Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
– Jeśli przyjdzie ktoś z bezpieki, przyślij go do mnie – powiedziałem, kiedy podniosłem się z podłogi. – Tu są klucze od mojego mieszkania, pieniądze i kartki.
– Więc wy naprawdę...
Natasza usiadła, zakrywając skromnie piersi. Jej oczy rozjarzyły się nadzieją.
– Naprawdę – potwierdziłem. – Teraz muszę wyjść, porozmawiamy wieczorem.
Spojrzała na mnie tak, że wszelkie myśli o akcji, dziełach sztuki i treningu Wiery wyparowały mi z głowy. Zerknąłem na zegarek – musiałem się zbierać. Niezależnie od okoliczności. Ech, czego to człowiek nie poświęci dla socjalistycznej ojczyzny...
– Pogadamy później – powtórzyłem stanowczo.
Panna Turkuł wpatrywała się pilnie w kartkę pokrytą rzędami cyfr i liter. Naprzeciwko niej siedział Pietka Drozd.
– Kończymy! – zarządził. – Czas minął!
Stanowczym gestem zabrał kartkę ze stołu.
– Słucham! – powiedział srogo. – Litera B.
– Litera B wystąpiła w tekście dwadzieścia dwa razy.
– Cyfra siedem?
Wiera przymknęła oczy, zmarszczyła brwi.
– Czternaście razy.
– Teraz to samo, ale będziesz musiała odczytać tekst do góry nogami.
– To niesprawiedliwe! Aleksandrze Nikołajewiczu, powiedzcie mu!
– Wojna jest niesprawiedliwa, życie jest niesprawiedliwe. – Wzruszyłem ramionami. – Liczy się tylko zwycięstwo i to, aby go dożyć. Nic więcej. A ty masz zwyciężać. Zawsze.
– No dalej! – ponaglił ją niecierpliwie Pietka. – Zaczynamy! Masz dziesięć sekund!
Na twarzy dziewczyny ponownie pojawiło się skupienie, widziałem, jak bierze głęboki oddech, koncentruje się na kartce. Dobrze, trzeba dotlenić mózg. Błyskawicznie prześliznęła się wzrokiem po tekście, raz, drugi, trzeci. Znakomicie, widać Drozd zdążył nauczyć Wierę obejmowania jednym rzutem oka całych grup cyfr i liter.
– Koniec! – poinformował Pietka. – Liczba dwadzieścia trzy?
– Osiemnaście razy.
– Litera D?
– Eee... Dwanaście?
– Trzynaście! D jak dura – warknął chłopak.
Wiera wydęła wargi, jednak nie wyglądała na przejętą, świetnie wiedziała, że rezultat ćwiczenia jest niezły. Biorąc pod uwagę fakt, że zaczęła trenować całkiem niedawno – więcej niż niezły.
Stanąłem za plecami dziewczyny, dałem znak. Nagłym ruchem Drozd chwycił pannę Turkuł za szyję, poderwał z krzesła, drugą ręką sięgnął do krocza. Ta nie odsunęła się, wręcz przeciwnie: skróciła dystans, powaliła chłopaka podstępnym chwytem, zanim upadł, wyciągnęła nóż, przyłożyła leżącemu do gardła. Znakomicie – żadnych dziewczęcych spazmów, pisków, próby ratowania cnoty. Czysta skuteczność. No i dobrze. Tylko ten jej wzrok. Ten wzrok... Panna Turkuł patrzyła na Pietkę jak rzeźnik na świnię prowadzoną do ubojni. To choroba początkujących, dość powszechna, niestety. Czuła, że jest sprawna, bystra, niezwyciężona. Nikogo się nie bała. Znaczy cel szkolenia, jeden z celów, został osiągnięty. Jednak nastawienie dziewczyny stanowiło problem: mieliśmy działać na tyłach wroga, a wystarczy, że Wiera spojrzy w taki sposób na jakiegoś Niemca, a ten bez wątpienia zainteresuje się dziwną przedstawicielką rasy podludzi. Ech... Trzeba jej to wybić z głowy. Natychmiast.
– Idziemy na basen – zadecydowałem.
– Mam uczyć się pływać? – spytała. – Bo jeszcze nie umiem.
– Zobaczysz – mruknąłem wymijająco.
Drozd spojrzał na mnie, jakby chciał spytać, czy to konieczne. Potwierdziłem niemal niedostrzegalnym skinieniem. Chłopak westchnął ciężko, lecz posłusznie ruszył w ślad za nami. Poczułem przypływ optymizmu; widać, że polubił dziewuchę, ale zna dyscyplinę i zrobi, co mu każę. Może jednak mam jakieś szanse z taką ekipą?
Basen był pusty, przed chwilą skończyły się zajęcia, w pomieszczeniu przebywało tylko dwóch sierżantów. Dyskretnym gestem wskazałem im Wierę. Zrozumieli od razu, w końcu nie ona pierwsza, nie ona ostatnia... Podeszli z uśmiechem, bez ostrzeżenia wrzucili dziewczynę do wody. Tak jak stała, w ubraniu.
– Ale ja nie umiem... – zawołała, szaleńczo młócąc ramionami.
Nie dokończyła, poszła pod wodę. Podobno u małych dzieci występują naturalne odruchy pozwalające im utrzymać się na powierzchni. Tyle że panna Turkuł wyszła już z tego wieku, niemal od razu zaczęła tonąć. Jeszcze dwa razy wychynęła spod wody, udało jej się zaczerpnąć powietrza, w końcu zanurzyła się z głową, ściągana w dół ciężarem ubrania i butów. Tuż przedtem, zanim straciła przytomność, jeden z sierżantów szturchnął Wierę kijem. Złapała go od razu, wydźwignęła się w górę, zaczerpnęła tchu. Znakomicie! Rzadko kto jest w stanie tak błyskawicznie reagować, odpływając – w tym przypadku dosłownie – w niebyt.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, żołnierz ponownie zepchnął ją pod wodę. Widziałem rozszerzone z przerażenia oczy Wiery, jej rozpaczliwą walkę, aby wypłynąć, przebić taflę. Już nie wyglądała jak zwycięzca. Była tylko ofiarą, nikim więcej. Beznamiętnie obserwowałem, jak ruchy dziewczyny stają się coraz wolniejsze, coraz mniej celowe. Walczyła już tylko instynktem, mózg przestał kontrolować sytuację.
– Komandir? – usłyszałem zaniepokojony głos Pietki.
Przyzwalająco skinąłem. Chłopak skoczył od razu, nie zawracając sobie głowy ściąganiem munduru. No i dobrze, niech dziewczyna doceni jego poświęcenie. Sierżanci wyszli, nie byli już mi potrzebni. Zapewne panna Turkuł nie będzie zachwycona lekcją pływania, jakiej jej udzielili, lepiej niech ochłonie, zanim spotka ich ponownie...
Tymczasem Drozd doholował Wierę do brzegu. Podałem jej rękę, chwyciła bez wahania. Świetnie. Widać nadal mi ufa. Dlatego kazałem topić pannicę sierżantom, zamiast zrobić to osobiście. Niby wiedziała, że tamci działali na mój rozkaz, ale to nie ja zepchnąłem ją pod wodę. Wytaszczyłem kaszlącą dziewczynę z basenu, otuliłem ręcznikiem.
– Dlaczego? – wykrztusiła po chwili.
– Musiałaś zrozumieć, że nie jesteś niezwyciężona – odparłem spokojnie. – Musiałaś też zrozumieć, że choć każdy z nas naraziłby życie, aby cię ratować, misja jest najważniejsza. To znaczy, że jeśli zwrócisz uwagę Niemców, być może będziesz musiała radzić sobie sama. Bo nie będziemy mogli ci pomóc. Rozumiesz?
Po długiej, bardzo długiej chwili przytaknęła.
– Pamiętaj, że naszą akcją zainteresowany jest sam Generalny Komisarz Ławrentij Pawłowicz Beria. I on też rozliczy nas z jej wyników. Nawet jeśli przeżyjemy tam, po drugiej stronie frontu, możemy nie mieć takiego szczęścia po powrocie...
Wiera pobladła, przez moment bałem się, że zemdleje. Wreszcie jej oczy odzwierciedliły to, czego chciałem – strach. Teraz mogliśmy ruszać. Na pewno nie narazi nas na niebezpieczeństwo buńczucznym zachowaniem. Nie ma obawy. Już nie...