Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 95
Перейти на страницу:

Gospodarka Anarres nie mogła sobie pozwolić na budowę, utrzymywanie, ogrzewanie i oświetlanie prywatnych domów i mieszkań. Człowiek o naturze odludka musiał usunąć się ze społeczności i troszczyć sam o siebie. Mógł to uczynić bez przeszkód. Mógł wybudować sobie dom gdziekolwiek zechciał (choć jeśli popsuł tym jakiś ładny widok albo poletko żyznej ziemi, mógł się spotkać z naciskiem ze strony sąsiadów, aby się przeniósł gdzie indziej).

Na obrzeżach starszych anarresyjskich wspólnot żyło niemało takich samotników i pustelników, udających, że nie należą do istot społecznych. Dla tych jednak, którzy akceptowali przywileje i zobowiązania wynikające z międzyludzkiej solidarności, odosobnienie miało wartość jedynie wtedy, gdy czemuś służyło.

Pierwszą więc reakcją Szeveka na umieszczenie go w osobnym pokoju była niechęć zmieszana ze wstydem. Dlaczego go tutaj wsadzili? Wnet odkrył przyczynę. Pojedynka była najwłaściwszym miejscem do pracy, którą się zajmował. Jeśli jakaś myśl przychodziła mu do głowy o północy, mógł zapalić światło i zapisać ją; gdy zaświtała o brzasku — nie wypłaszały jej rozmowy i harmider czyniony przez czterech czy pięciu wstających współmieszkańców; jeśli nie przychodziła wcale i całe dnie spędzał za biurkiem gapiąc się w okno — nikt nie stawał za jego plecami i nie dziwował się, że zbija bąki. Odosobnienie okazywało się w gruncie rzeczy niemal równie przydatne do uprawiania fizyki, co seksu.

Ale czy było istotnie niezbędne?

W stołówce Instytutu do każdej kolacji podawano deser. Szevek za deserami przepadał i gdy tylko mógł, brał dokładkę. Jego sumienie jednak, sumienie organicysty społecznego, cierpiało z tego powodu katusze. Bo czy wszyscy, we wszystkich stołówkach od Abbenay po najdalszy zakątek, dostawali to samo, otrzymywali taki sam przydział? Zawsze go o tym zapewniano i sam też zawsze to stwierdzał. Oczywiście, zdarzały się lokalne różnice: specyfika regionu, braki, nadwyżki, sytuacje wyjątkowe, takie jak obozy pracy, marni kucharze, znakomici kucharze — nieprzebrana rozmaitość w obrębie niezmiennego schematu. Żaden jednak kucharz nie był aż tak utalentowany, żeby przyrządzać deser, nie mając do tego składników. W większości stołówek desery serwowano raz, dwa razy w dekadzie. Tutaj co wieczór. Dlaczego? Czyżby członkowie Centralnego Instytutu Nauk byli lepsi od reszty społeczeństwa?

Nie szukał odpowiedzi na te pytania. Sumienie społeczne, opinia ogółu — najpotężniejszy moralny wskaźnik kierujący postępowaniem większości Anarresyjczyków — nie miały nad nim aż takiej jak nad innymi władzy. Ludzie nie rozumieli tak wielu z nurtujących go problemów, że przywykł do borykania się z nimi w milczeniu, samodzielnie. Podobnie też podszedł i do tego zagadnienia, znacznie dlań nawet — pod pewnymi względami — trudniejszego od fizyki czasu. Nie zasięgał niczyich opinii. Po prostu przestał jadać w stołówce desery.

Do noclegowni się jednak nie przeprowadził. Zważywszy na szali moralną niewygodę i praktyczny zysk, stwierdził, że ten drugi przeważył. W prywatnym pokoju pracowało mu się lepiej. Tę pracę warto było wykonać, zaś on wykonywał ją dobrze. Była to praca o zasadniczym dla jego społeczeństwa znaczeniu. Odpowiedzialność uzasadniała przywilej.

A więc pracował.

Spadł na wadze; lekko stąpał po ziemi. Braku wysiłku fizycznego, urozmaiconych zajęć, kontaktów towarzyskich i seksualnych nie doświadczał jako braku, lecz jako wolność. Był człowiekiem wolnym: mógł robić, co chciał, kiedy chciał i jak długo chciał.

I tak też czynił. Pracował. Praco/bawił się.

Robił notatki do ciągu hipotez mających prowadzić do spójnej teorii jednoczesności. Cel ten zaczął mu się jednak wydawać nazbyt skromnym; do osiągnięcia, gdyby tylko zdołał się doń zbliżyć, był cel znacznie ambitniejszy: jednolita teoria czasu. W czterech ścianach pokoju czuł się jak wśród otwartej, rozległej przestrzeni — otaczała go ona, trzeba było jedynie znaleźć drogę wyjścia, wolne przejście. Ta intuicja stała się jego obsesją. Przez jesień i zimę coraz bardziej odwykał od snu. Wystarczało mu go parę godzin w nocy i jeszcze kilka w ciągu dnia; drzemki, w które zapadał, w niczym nie przypominały głębokiego snu, jaki dotąd znał, prędzej już jawę na innym poziomie, tak pełne były sennych rojeń. Śnił sny plastyczne, sny będące częścią jego pracy. Oglądał zawracający w swoim łożysku czas, rzekę płynącą w górę do źródła. W lewej i prawej dłoni trzymał dwie jednoczesne chwile — i z uśmiechem oddalał je od siebie, obserwując, jak się dzielą, niczym dwie rozklejające się bańki mydlane. Wstawał i — nie całkiem jeszcze rozbudzony — notował matematyczny wzór, który od wielu dni mu się wymykał. Patrzył, jak przestrzeń zwiera się wokół niego niczym zapadająca się ku centrum otchłani powierzchnia kuli, kurczy się i zamyka — i budził się z uwięzłym w gardle krzykiem o ratunek, starając się w milczeniu wyrzucić ze świadomości własną wieczystą pustkę.

Wracając do siebie z biblioteki pewnego mroźnego zimowego popołudnia, wstąpił do dziekanatu fizyki, żeby sprawdzić, czy nie ma dla niego listów w skrzynce. Właściwie nie miał podstaw, aby się jakichś spodziewać, skoro nigdy do żadnego z przyjaciół z Instytutu Okręgowego nie napisał; lecz nie czuł się od paru dni najlepiej, obalił kilka ze swoich własnych najelegantszych hipotez i po pół roku wytężonej pracy znalazł się z powrotem w punkcie wyjścia; model fazowy okazał się najzwyczajniej zbyt mętny, aby I mógł być użyteczny, bolało go gardło, ucieszyłby go więc list od kogoś znajomego, albo choć możliwość spotkania kogoś w dziekanacie, komu mógłby powiedzieć „cześć”. Zastał tam jednak tylko Sabula.

— Spójrz, Szevek.

Spojrzał na książkę, którą tamten trzymał w ręku: cienką książeczkę w zielonej oprawie, z wytłoczonym na okładce Kołem Życia. Wziął ją do ręki i zerknął na stronę tytułową: „Krytyka hipotezy następstw nieskończonych Atro”. Książeczka zawierała jego esej, słowa uznania ze strony Atro, jego obronę i replikę. Przekład (albo retrowersję) na prawieki opublikowało wydawnictwo KPR w Abbenay. Na okładce figurowały imiona pary autorów: Sabul i Szevek.

Sabul pochylał się nad książką w ręku Szeveka i sycił oczy jej widokiem. Jego warkotliwy głos wezbrał gardłowym śmiechem.

— Wykończyliśmy go. Wykończyliśmy tego zasranego paskarza Atro! Niech no spróbują teraz wspomnieć o „niedojrzałym brali ku precyzji”! — Sabul od dziesięciu lat nosił w sercu zapiekłą złość do wydawanego przez uniwersytet Ieu Eun Przeglądu Fizycznego, który zdezawuował jego prace teoretyczne jako „naznaczone prowincjonalizmem i niedojrzałym brakiem precyzji, jakim dogmat odoński poraża każdą dziedzinę myśli”. — Przekonają się teraz, kto tu jest prowincjonalny! — mruknął ze śmiechem.

Szevek nie przypominał sobie, żeby przez okres ich rocznej blisko znajomości oglądał na twarzy Sabula uśmiech.

Usiadł w drugim końcu pokoju, zgarnąwszy przedtem z ławki stertę papierów; gabinet fizyczny był oczywiście wspólny, ale Sabul tak zaśmiecił pokój swoimi materiałami, że dla nikogo więcej nie starczało już miejsca. Szevek popatrzył na książkę, którą wciąż trzymał w ręku, a potem spojrzał w okno. Czuł się niezdrów — i na takiego też wyglądał. Sprawiał ponadto wrażenie spiętego; przy Sabulu nie bywał jednak nigdy onieśmielony czy skrępowany, jak to mu się często zdarzało z ludźmi, których by rad poznał bliżej.

1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)