiedział cały świat. Chcemy oczywiście udostępnić światu nasz wynalazek, ale nie w taki sposób, żeby skorzystali na tym wszyscy nasi konkurenci…
— A tymczasem dzień w dzień tysiące mężczyzn-się utrwala — wtrącił gniewnie Carewe, myśląc o afrykańskich tubylcach, których wbrew ich woli pozbawił męskości.
Barenboim wzruszył ramionami.
— To lepsze niż śmierć, Willy — rzekł. — Ale nie dałeś mi skończyć. Masz prawo iść na policję i mimo konsekwencji wynikających stąd dla Farmy nie śmiałbym cię powstrzymywać, ale chciałbym ci zaproponować inne wyjście.
— Zamieniam się w słuch.
— Moim zdaniem, dobry prywatny detektyw znajdzie twoją żonę szybciej niż wataha gorliwych, ale hałaśliwych policjantów, a w ten sposób i ty, i Farma lepiej na tym wyjdziecie. Znam właściwego człowieka, który chętnie się tego podejmie, i gotów jestem w tej chwili do niego zadzwonić. Proszę cię tylko, żebyś dał mi tydzień czasu. Jeżeli przez tydzień nic nie wskóramy, wezwiesz policję. Co ty na to, Willy?