Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– Bzdury – syknął Lineal – ja na pewno nigdzie się nie wybieram.
– I nikt ci nie każe. – Galladrin wzruszył pogardliwie ramionami. – Myślę, że dostojny Velvelvanel i ja doskonale sobie poradzimy.
– Ja? – zdumiał się Velvelvanel i nieopatrznie jego wzrok zetknął się z lodowatym spojrzeniem Galladrina. – No tak. Oczywiście… służę pomocą. W miarę skromnych możliwości – dodał.
– Obecnym przypomnę tylko, że gdyby nie dostojny Arivald, do tej pory gryźliby mury w więzieniu króla Silmeverda. Widać wdzięczność nie jest dobrą lokatą kapitału. – Galladrin jak zwykle był bezwzględnie szczery.
– To zniewaga – po chwili wydusił z siebie rektor Lineal.
– Tak? – zdziwił się uprzejmie Galladrin. – I cóż z tym zrobisz?
– Dość! – Harbularer klasnął w ręce. – Nie trzeba nam przypominać zasług dostojnego Arivalda i nie trzeba nam przypominać, że mamy wobec niego dług do spłacenia. Że wspomnę tylko o niezwykłej wiedzy z ksiąg biblioteki w Passadenie, którą odzyskujemy dzięki jego pomocy. Ale to nie znaczy, iż mamy skakać na głowę do wody, kiedy nie znamy dna…
– …ani nie widzimy, czy w wodzie są rekiny – dodał Lineal, kontynuując metaforę Wielkiego Mistrza.
Harbularer podziękował mu skinieniem głowy.
– Z was wszystkich najmniej zawdzięczam Arivaldowi – powiedział Panienka. – Owszem, poznał mnie z moją żoną, czego czasem zresztą nie uważam za tak wielką przysługę, jak mogliby sądzić ludzie pochopni. Ale na pewno nie uratował mi życia, nie wydostał z lochów ani nie pomógł zwalczyć niechęci innych czarodziei – przy ostatnich słowach spojrzał na Velvelvanela – i widzę, że tylko ja jestem skłonny zaryzykować życie, by ruszyć mu na pomoc. Cóż, skoro tak właśnie ma być…
– Wydostało się pisklę z jaja i pieje jak kogut na śmietniku – warknął Tulbercjusz.
– Ciekawe jest twoje zdanie o Silmanionie. – Galladrin ostentacyjnie ziewnął. – Pójdę już. Czas się przespać przed podróżą.
– Pozwól sobie towarzyszyć – rzekł po chwili wahania Velvelvanel.
– Na razie nie dostaniecie ode mnie księgi – powiedział Wielki Mistrz.
– Pozwoliłem sobie zrobić własny odpis w Aurze – odparł uprzejmie Galladrin.
– Dobrze. – Harbularer skinął głową. – Róbcie, co chcecie. Ale pamiętajcie, że Bractwo może wam zapamiętać nieposłuszeństwo. Kto wie, czy nie zaszkodzicie zarówno sobie, jak i Arivaldowi.
– Ja natomiast zapamiętam, jak chętnie Bractwo staje w obronie swych członków. Żegnam was, dostojni panowie.
Galladrin skłonił się z wyszukaną grzecznością i skierował w stronę drzwi. Za nim podreptał bardzo nieszczęśliwy Velvelvanel.
Harbularer spojrzał zasępionym wzrokiem na Tulbercjusza i Lineala.
– Proponuję zwołać zebranie Rady i ukarać Galladrina – powiedział drżącym z gniewu głosem rektor Lineal.
– Nie chcemy, aby jeden z najbardziej popularnych wśród młodych czarodziei członek Bractwa stał się symbolem i wzorem postępowania dla innych, prawda? – zapytał łagodnie Wielki Mistrz. – A proces przeciwko niemu taki skutek by spowodował. Nie mówiąc już, że karanie kogoś za chęć niesienia pomocy przyjacielowi mogłoby być źle odczytane.
– Czy zamierzasz im więc pozwolić na ten popis niesubordynacji? – zapytał Tulbercjusz.
– Czemu nie? Skoro jako jedyni zdobyli się na podjęcie takiej decyzji? Podobnego zachowania spodziewałbym się po Borrondrinie, ale od tak dawna nie ma go w Silmanionie…
– Przecież on nie znosi Arivalda od czasu ich wspólnej podróży – zdumiał się Lineal.
– Jak ty mało znasz ludzi – pokręcił głową Wielki Mistrz. – No dobrze. Pozwolę działać Galladrinowi i Velvelvanelowi. Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyniknie.
– Czasem bardzo mi ich brakuje – przyznał Mistrz Żywiołów – ale zawsze bałem się zlikwidowania zapory. Kto może wiedzieć, jakich sposobów by użyły, abym nie mógł ponownie odejść?
– Wydają się nieszkodliwe – rzekł Arivald.
– I owszem. W tym samym stopniu nieszkodliwe co rozwścieczona kobra.
– Nie przesadzasz?
– Znam kobiety. I wiem, jak się zachowują, kiedy zawiodłeś ich nadzieje. Nie mówiąc już o tym, jak się zachowują, kiedy śmiesz je porzucić.
– Prawda. To bywa męczące – westchnął Arivald – ale nie możemy siedzieć tu w nieskończoność. Mam nadzieję, iż wreszcie któryś z moich przyjaciół odważy się skorzystać z tej samej drogi co ja.
– Twój czas oczekiwania na nich będzie odwrotnie proporcjonalny do siły ich przyjaźni – rzekł Varrad. – Wolałbym, aby nie okazało się, że jesteś mniej popularny, niż sądzisz.
– Też bym wolał – powiedział Arivald, zastanawiając się, na kogo może liczyć.
Mistrz Harbularer z całą pewnością nie zaangażuje się osobiście, zresztą było to oczywiste i wynikało ze stanowiska, jakie piastował. Galladrina i Borrondrina nie było w Silmanionie, Velvelvanel miał za mało siły przebicia, a chyba również odwagi, by samotnie próbować pomóc Arivaldowi. A reszta czarodziei? Młodzi, najbardziej mu oddani, dawno siedzieli na Wybrzeżu, tworząc tam filię Bractwa.
– A gdyby spowodować, że one same zechciałyby się nas pozbyć? Czy myślisz, że to jest możliwe? – Arivaldowi ten pomysł przyszedł niespodziewanie do głowy.
– Czyli żeby miały nas już dosyć i wysłały do domu? – sceptycznie zapytał Varrad. – To wiązałoby się ze sprawianiem im przykrości, a tego nie chciałbym robić.
– Fakt – westchnął czarodziej – są tak miłe, że nie zniósłbym ich płaczu czy żalu.
– Mamy za dobre serca – skwitował mistrz żywiołów.
– A gdybyśmy nie byli w stanie… hm… sprostać ich oczekiwaniom?
Varrad roześmiał się rubasznie.
– Niechbym tylko teraz zobaczył którąś z nich, a sprostawałbym jej oczekiwaniom przez najbliższych kilka dni bez przerwy – rzekł nieco niezgodnie z zasadami gramatyki, ale zgodnie z prawdą.
– To da się załatwić.
– Niby jak?
– Znam odpowiednie zaklęcia.
– Nie wiem, czy chciałbym zostać, nawet tylko czasowo, impotentem. To strasznie upokarzające. – Mistrz żywiołów spojrzał na Arivalda. – Nie podoba mi się ten pomysł. Poza tym czy one nie mogłyby zastosować magii odwrotnej w działaniu?
Arivald westchnął ciężko. Wiedział, iż podobne zabiegi mogłyby spowodować zagrożenie ich zdrowia. Bardzo bowiem niebezpieczne było poddawanie organizmu nawzajem znoszącym się czarom.
– Gdyby nie Lohanni, oszalałbym tu z nudów – rzekł Varrad – i prędzej czy później wróciłbym pod ich słodkie skrzydełka. Tak przynajmniej mam dobre jedzenie, wino i książki do czytania.
– Nie tęsknisz za domem?
– Każdego dnia – smętnie odparł mistrz żywiołów.
Galladrin i Velvelvanel siedzieli pochyleni nad tajemniczą księgą, która co prawda była tylko odpisem z Aury, ale dzięki zaklęciom Galladrina sprawiała wrażenie normalnej, grubej książki ze skórzaną twardą okładką i pozłacanymi tłoczonymi literami.
– Co o tym sądzisz?
– Zaklęcie jest, ale nie czuję w nim żadnej mocy. Pewne jednak, że to jakiś dziwny rodzaj czaru teleportacyjnego – odparł Velvelvanel.
– Właśnie – pokiwał głową Panienka – wygląda, jakby ktoś przestał utrzymywać jego moc albo je zdezaktywował. Czy w takim razie będziemy potrafili się nim posłużyć?
– Przedtem powinniśmy chyba się przygotować. Arivald nie zdążył zabrać nawet swej Księgi Czarów i różdżki. Bóg raczy wiedzieć, w jaki sposób mógłby powrócić o własnych siłach.
– Ja mam wszystko przy sobie.
– A więc – starszy czarodziej odetchnął głęboko – do dzieła!