Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Lord z planety Ziemia
Lord z planety Ziemia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lord z planety Ziemia

Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:

Były żołnierz wyrusza w galaktyczną wyprawę w nieznany świat. I staje do pojedynku o władzę nad planetą, na której nikt nie wie o istnieniu Ziemi – dobrze ukrytej przed wzrokiem innych przez wszechpotężną rasę. Żeby wrócić na Ziemię, Siergiej musi ją najpierw odnaleźć. Ale naszej planety szuka także ktoś, kto chce ją zniszczyć…
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 135
Перейти на страницу:

– Są tutaj! – wrzasnął biegnący na czele dwumetrowy drab. Jego odwaga wyraźnie dorównywała wzrostowi – nie każdy ośmieliłby się biec jako pierwszy po doświadczeniach z pajęczynowymi minami.

W rękach dryblasa tkwiła potężna pałka usiana metalowymi kolcami. Unosząc broń nad głową, drab ruszył w moją stronę. Z tyłu napierali inni miłośnicy linczu.

Niespiesznie wyciągnąłem miecz. Długi, cienki miecz z czerwonym przyciskiem na rękojeści.

Dryblas prychnął pogardliwie. Grzmotnął pałką w ścianę – na ulicę posypał się tynk i odłamki cegieł.

Przyjąłem pozycję bojową i nacisnąłem przycisk na rękojeści miecza.

Po ostrzu przebiegła fala ostrego białego płomienia, na chwilę oświetlając kilkanaście wściekłych pysków i najróżniejszą broń.

Dryblas stanął jak wmurowany i wychrypiał:

– Ma atomowy miecz!

Prześladowcy zatrzymali się, od razu tracąc cały bojowy zapał.

– Tak jest – potwierdziłem. – To atomowy miecz, którym całkiem nieźle władam. Albo rozejdziemy się pokojowo w różne strony, albo odejdę razem z moim przyjacielem, a wy zostaniecie tu do rana. O świcie uprzątną wasze ciała, żeby nie cuchnęły.

Tłum zaczął się cofać. Nikt nie chciał witać dnia w ten sposób. Tylko dryblas z pałanie ruszył się z miejsca.

– Bronisz oszusta, który okradał nas trzy wieczory z rzędu! – oznajmił kłótliwie.

– Jest mi potrzebny – powiedziałem po prostu.

– Zabiłeś dwóch chłopaków w oberży i jeszcze dwóch swoimi pułapkami na ulicy!

– Czy nie proponowałem wam od początku okupu za jego życie? Ten argument chyba podziałał. Dryblas opuścił bezużyteczną broń i odwrócił się. Jego towarzysze stali daleko z tyłu, przysłuchując się naszej rozmowie.

– Twoje słowa nie pocieszą rodzin zabitych… Odczepiłem od pasa skórzaną sakiewkę. To niewygodne, gdy nie ma w obiegu papierowych pieniędzy.

– Może złoto będzie bardziej przekonujące niż słowa? Dryblas skinął głową i szybko podniósł sakiewkę, która upadła tuż przed nim.

– Może… ale nie bardziej niż twój miecz – burknął. Poczekałem, aż pechowi gracze i nie mniej pechowy miłośnik linczu odejdą i odwróciłem się do Redraka. Nigdzie nie uciekł, to oczywiste.

– Chodźmy – rzuciłem krótko. Ruszyłem w stronę przeciwną do tej, w którą poszedł tłum. – Twoja parszywa skóra drogo mnie kosztowała – powiedziałem ze złością. – Nie sądzę, by warta była życia czterech niewinnych ludzi.

– Proszę się nie przejmować, książę – oznajmił radośnie Redrak.

– Do tej oberży nie zaglądają porządni ludzie. A gardła podrzynają tam sobie co tydzień, bez pomocy obcych.

– Nazywam się Serge. Kapitan Serge, jeśli wolisz – przerwałem. – O reszcie radzę zapomnieć.

– Kapitan Serge, jak mniemam, ma własny statek? – zainteresował się przymilnie rozmowny szuler.

Nie odpowiedziałem.

– Zaryzykuję i poproszę kapitana o niewielką przysługę. Nie mam ochoty zostawać w tej mieścinie, a zarobiłem tu grosze, więc czy nie zechciałby pan podwieźć mnie do dowolnej planety z powietrzem, wodą i ludźmi lubiącymi hazard?

Chciało mi się śmiać.

– Redrak, ludzie często mówią mi, że jestem bezczelny. Ale widzę, że pod tym względem nie dorastam ci do pięt.

– Jest pan jeszcze taki młody, kapitanie… Wszystko przed panem.

Roześmiałem się i nieoczekiwanie powiedziałem:

– Dobrze, Redrak. Zawiozę cię na inną planetę. Ale całą drogę spędzisz w pokładowym karcerze. Nie korzystam z niego od dwóch lat. Karygodne marnotrawstwo.

– Całkiem rozsądne posunięcie – zgodził się uprzejmie Redrak.

– To standardowy karcer? Dwa na dwa, pięć stopni powyżej zera?

– Oczywiście.

– Cóż, w trumnie jest ciaśniej i zimniej – zauważył filozoficznie Redrak. – Dziękuję, kapitanie.

– To ma być cała twoja wdzięczność?

Przez jakiś czas szliśmy w milczeniu. Ulica nadal była kręta, ale teraz odrobinę szersza. Musiałem skrócić krok, żeby Redrak nie został w tyle.

– Kapitanie, postępuje pan bardzo szlachetnie.

– Aż za bardzo.

– Nie, kapitanie. W sam raz. Zrewanżuję się niezłą wiadomością. Druga transgalaktyczna rzeczywiście nie dowiedziała się niczego o Ziemi. Ale rok temu spotkałem człowieka, który twierdził, że był na planecie, której nie ma. Doleciał do niej na uszkodzonym statku… uciekając przed natrętnym krążownikiem patrolowym.

Serce mi przyspieszyło. Spytałem stłumionym głosem:

– Cóż warte są pijackie przechwałki?

Fakt, kapitanie, był bardzo pijany. Nawet za bardzo jak na gracza, ale za to przekonująco opowiadał, jak kupował pluton i tytanowe płyty w dużym mieście na brzegu oceanu. To miasto nazywało się chyba… Niujork.

– Powtórz! – krzyknąłem, chwytając Redraka za ramiona. – Powtórz nazwę miasta!

Redrak powtórzył, podkreślając każde słowo:

– Spotkałem człowieka, który twierdził, że był na planecie, której nie ma. W mieście zwanym Niuork albo Niujork kupował materiały niezbędne do naprawy statku. Jestem pewien, że nie kłamał.

Wskaźnik bransolety świecił zielonym ognikiem. A ludzie tacy jak mój nowy znajomy nigdy nie mówią prawdy niekorzystnej dla nich samych.

– Obawiam się, Redrak, że nasza znajomość potrwa dłużej, niżbym chciał – wyszeptałem, puszczając Dalyedańczyka.

Redrak skinął głową.

– Bardzo na to liczę, książę.

Były pilot siedział przy terminalu komputerowym ponad trzy godziny. Cały ten czas spędziłem na małej narożnej kanapce, czując się jak gość we własnej kajucie.

Redrak Sholtry posługiwał się komputerem jak wirtuoz. Szeptał do mikrofonu urywane polecenia, przechodził na klawiaturę, a czasem po prostu kreślił coś w powietrzu smukłymi, zręcznymi palcami. O takim poziomie kontaktowania się z kompem mogłem tylko marzyć.

Posłuszny poleceniom komputer tworzył obraz holograficzny. W obracającym się nad terminalem holosześcianie pojawiła się ludzka twarz – najpierw niewyraźna, rozmazana, potem linie nabrały wyrazistości, widać było krótko obcięte włosy i wąskie brwi. Obraz stał się kolorowy – blada skóra z lekkim żółtym odcieniem, włosy czarne, oczy ciemnoszare.

Teraz Redrak wprowadzał poprawki. Uszy wytrzymały szereg zmian, oczy się zwęziły, na nosie pojawiła się plamka – pieprzyk albo ślad po oparzeniu. Kości policzkowe lekko się zaostrzyły.

Przez jakiś czas Redrak przyglądał się efektom swoich twórczych wysiłków. W końcu, zerkając na leżącą między nami bransoletę-wykrywacz, oznajmił:

– To portret człowieka twierdzącego, że był na Ziemi. Wykonany z maksymalną dokładnością.

Bransoleta świeciła zielono.

– Bardzo przeciętny wygląd – zauważyłem z irytacją. – Co dziesiąty, a nawet co piąty mężczyzna w konkretnym przedziale wiekowym będzie podejrzany. Nietrudno zmienić kolor włosów, a skóra może pociemnieć od opalenizny. Mógł przytyć albo schudnąć…

– Tak, kapitanie, minęło już trzy lata. Człowiek jego profesji może się w tym czasie bardzo zmienić. Jeśli w ogóle jeszcze żyje.

– Naprawdę nie nasz jego nazwiska ani ojczystej planety?

– Nie, kapitanie.

Przez jakiś czas milczałem, patrząc na trójwymiarowy portret pirata kosmicznego, który zdobył w Nowym Jorku pluton i tytan do naprawy swojego statku. Redrak Sholtry z uporem dążył do swojego celu – i przy tym działał wyjątkowo uczciwie. Wiedział, czego potrzebuję, i wykorzystywał swoją przewagę, jak tylko mógł.

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 135
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)