Minął jakiś czas. Możliwe, a nawet prawdopodobne, że minęło go całkiem sporo, ale po wypadku motocyklowym powziąłem pewne podejrzenia odnośnie czasu i sposobu, w jaki się zachowywał. Sprawdzałem kieszenie po każdym spotkaniu; tego typu sprawy.
Nie istniał żaden sposób, aby zmierzyć cokolwiek w tym pokoju. Sztuczne oświetlenie, cały czas włączone. Poziom hałasu nic mi nie mówił. Byłoby mi łatwiej, gdybym usłyszał butelki po mleku brzęczące w skrzynce lub kogoś wołającego: „Dowieźli »Evening Standard«!”. Ale do moich uszu nie dochodziły żadne dźwięki.
Jedynym urządzeniem spełniającym rolę chronometru, jakie miałem w zasięgu ręki, był mój pęcherz, który sygnalizował, że od chwili wyjścia z restauracji upłynęły mniej więcej cztery godziny. Nie pokrywało się to z obliczeniami związanymi z wodą po goleniu Zadbanego. Ale z drugiej strony te tanie współczesne pęcherze bywają piekielnie zawodne.
Richie opuścił pokój tylko raz, żeby przynieść sobie krzesło. Podczas jego nieobecności próbowałem się uwolnić, związać prześcieradła i zjechać na nich przez okno na ziemię, ale zdążyłem jedynie podrapać się w udo. Richie wrócił i odkąd usadowił się wygodnie na krześle, siedział cicho, co skłoniło mnie do przypuszczenia, że przyniósł sobie również coś do czytania. Ponieważ jednak nie słyszałem odgłosów przewracania stron, albo czytał bardzo powoli, albo zadowolił się wpatrywaniem w ścianę. Albo we mnie.
— Muszę pójść do łazienki — wychrypiałem.
Brak odpowiedzi.
— Powiedziałem, że muszę…
— Stul pysk.
Spodobało mi się to. Przynajmniej wiedziałem, jak należy z nim postępować.
— Posłuchaj, musisz…
— Słyszałeś, co powiedziałem? Stul pysk. Jak musisz się odlać, to lej tam, gdzie jesteś.
— Richie…
— Kto ci, kurwa, powiedział, że nazywam się Richie?
— To jak powinienem cię nazywać? — zamknąłem oczy.
— W ogóle mnie w żaden sposób nie nazywaj. W żaden sposób. Leż spokojnie i lej. Zrozumiałeś?
— Nie chce mi się lać.
Niemal usłyszałem, jak trybiki obracają mu się w mózgu.
— Co?
— Muszę się wysrać, Richie. Stara brytyjska tradycja. Jeżeli chcesz w tej sytuacji siedzieć ze mną w pokoju, to już twoja sprawa. Pomyślałem tylko, że postąpię uczciwie, ostrzegając cię.
Richie zastanawiał się nad tym przez chwilę i byłem pewien, że słyszę, jak marszczy mu się nos. Krzesło zaszurało i gumowe buty ruszyły w moim kierunku.
— Nie pójdziesz do toalety ani się nie zesrasz. — Twarz pojawiła się, opięta jak zawsze. — Słyszysz? Zostaniesz lam, gdzie jesteś i stulisz pysk…
— Nie masz dzieci, prawda Richie?
— Zmarszczył brwi i wyglądało na to, że wymagało to od jego twarzy ogromnego wysiłku. Brwi, mięśnie i ścięgna zostały zmobilizowane do pracy na rzecz tego pojedynczego, trochę głupiego wyrazu twarzy.
— Co?
— Ja sam, prawdę mówiąc, też nie mam dzieci, ale mam za to chrześniaków. A im po prostu nie da się wytłumaczyć, żeby tego nie robiły. Nie słuchają.
Wyraz niezrozumienia na twarzy Richiego pogłębił się.
— O czym ty, kurwa, mówisz?
— Rozumiesz, próbowałem. Jedziesz z dzieciakami samochodem i nagle jedno z nich chce się wysrać. Mówisz mu, żeby wytrzymało, wetknęło sobie tam korek, zaczekało, aż się zatrzymamy, ale to nie skutkuje. Kiedy ciało chce srać, musi srać.
Wyraz niezrozumienia lekko ustąpił, co mnie ucieszyło, bo zaczęło mnie męczyć samo patrzenie na niego. Pochylił się nade mną, tak że nasze nosy znalazły się w jednej linii.
— Słuchaj, zasrańcu…
Tylko tyle zdążył powiedzieć, ponieważ przy słowie „zasrańcu” z całej siły wyrzuciłem w górę prawe kolano i wbiłem mu je w policzek. Zamarł na chwilę, częściowo ze zdumienia, a częściowo od wstrząśnienia mózgu, tymczasem ja podniosłem lewą nogę i oplotłem ją wokół jego szyi. Kiedy ściągałem go na łóżko, zdołał wystawić lewą rękę przed siebie, aby z jej pomocą utrzymać się w górze. Nie miał jednak pojęcia, jak silne są nogi. A one naprawdę są silne.
Znacznie silniejsze od gardeł.
Muszę przyznać, że opierał się całkiem skutecznie. Próbował zwykłych sztuczek, chwytając mnie za gardło, wbijając mi stopy w twarz, ale aby skutecznie się nimi posłużyć, potrzeba powietrza, a ja akurat nie byłem w nastroju, żeby pozwolić mu na zaczerpnięcie jakichkolwiek użytecznych ilości. Jego opór wzmagał się od gniewu, przez wściekłość do przerażenia, osiągnął szczyt, a następnie opadł do stanu nieprzytomności. Trzymałem go jeszcze przez dobre pięć minut, ponieważ na jego miejscu próbowałbym udawać nieżywego, kiedy tylko zorientowałbym się, że nie mam szans.
Ale Richie zdecydowanie nie udawał nieżywego.
Ręce związano mi paskami, więc trochę musiałem się nad nimi napracować. Za jedyne narzędzie miałem zęby i kiedy skończyłem, czułem się, jakbym zjadł dwa kontenery mieszkalne. Uzyskałem także niezbity dowód urazu podbródka, ponieważ kiedy pierwszy raz otarł się o sprzączkę, myślałem, że wyjdę przez sufit. Zamiast tego spojrzałem w dół i zobaczyłem ślady krwi na skórzanym pasku, jedne ciemne i stare, a inne czerwone i zupełnie świeże.