Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 137
Перейти на страницу:

— Zgubiliśmy czwórkę dzieci, które uciekły z powrotem do Bharaputran. Niedobrze mi się robi na tę myśl. Jest jakaś szansa…?

Z żalem pokręcił głową.

— Nie. Tym razem nie będzie cudów. Musimy zabrać, co się da, i uciekać, bo inaczej stracimy wszystko.

Pokiwała głową, doskonale rozumiejąc taktyczny wymiar sytuacji, w jakiej się znaleźli. Zrozumienie nie niosło ze sobą jednak żadnej pociechy i Taura nadal targały wyrzuty sumienia. Spróbował uśmiechnąć się do niej przepraszająco, a ona w odpowiedzi uniosła z trudem kącik ust.

Zjawił się sanitariusz Oddziału Niebieskich z lotopaletą z kriokomorą, której przezroczystą część przykryto kocem, aby zasłonić zamrożone i nagie ciało pacjentki przed oczyma przerażonych i nierozumiejących niczego klonów. Taura poleciła dzieciom wstać.

Bel Thorne rozejrzał się wokół.

— Nie cierpię tego miejsca — rzekł beznamiętnym głosem.

— Może tym razem uda nam się na odchodnym zbombardować ten budynek — odparł równie beznamiętnie Miles. — Ostatecznie.

Bel skinął głową.

Wszyscy wyszli przez drzwi frontowe: grupa około piętnastu ostatnich klonów, tylna straż Dendarian, sanitariusz z lotopaletą, Taura, Quinn, Mark i Bel. Miles spojrzał w górę, czując, jak gdyby miał wymalowaną na hełmie tarczę, ale kształt, który przemknął po dachu sąsiedniego budynku, miał na sobie szary mundur dendariański. Dobrze. Holowid z prawej strony pola widzenia poinformował go, że Framingham ze swoją grupą bez problemów dotarli do wahadłowca. Jeszcze lepiej. Przerwał połączenie z hełmem Framinghama, transmisję z hełmu dowódcy drugiej grupy wyciszył, pozostawiając ledwie słyszalny szmer, i skupił się na czekającym go zadaniu.

Przeszkodził mu jednak głos Kimury, pierwszy znak od Żółtych, którzy wylądowali po drugiej stronie miasta.

— Panie admirale, opór jest słaby. Nie kupili tego. Jak daleko mam się posunąć, żeby potraktowali nas poważnie?

— Jak daleko się da, Kimura. Musisz odwrócić uwagę Bharaputry od nas. Odciągnij ich, ale nie ryzykujcie życia i przede wszystkim nie narażajcie wahadłowca. — Miles miał nadzieję, że porucznik Kimura jest zbyt zajęty, by zwrócić uwagę na nieco paranoiczną logikę rozkazu. Jeżeli…

Pierwszym znakiem obecności bharaputrańskich strzelców wyborowych był potworny huk; piętnaście metrów przed nimi rozerwał się granat dźwiękowy. Wybuch wyrwał kawał chodnika, który, posłuszny grawitacji, opadł po chwili w postaci deszczu gorącej materii, niespodziewanego, ale niezbyt groźnego. Ogłuszony Miles jakby z oddali słyszał krzyki klonów.

— Musimy kończyć, Kimura. Polegam na twojej inicjatywie.

Zorientował się, że atak nieprzypadkowo był chybiony, jęzor plazmy trafił bowiem w klomb z drzewem z prawej i ścianę z ich lewej strony, rozpryskując obydwa cele na kawałki. Brali ich w widły ognia, aby wzbudzić panikę w klonach. I wszystko wskazywało na to, że to działa — dzieci przewracały się i potykały, trzymając się nawzajem kurczowo i krzycząc — jeszcze chwila i rozpierzchną się na oślep we wszystkie strony. Potem nie będzie sposobu, żeby je z powrotem zebrać. Wiązka z łuku plazmowego trafiła prosto w jednego z Dendarian, na dowód, jak przypuszczał Miles, że Bharaputranie potrafią nie pudłować. Promień pochłonęła lustrzana tarcza, odbijając go z błękitnym błyskiem i piekielnym hałasem, co jeszcze bardziej przeraziło stojące najbliżej klony. Doświadczeni żołnierze zaczęli spokojnie odpowiadać ogniem, gdy tymczasem Miles wrzeszczał do hełmu, przywołując osłonę powietrzną. Sądząc po kącie ognia, Bharaputranie znajdowali się przede wszystkim nad nimi.

Taura obrzuciła krótkim spojrzeniem klony, rozejrzała się wokół, uniosła łuk plazmowy i jednym strzałem otworzyła na oścież drzwi najbliższego budynku — pozbawionego okien magazynu czy garażu.

— Do środka! — zawołała.

Słuszne posunięcie — jeżeli już dzieci muszą gnać przed siebie, niech biegną w tym samym kierunku. Pod warunkiem że nie zatrzymają się w środku. Jeśli znów utkną uwięzieni w budynku, tym razem nie przybędzie na ratunek żaden starszy brat.

— Naprzód! — zawtórował Taurze Miles. — Ale cały czas naprzód. Wyjdźcie z drugiej strony!

Machnęła mu w podziękowaniu ręką, a dzieci pędem umknęły ze strefy ognia prosto do, jak im się zdawało, bezpiecznego schronienia. Miles sądził, że budynek wygląda raczej na pułapkę. Musiały się jednak trzymać razem. Gorsze od utknięcia w miejscu było tylko rozproszenie i utknięcie. Przepuścił oddział i ruszył za nim. Kilku Niebieskich pozostało z tyłu, strzelając w górę z łuków plazmowych do Bharaputran, którzy przypominali mu… pasterzy gnających stado bezwolnych owieczek. Miały to być ostrzegawcze strzały w niebo, ale jednemu z komandosów poszczęściło się, ponieważ promień z jego łuku plazmowego trafił Bharaputranina, który nierozważnie próbował przemknąć skrajem dachu sąsiedniego budynku. Tarcza pochłonęła strzał, jednak jej właściciel stracił równowagę i z krzykiem runął w dół. Miles starał się nie słyszeć dźwięku, z jakim jego ciało uderzyło w beton, ale nie udało mu się, mimo że wcześniej ogłuszył go granat. Krzyk ustał.

Miles wbiegł do budynku, pokonał korytarz i wpadł w jakieś duże podwójne drzwi, poganiany przez zaniepokojonego Thorne’a, który czekał, by go osłaniać.

— Zostanę z tyłu — zaofiarował się Thorne.

Czyżby zamierzał umrzeć bohaterską śmiercią, aby uniknąć nieuchronnego sądu wojennego? Przez chwilę Milesowi przemknęła nawet myśl, by mu na to pozwolić. Tak postąpiłby prawdziwy Vor. Starzy Vorowie potrafili być czasem bandą drani.

— Zaprowadź klony do wahadłowca — warknął w odpowiedzi Miles. — Skończ to, co zacząłeś. Skoro tyle płacę, chcę dostać to, za co płacę.

Thorne obnażył zęby, ale skinął głową. Obaj popędzili za resztą oddziału.

Podwójne drzwi prowadziły do olbrzymiego pomieszczenia z betonową posadzką, wypełniającego niemal cały budynek. Pod dźwigarami wysokiego sufitu zawieszono pomalowane na czerwono i zielono pomosty przystrojone splątanymi zwojami tajemniczych kabli. Kilka górnych lamp dawało mdłe, nieprzyjemne światło, rzucające zwielokrotnione cienie. Miles zmrużył w półmroku oczy, prawie do końca opuszczając ekran podczerwieni. Pomieszczenie było zapewne jakąś dużą salą zgromadzeń, choć w tym momencie nie odbywało się tu żadne spotkanie. Quinn i Mark zawahali się, czekając, aż do nich dołączą, mimo ponaglających gestów Milesa.

— Dlaczego stajecie? — rzucił wściekle głosem, w którym wyczuwało się nutę lęku. Zatrzymał się obok nich.

— Uwaga! — wrzasnął ktoś. Quinn obróciła się na pięcie, unosząc łuk plazmowy i szukając celu. Mark otworzył usta, jak gdyby im chciał nadać kształt owalu własnego kaptura.

Miles zobaczył Bharaputranina, ponieważ przez ułamek sekundy patrzyli sobie prosto w oczy. Oddział bharaputrańskich snajperów w brązowych mundurach przedostał się tu zapewne tunelami. Wspinali się na dźwigary i wyglądali na niewiele lepiej uzbrojonych niż Dendarianie, których ścigali. Ten Bharaputranin miał jakąś ręczną wyrzutnię pocisków wycelowaną prosto w niego. Lufa bluznęła płomieniem.

Oczywiście Miles nie widział pocisku ani podczas lotu, ani wtedy, gdy trafił go w pierś. Zobaczył tylko, jak jego pierś wybucha jak rozkwitający na czerwono kwiat. Nie usłyszał towarzyszącego temu dźwięku, lecz poczuł, jakby ogromny młot uderzył go w plecy. W oczach zawirowały mu inne kwiaty, czarne, zasnuwając wszystko nieprzejrzystą zasłoną.

1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)