Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
I wtedy natknął się na klatkę.
Stała za studnią, w kompletnie przypadkowym miejscu dziedzińca. Kuta z żelaznych prętów, zamknięta na coś w rodzaju prymitywnej kłódki. A w środku siedział trup dziewczyny. Siedziała na podłodze, z ramionami oplatającymi przerzuconą przez kark belkę, ze zwieszoną głową, włosami oblepionymi śniegiem.
Zatrzymał się tylko na sekundę i spojrzał na nią z zaciśniętymi zębami. Dopisał tę pozycję van Dykenowi do rachunku i przygotował się do dalszego biegu.
A wtedy dziewczyna raptem podniosła głowę.
Zajazgotały łańcuchy, przez zasłonę skołtunionych włosów zobaczył wychudzoną twarz z dziwacznym tatuażem na jednej stronie policzka i błyszczące wąskie oczy.
Zakaszlała głucho i spróbowała dźwignąć się na nogi.
Jeszcze moment i wrzaśnie.
— Cśśś... — zasyczał rozpaczliwie Drakkainen, usiłując uspokoić ją jakimś gestem, ale w efekcie tylko zamachał rękami. Zasłonił usta dłonią i chyba zrozumiała, bo nie wydała żadnego dźwięku.
Obmacał klatkę, po czym obejrzał starannie kłódkę. Był to po prostu blok metalu na pałąku. Kłódki tej konstrukcji miały rygiel podobny do kotwicy. Wpychało się to w obudowę przez okrągły otwór, elastyczne wąsy kotwicy składały się i prostowały w środku, blokując pałąk. Zamknięte.
Klucz miał formę rurki. Wtykało się go przez otwór z drugiej strony, zgniatając znowu wąsy i wypychało cały interes na zewnątrz. Skąd wytrzasnąć taką rurkę?
Tym razem nie było rady. Dziewczyna rozpoznała już, że nie należy do Ludzi Węży. Udało jej się uklęknąć i unieść głowę, a teraz patrzyła na jego szamotaninę z nadzieją. Jeśli spróbuje odejść, jak nic narobi wrzasku.
Szarpnął pręty, ale trzymały mocno. Zawiasy, jakkolwiek podrdzewiałe, również wydawały się solidne. Były to prymitywne sztorcowe zawiasy, dałoby się je podważyć, lecz musiałby mieć łom. Żaden z jego mieczy nie miał prawa wytrzymać. Scyzoryk wyposażony w piłę strunową diabli wzięli.
Wyjął więc nóż, zmówił krótką modlitwę o powodzenie myśli technicznej zakładów Nordland i wsunął go płasko pod drzwiczki. Kucnął na wprost, splótł dłonie na rękojeści i wbił nogi w kamieniste podwórze, prostując się całą siłą mięśni ud i grzbietu.
Nic.
Poprawił ostrze, żeby mieć lepszą dźwignię i spróbował jeszcze raz. Twarz mu poczerwieniała, na czole wystąpiły żyły. Z gardła wyrwało się zduszone stęknięcie. Zawiasy zaskrzypiały, a cała konstrukcja drgnęła lekko.
I wtedy usłyszał kroki.
Odwrócił się powoli, z nożem w dłoni.
Łysy olbrzym, tym razem bez kapuzy na twarzy, za to okryty futrzaną kurtką patrzył na niego osłupiałym wzrokiem.
Dzieliło ich ze dwa metry. Drakkainen skoczył w jego stronę jak pantera, widząc, że łysy, niemal dorównujący mu wzrostem, otwiera usta i napina przeponę do wrzasku, który postawi na nogi całą okolicę, nie wyłączając smoków. Równocześnie prestidigitatorskim gestem wydobył gdzieś zza pleców krótki, szeroki tasak o paskudnie rzeźniczym wyglądzie.
Vuko wyprostował lewą dłoń i dziabnął go tuż poniżej podbródka tak, by część między wyprężonym kciukiem a pozostałymi palcami trafiła prosto w grdykę. Z wrzasku nic nie wyszło. Olbrzym wydał z siebie tylko świszczący charkot i zatoczył się, ale ustał na nogach i, zanosząc się kaszlem, chlasnął szeroko tasakiem.
Drakkainen usłyszał nagle w głowie przeraźliwy, przerażony wrzask Cyfral, a potem wszystko, co widział, zalała czerwonawa poświata.
Wydawało mu się, że mdleje.
To, co nastąpiło później, było jednym rozmazanym momentem, niczym gorączkowe majaki. Miał wrażenie, że trwało mgnienie oka i odbyło się przed miesiącem.
Wydało mu się, że ostrze tasaka zmieniło się w rozmyty, srebrny półksiężyc. Wycinek lśniącej płaszczyzny, która dzieliła przestrzeń i jego ciało na dwie części. Wysnuwała się gdzieś z ręki przeciwnika i wnikała w jego ciało. Trwało to ułamek sekundy. Zrobił krok w bok i płaszczyzna cięła już tylko powietrze, by zniknąć po chwili, a dokładnie po tym samym torze śmignęło ostrze. W powietrzu zapłonęła inna smuga, tym razem węższa, jak lanca z księżycowego światła. Wyrastała znikąd i przeszywała jego pierś, więc ustąpił jej z drogi. Dokładnie w tym samym momencie lecący za swoim chybionym ciosem olbrzym znalazł się tam, skąd wypływała świetlista smuga, i jego dłoń strzeliła dokładnie po tej samej linii, ostrze niemal otarło się o pierś Vuko i pomknęło w nicość, pociągając za sobą przeciwnika. Drakkainen wyszarpnął lewą ręką miecz, trzymając go odwróconym chwytem, szczerbate ostrze prześlizgnęło się po gardle łysego, Vuko zszedł Wężowi z drogi półobrotem i padł z wysiłku na kolana.
Pociemniało mu w oczach, a czerwona poświata znikła.
Cyfral przestała krzyczeć.
Przeciwnik runął ciężko na śnieg bezwładnie jak worek.
Drakkainen dyszał ciężko, oparł się ręką o ziemię i zwymiotował. Dźwignął się, podniósł miecz i podpełzł na czworakach do konającego Węża. Chwycił go za ramię i uniósł lekko, po czym wbił miecz głęboko za obojczykiem, niemal pionowo w głąb ciała, czując, że ostrze ociera się o kości. Grubas wyprężył się, wydał przeraźliwy charkot i zatrzepotał w drgawkach jak ryba, wreszcie zmiękł i opadł twarzą w rdzawą breję. Drakkainen stanął na nogi, otarł ostrze garścią śniegu. Poruszał się jak pijany, który koniecznie chce udawać trzeźwego i wszystko robi niezwykle starannie.
Schował miecz, zatoczył się, przytrzymał klatki. Potem uklęknął przy leżącym twarzą w dół mężczyźnie. Tamten był już zupełnie nieruchomy, tylko wokół jego głowy na śniegu rosła wielka, ciemna plama. Vuko zdarł z niego kurtkę, obmacał mu pas, znalazł kółko z dziwacznym kluczem w kształcie rurki i zademonstrował dziewczynie. Wstał z wysiłkiem, obszedł trupa z drugiej strony i, stękając, ściągnął mu futrzane buty. Usiadł na śniegu i założył je, robiąc sobie przerwę pomiędzy jednym butem a drugim. Buty okazały się trochę za małe, więc nie wiązał taśm ściągających je w kostce.
Otworzył klatkę, odwrócił dziewczynę i przeciął rzemienie krępujące jej ramiona do belki. Ręce opadły bezwładnie, dziewczyna zwinęła się z bólu w kłębek, ale nie wydała żadnego dźwięku, tylko zagryzła wargi, a po policzkach potoczyły się strugi łez.
Wyciągnął ją z klatki i posadził na ziemi, omal się na nią nie przewracając, i w milczeniu rozmasował jej ramiona. Nie odzywali się ani słowem. Po jakiejś minucie dziewczyna uniosła ramię i jęknęła cicho. Drakkainen obmacał jej bark, po czym ujął ramię powyżej łokcia i lekko dotknął palcem ust. Skinęła głową, przyciągnęła drugą ręką połę jego płaszcza i zagryzła. Pociągnął ramię dziewczyny, bark chrupnął, krzyk utonął w grubej, wełnianej tkaninie.
Potem Vuko wstał, chwycił grubasa pod pachy i wholował go do klatki, założył mu belkę na kark i przywiązał ramiona. Zamknął drzwiczki, zatrzasnął kłódkę, a klucz cisnął gdzieś w mrok i miotającą śniegiem wichurę. Zważył w dłoni tasak, przywodzący na myśl przerośnięty nóż szefa kuchni, niechlujnie oprawiony w drewno, wydął pogardliwie wargi i posłał tasak w mrok śladem klucza.
Dziewczyna czekała cierpliwie, lecz nie wydała najmniejszego dźwięku. Był jej za to wdzięczny. Zgarnął trochę śniegu, zasypując plamę krwi, i ruszyli w mrok oraz wyjącą zadymkę, podtrzymując się jak dwoje pijaków.
Futrzany kubrak grubasa zaczął go trochę ogrzewać, choć i tak czuł się fatalnie. Zupełnie jakby krótka walka wyssała z niego resztki sił. Kręciło mu się w głowie, widmowe drzewce rozpychało się w klatce piersiowej, a całe ciało poza płonącą kolumną bólu przypominało zwiewny kształt z płatków śniegu.