Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 130
Перейти на страницу:

Nagle spocona twarz Gajusza Filipusa skrzywiła się w zupełnie nie pasującym do sytuacji uśmiechu.

— Czyś ty zwariował, człowieku?! — wrzasnął Skaurus, czekając aż bestia zwróci się przeciwko niemu i spali go ognistym tchnieniem.

— Ani trochę — odparł starszy centurion. — Dlaczego nie ma żadnego podmuchu?

Trybun nagle zrozumiał. Gajusz Filipus miał rację — wielkie skrzydła powinny wzniecać huragan, a powietrze spokojne i ciche, nawet poranny zefirek zniknął bez śladu.

— Iluzja! — krzyknął. — To czary! — Magia bitewna była trudną rzeczą i zazwyczaj jej efekty ginęły, rozpływały się w bitewnym zamieszaniu. Z tego właśnie względu, generałowie w swych planach zwykle nie brali jej pod uwagę. Zigabenos, wstrzymując się do ostatniej chwili, zyskał najwięcej głównie dzięki zaskoczeniu.

Ale co mógł stworzyć jeden mag, inny potrafił zniszczyć. Gdy smok zaczął nurkować na szeregi wyspiarzy, jego kontury zaczęły blednąc i znikać. Ryk stawał się coraz bardziej odległy, cień coraz bledszy, płomień przezroczysty. Nie zniknął całkiem, ale duch nie wzbudzał strachu ludzi ani zwierząt. Od czasu do czasu potwór znowu nabierał kolorów, gdy videssańscy magowie próbowali coraz to innych, silniejszych zaklęć, by podtrzymać iluzję, ale ich namdalajscy przeciwnicy neutralizowali jedno po drugim.

Żołnierze Księstwa powrócili do szyku z szybkością i dyscypliną, którą Marek musiał docenić, choć oznaczało to klęskę sił Zigabenosa.

— Namdalen! Namdalen! — ich okrzyk ponownie górował l nad polem walki. Teraz walczyli jeszcze zacieklej niż poprzednio, jakby starając się nadrobić chwilę paniki, której ulegli.

Dowódca skrzydła, ten z zadartym nosem, wykrzykiwał jakieś rozkazy. Jego jeźdźcy runęli do przodu — nie na legionistów tym razem, ale na miejsce, w którym legion łączył się z videssańskim regimentem. To posuniecie było śmiertelnie zręczne — koordynacja działań różnojęzycznych oddziałów w armii Imperium zawsze pozostawiała wiele do życzenia. Zarówno Rzymianie jak i Vi-dessańczycy wahali się o kilka sekund za długo. Potem nie było już żadnych szans, by naprawić ten błąd. Namdalajczycy, wrzeszcząc triumfalnie w swym gardłowym języku, wdarli się w lukę pomiędzy legionistami a żołnierzami Videssos.

— Formuj kwadrat! — krzyknął Marek. Heroldzi powtórzyli jego rozkaz. Trybun przygryzł wargę w bezsilnej wściekłości. Za późno, za późno — wyspiarze zachodzili go już z flanki.

Namdalajski oficer wiedział jednak, co było najważniejsze. Skierował swoich rycerzy przeciwko Videssańczykom walczącym w centrum, naciskanym już z przodu i z prawej. Oblegani z trzech stron, żołnierze Imperium rozpierzchli się. Osamotniony Zigabenos wraz z tylną strażą wciąż walczył, ale większość Videssańczyków nie myślała już o niczym innym, jak tylko o ratowaniu własnej skóry. Ludzie Księstwa doganiali ich i cięli od tyłu.

Rozbicie Videssańczyków było teraz najważniejsze dla wyspiarzy — w porównaniu z tym, legioniści byli tylko drugorzędnym celem. Uformowali kwadrat, pokonując symboliczny opór Na-mdalajczyków.

— Trąbić odwrót — rozkazał Skaurus heroldom. Gorzki sygnał wypełnił powietrze.

— Do obozu? — spytał Gajusz Filipus.

— Myślisz, że możemy tu jeszcze coś zrobić? Starszy centurion ogarnął spojrzeniem pole bitwy.

— Nie, wszystko rozwalone jak trzeba.

Jakby dla podkreślenia jego słów, głośne okrzyki na prawym skrzydle wymieniały imię Zigabenosa. Zabity albo pojmany — pomyślał tępo Marek. Sztandar videssańskiego generała padł już jakiś czas temu — błękit i złote słońce Imperium wdeptane w błoto — a wraz z nim zapewne i samo Imperium.

IV

Varatesh i piątka jego ludzi gnali na południe niczym niesione wiatrem liście; szare płaszcze trzepotały w pędzie. Rozmowa jego podwładnych była dla wodza banitów udręką — nie kończący się ciąg kradzieży, gwałtów, morderstw i tortur, wszystkie z dumą wyliczone i dokładnie opisane. Robił rzeczy gorsze niż którykolwiek z nich, ale nie chełpił się tym. Było mu raczej wstyd. Utraciłeś towarzystwo dobrych ludzi — pomyślał po raz tysięczny — i zostały ci tylko odpadki — musisz się z tym pogodzić. Nie umiał.

Zabił swojego brata bliźniaka, gdy miał siedemnaście lat. Kłócili się o jedną ze służących. Nikt nie uwierzył mu potem, że to Kodoman pierwszy wyciągnął nóż, chociaż tak właśnie było. Klan obwołał go bratobójcą i odpowiednio ukarał. Nie zabili go, bo był synem khagana, ale wyrzucili z wioski, zostawiając nagiego na stepie.

Właściwie równało się to wyrokowi śmierci — wygnańcy tracili ducha i tak samo jak z głodu, zimna czy choroby, umierali z samotności. Ale niesprawiedliwość tego wyroku płonęła w sercu młodego Varatesha ogniem, który podtrzymywał go przy życiu nawet wtedy, gdy zwykły człowiek poddałby się złośliwemu losowi i umarł. Powrócił do osady, by ukraść konia. Musiał to zrobić, jak sobie wmawiał, żeby przetrwać. Strażnik był drobnym mężczyzną — szybkie uderzenie od tyłu i miał też ubranie. Oczywiście tylko go ogłuszył. Był tego pewien, choć tamten nie poruszył się do chwili, gdy Varatesh odjechał.

Pech nadal go jednak prześladował. Nieraz był już o krok od przyłączenia się do innego klanu, ale zawsze docierała tam jego zła sława i znów był wyganiany. Upokorzenie wciąż go dręczyło — kim byli ci aroganccy wodzowie, by osądzać go tylko na podstawie plotek? Tak czy inaczej, te zniewagi zostały pomszczone. Od dawna już żaden khagan przy zdrowych zmysłach nie zaprosiłby Va-ratesha, by przyłączył się do niego i jego ludzi. W miarę jak przeszłość banity stawała się córa, ciemniejsza, równie czarno malowała się jego przyszłość — nie mógł przecież dojść do uznania i akceptacji przez krew, którą rozlał.

Wyganiany zewsząd bez przyczyny — bo tak to zawsze widział — odważny i zuchwały Vara-tesh, stworzył swój własny klan. Równiny zawsze były schronieniem dla wyrzutków Rozproszeni po całym stepie banici, często przymierający głodem, nieufni, żyli w ciągłym strachu przed swoimi ziomkami. Varatesh dał im sztandar, wokół którego mogli się wreszcie zebrać — zupełnie czarną flagę, głoszącą otwarcie kim byli. W końcu został wodzem, którym miał przecież być a jego klan rozrastał się z dnia na dzień. A on ich nienawidził, prawie co do jednego. Lepiej by było — myślał czasem — gdyby sztylet Kodomana znalazł drogę do jego serca.

Takie myśli nie przynosiły mu żadnego pożytku. Ściągnął cugle, by móc przyjrzeć się talizmanowi, który nosił ze sobą Jak zawsze, kryształowa kula była najpierw przezroczysta, ale gdy wziął ją do ręki, w jej wnętrzu zaczęła wirować pomarańczowa mgiełka. Wkrótce kula była nią całkiem wypełniona z wyjątkiem jednej linii, która uparcie pozostawała czysta. Pokręcił talizmanem, ale jakkolwiek by go ustawił, bezbarwny pasek niezmiennie wskazywał na wschód, jakby wyrysowany jakąś magiczną ręką. I był dzisiaj szerszy niż poprzedniego wieczora.

— Doganiamy ich — powiedział Varatesh do swoich towarzyszy. Pokiwali głowami, uśmiechając się drapieżnie, niczym stado wilków.

Właściwie, jak wyjaśnił mu wcześniej Avshar, to nie czary były przyczyną powstawania tego znaku, ale ich brak.

— Na równinach jest wędrowiec, który nosi miecz odporny na moje zaklęcia — powiedział czarnoksiężnik. — Spotkaliśmy się już kiedyś — on i ja. Gdybyś pojmał go dla mnie i przywiózł tutaj, do obozu, mógłbym spokojnie wszystko z niego wyciągnąć.

1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)