Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:

Fabryka bezkresnych snów to najlepsza powieść Ballarda; jedna z niewielu naprawdę kultowych książek. To bajeczna przypowieść o znaczeniu i potrzebie marzeń, magii i fantazji w naszym życiu. Przygody Blakea – bohatera książki- mogą być tylko urojeniami chorej wyobraźni, ale też mogły zdarzyć się naprawdę. To nasze życie to przecież mieszanina snów, jawy, fantazji i rzeczywistości. Marzenia są piękne. Sny bywają okrutne. Fantazja jest potrzebna każdemu z nas.
1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 51
Перейти на страницу:

Wychodząc z kościoła, strzepnąłem nasienie na bruko-waną dróżkę, biegnącą pod drzwiami zakrystii. Zatrzyma-łem się na chwilę, przyglądając się modelowi samolotu, sto-jącemu po drugiej stronie basenu, na terenie wytwórni, a u moich stóp, spomiędzy kamieni, zaczęły wyrastać zielone, flecikowate rośliny o ząbkowanych liściach i znanych mi już mleczno-czerwonych kwiatach. Wszedłem między nie i ruszyłem do miasteczka, trzymając wciąż w dłoni na-brzmiałego penisa. Biegnąc pośród drzew, rozmyślałem o Miriam. W pobliżu kortów tenisowych miałem kolejny wytrysk. Strząsnąłem nasienie na klomby. Niemal w tej samej chwili wśród dostojnych tulipanów rozwinęła się wspaniała, tropikalna roślinność, rozrywając wilgotną glebę. Blade listki młodych bambusów drżały na metalowej siatce. Na gałęzi jednego z wiązów rozwinął się delikatny gobelin hiszpańskiego mchu – drzewo przypomi-nało teraz trupa, przystrojonego na własną koronację. Du-sicielskie pnącza owijały się wokół zgrabnych pni brzóz niczym niecierpliwi zalotnicy.

Podniecony własnym seksem, poczułem się beztrosko i wielkodusznie. Głód tymczasem opuścił mnie całkowicie. Postanowiłem wystraszyć to łagodne miasteczko swoim przyrodzeniem, ale nie chciałem już kopulować z miesz-kańcami Shepperton, pogrążonymi wciąż we śnie w sypial-niach. Zamierzałem parzyć się z samym miastem i prze-mienić Shepperton w błyskawiczny raj, bardziej egzotycz-ny niż to, co pokazują wszystkie telewizyjne przewodniki turystyczne, rządzące dotąd życiem tych ludzi. Zostawiłem znów słońce, by samo odnalazło drogę przez park, poszedłem na basen i wspiąłem się na wysoką tram-polinę. Poniżej ujrzałem spokojną wodę i kafle na dnie ba-senu, ozdobione wizerunkami trytonów i sympatycznych ryb, ale nigdzie nie było widać zatopionych samolotów. Powietrze igrało na mojej posiniaczonej piersi, przynosząc z sobą z kościoła zapach Miriam St. Cloud. Nasienie tryskało mi w dłoń przy najlżejszym dotyku. Pozwoliłem perłowej strudze wpaść do wody. Wysadzane klejnotami medaliony zalśniły na powierzchni – elektrycz-na chemia, falująca tu i tam jak niewidzialny pływak. Po kilku sekundach wzorzyste kręgi ścięły się w szereg zielo-nych spodków, ozdobionych pośrodku białymi kwiatami. Kiedy zszedłem z drabinki, powierzchnię wody kryły ol-brzymie lilie, jak gdyby basen był w rzeczywistości placem zabaw jakiegoś wodnego cherubina.

Odszedłem stamtąd ku centrum Shepperton. Ogromne ramiona figowca opanowały już chodnik przed budynkiem poczty i stacją benzynową, usiłując jakby wciągnąć mia-steczko do wnętrza nieba. Krocząc dostojnie pustą ulicą, dotknąłem słupa pierwszej z brzegu latarni, namaszczając ją nasieniem. Jakieś ogniste pnącze otoczyło natychmiast spękany beton i wzniosło się ku lampie nad moją głową, gdzie rozkwitło kwieciem w kształcie trąbki. Zachwycony, zacząłem znaczyć pobocze drogi orchide-ami i słonecznikami. Przed supermarketem posadziłem w ozdobnych urnach szereg mangowców, których radosne owoce przebijały się przez stosy paczek po papierosach i pryzmy folii, w jaką pakuje się potrawy barowe na wynos. Na stacji benzynowej spryskałem spermą dystrybutory, a potem lakier samochodów, stojących przed salonem. Pną-cza, rozwijające się z prędkością mili na minutę, wisiały niezgłębioną mgiełką nad chłodnicami, chłonęły powietrze poranka i wspinały się na okienne szyby, oplatając neony i rynny dachowe. W pobliżu dystrybutorów rozkwitły lilie, a węże paliwowe ciągnęły za sobą soczyste rośliny, przystra-jając się dla pierwszych klientów.

Nad Shepperton roztaczała się już atmosfera karnawału -przygotowywałem trasę triumfalnej procesji samochodów. Pracowałem pospiesznie, chcąc odmienić miasto, nim prze-budzą się mieszkańcy i powitają dzień. Przed bankiem i sklepami z gospodarstwem domowym zasadziłem olean-drowe gaje, a w druty telefoniczne, wiszące nad moją gło-wą, wplotłem kwitnące pnącza, niby czarujące hafty poran-nych wiadomości. Ich dzwonkowate kwiaty utworzyły łań-cuch dekoracyjnych lampek. Stałem na dachu wielopozio-mowego parkingu, pozwalając, by moja sperma skapywała na leżące niżej tarasy. Kaskady trzciny kwiatowej i pozio-mek spływały z betonowych parapetów, zmieniając szary labirynt w radosny, wiszący ogród.

Wszędzie, gdzie szedłem, rozsiewając nasienie podczas porannego obchodu miasta, pozostawiałem za sobą nowe życie, które natychmiast wspinało się w powietrze. Popę-dzany wschodzącym słońcem, które mnie nareszcie dogo-niło, krzątałem się tu i tam po pustych ulicach niczym po-gański ogrodnik, najmujący światło i powietrze, aby zapeł-nić swój odmieniony Eden. Gęsta, tropikalna roślinność po-rastała niepokalane żywopłoty kocierpki i ujarzmione traw-niki, a palmy daktylowe oraz krzaki tamaryszku zmieniły Shepperton w miasteczko, leżące na skraju dżungli. Były to zmiany, które zauważyłby przypadkowy obser-wator z przyległych pól albo kierowcy jadący autostradą. Kiedy wróciłem na parking kilka minut po szóstej, stwier-dziłem, że pomalowałem miasto barwami jaskrawej, rów-nikowej palety – pokryłem je jakby werniksem Amazonii. W ogrodach rosły setki palm kokosowych, a postrzępio-ne parasole ich liści kołysały się nad kominami. Na każ-dym rogu włócznie bambusowych gajów przebijały się przez szpary w spękanych płytach chodnikowych. Z dachów bu-dynków wytwórni, supermarketu i stacji benzynowej liście tropikalnej roślinności lały wokół blask. Nad śpiącym mia-stem unosiło się słońce, powolny olbrzym, który wspoma-gał mnie na swój ociężały, ale pewny sposób. Spośród gę-stej flory wyłaniały się tysiące ptaków, składających się na świergotliwy chór ar, kakadu, krzykliwie upierzonych mio-dojadów i rajskich ptaków.

Stałem przy wejściu na parking, przysłuchiwałem się z dumą temu porannemu gwarowi, i pomyślałem, że zaimpo-nuję Miriam, kiedy podejdzie do okna i zobaczy, jak przy-stroiłem dla niej dzień. W miasteczku pojawili się już pierwsi widzowie, którzy podziwiali moje dzieło. Dwaj małoletni gazeciarze siedzieli na rowerach pod figowcem i wpatry-wali się z rozdziawionymi ustami we wspaniałą roślinność, żurawie i szkarłatne ibisy, przyglądające im się z góry, z dachu supermarketu. Kiedy mnie zobaczyli, pochowali się za rowerami i zastygli z przerażenia w bezruchu. Przypusz-czałem, że przestraszyło ich moje nagie ciało, wzwiedzio-ny członek i lśniące na udach nasienie, ale wtedy zdałem sobie sprawę, że nie zauważyli mojej nagości, a przeraziły ich tylko olbrzymie sińce na mojej piersi. – Ej, wy tam, idźcie stąd… Jeżeli zostaniecie, wpadnie-cie w pułapkę. – Podszedłem do nich i wyciągnąłem rowe-ry spomiędzy korzeni figowca.

Chłopcy nacisnęli na pedały i odjechali, a kiedy byli już poza zasięgiem moich rąk, zaczęli gwizdać i wrzeszczeć. Na kierownicach rowerów wyrastały kwiaty – orchidee wplatały się w szprychy ich kół i gazeciarze pędzili pusty-mi ulicami w deszczu płatków.

Listonosz przed bankiem wymachiwał rękami w rozja-rzonym powietrzu, usiłując odpędzić stado wilg, pikujących z góry ku kolorowym znaczkom na kopertach w jego tor-bie. Kiedy podszedłem bliżej, listonosz wpadł na mnie ni-czym ślepiec.

– Wcześnie wstałeś. Czy obudziły cię kwiaty? Był zbyt zaskoczony, by spostrzec, że jestem nagi, i przy-glądał mi się czujnie, gdy podnosiłem z ziemi pakiety li-stów. Mrucząc coś pod nosem, odszedł w cichą, boczną uliczkę. Z kopert, które trzymał w ręku, wyrastały róże. Zdumiony, wciskał do skrzynek pocztówki, zwieńczone winoroślą, i formularze podatkowe, udekorowane liliami tygrysimi, a zaspanym gospodyniom domowym wręczał paczki, porośnięte kwietnymi bukietami. W końcu, aby dopełnić przemianę prowincjonalnego miasteczka, ruszyłem główną drogą, prowadzącą na obwod-nicę wokół Shepperton. Na południu rozrzuciłem nasienie u stóp Walton Bridge. Stałem pośrodku głównej drogi, wio-dącej do Londynu, i nie zwracałem uwagi na donośne klak-sony przejeżdżających kierowców. I w tym wypadku by-łem pewien, że żaden z nich nie zdaje sobie sprawy z mojej nagości – kierowcy sądzili, że widzą jakiegoś ekscentrycz-nego wieśniaka, który zamierza rzucić się im pod koła. Kiedy się odwróciłem, bladozielone pędy bambusa przewierciły już spękany asfalt i drżały piętnaście stóp nad ziemią, a ich łodygi utworzyły palisadę w poprzek nasypu mostu – leśną ścianę, która miała wkrótce zatamować ruch samochodo-wy.

1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)