Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Otoczyli jeden z budynków, przemknęli pod cieniem portyku drugiego, potem minęli trzeci, poruszając się skokami i osłaniając nawzajem. Wszystko szło zbyt łatwo. Kompleks przypominał Milesowi mięsożerny kwiat kryjący w środku zwrócone do wewnątrz kolce pokryte słodkim nektarem. Takie jak on drobne owady mogły bez trudu wśliznąć się do kielicha, ale gdy próbowały się wydostać, ginęły z wyczerpania…
Dlatego niemal z ulgą powitał huk pierwszego granatu dźwiękowego. Zatem Bharaputranie nie zostawiali sobie wszystkiego na deser. Eksplozja kilka budynków dalej wstrząsnęła pasażami i przetoczyła się po nich dziwnym echem. To nie była broń Dendarian, hałas wydawał się bowiem mniej ogłuszający. Miles na wpół świadomie skierował podgląd hełmu w stronę, skąd dobiegała strzelanina — tam Pomarańczowi likwidowali gniazdo sił bezpieczeństwa Bharaputry. Nie martwił się Bharaputranami, których jego ludzie mogli wykurzyć; martwił się, że mogą nie znaleźć wszystkich… Zastanawiał się, czy nieprzyjaciel poza granatami dźwiękowymi sprowadził ciężką broń palną. Na myśl o brakującej części pożyczonego półpancerza oblewał go zimny pot. Quinn próbowała mu wcisnąć swój ochraniacz tułowia, lecz zdołał ją przekonać, że w za dużym i luźnym pancerzu, który będzie mu przeszkadzał w poruszaniu się, z pewnością oszaleje. Zdawało mu się, że w odpowiedzi mruknęła pod nosem: „Chyba bardziej nie można”, ale nie prosił o rozwinięcie tej uwagi. Zresztą i tak nie planował w tej akcji żadnej szarży kawaleryjskiej.
Mrugnięciem odegnał strumień danych i po chwili dotarli do ostatniego załomu, gdzie wystraszyli kilku zaczajonych Bharaputran. Zbliżyli się do żłobka klonów — dużego, masywnego budynku, który przypominał hotel. Roztrzaskane szklane drzwi prowadziły do holu, gdzie odziani w szare ubrania maskujące obrońcy ukrywali się za zaimprowizowaną osłoną z wyrwanych z zawiasów metalowych drzwi. Po szybkiej wymianie znaków Niebiescy znaleźli się w środku. Połowa ich oddziału natychmiast rozbiegła się, by wspomóc zmęczonych Zielonych; druga połowa została przy Milesie.
Sanitariusz przeciągnął przez drzwi lotopaletę z przenośną kriokomorą i został skierowany przez swoich towarzyszy na drugą stronę korytarza. Zieloni rozsądnie umieścili Phillipi w bocznym pokoju, poza zasięgiem wzroku klonów, gdzie poddali ją wstępnej fazie zamrożenia. Pierwszy krok polegał na usunięciu jak największej ilości krwi pacjenta; podczas akcji, w tak polowych warunkach nie próbowali jej nawet odsączyć ani odpowiednio przechować. Pospieszny i nerwowy zabieg w tak niehigienicznych warunkach to nie był widok dla nieprzygotowanych i lękliwych dzieci.
— Admirale — odezwał się cichy alt.
Odwróciwszy się, ujrzał przed sobą Bela Thorne’a. Twarz hermafrodyty była niemal tak szara jak jego kaptur z siatką pancerną, poznaczona zmarszczkami i spuchnięta z wyczerpania. Poza tym Miles dostrzegł coś, co mu się bardzo nie spodobało, mimo że był wściekły na komandora. Bel wyglądał na zupełnie pokonanego, jakby przegrał z kretesem. Bo przegrał. Nie padło między nimi ani jedno słowo usprawiedliwienia czy oskarżenia. Nie musieli nic mówić; wszystko malowało się na twarzy Bela i, jak podejrzewał Miles, na jego także. Skinął krótko głową.
Obok Bela stał inny żołnierz, którego hełm — mój hełm — sięgał Thorne’owi ledwie do ramienia. Miles prawie zapomniał, jakiego zaskoczenia doznawał na widok Marka. Naprawdę tak wyglądam?
— Ty… — Milesowi załamał się głos. Musiał na chwilę przystanąć i opanować się. — Później o wszystkim porozmawiamy. Zdaje się, że wielu rzeczy nie rozumiesz.
Mark hardo uniósł podbródek. Moja twarz na pewno nie jest taka okrągła. Pewnie złudzenie z powodu kaptura.
— A co z dziećmi? — zapytał Mark. — Z klonami?
— Jak to, co? — Kilku młodych ludzi w brązowych tunikach i szortach nie sprawiało wrażenia wrogów i w istocie pomagało dendariańskim obrońcom, zamiast im przeszkadzać. Inna grupka przestraszonych chłopców i dziewcząt siedziała na podłodze pod czujnym okiem uzbrojonego w ogłuszacz komandosa. Psiakrew, to rzeczywiście tylko dzieci.
— Musimy… musicie je stąd zabrać. Inaczej nie idę. — Mark zaciskał zęby, lecz Miles zauważył, jak przełyka ślinę.
— Nie prowokuj mnie — warknął Miles. — Oczywiście, że je zabierzemy, jak inaczej moglibyśmy się stąd wydostać z życiem?
Twarz Marka pojaśniała i wyglądał, jak gdyby nadzieja walczyła w nim z nienawiścią.
— A potem? — spytał podejrzliwie.
— Och — odrzekł z teatralnym sarkazmem Miles — potem pofruniemy prościutko na Stację Bharaputry, wysadzimy je i grzecznie podziękujemy Vasie Luigiemu za pożyczkę. A jak sądzisz, idioto? Ładujemy je na pokład i bierzemy nogi za pas. Będę spokojny, kiedy znajdą się za śluzą powietrzną, i zaręczam ci, że pierwszy stamtąd wylecisz!
Mark wzdrygnął się, lecz wziął głęboki oddech i skinął głową.
— W takim razie w porządku.
— Nic nie jest w porządku — odgryzł się Miles. — To po prostu… po prostu… — Nie potrafił znaleźć słowa, które opisałoby ich obecną sytuację, poza tym, że była to najgorzej wymyślona i najbardziej spartolona akcja, jaką kiedykolwiek widział. — Jeżeli już wymyśliłeś sobie tak kretyński wyskok, mogłeś przynajmniej skonsultować się z fachowcem w rodzinie!
— Z tobą? Miałem cię prosić o pomoc? Sądzisz, że mam nie po kolei w głowie?
— Owszem…
Przerwał im jasnowłosy klon, który podszedł, przypatrując się im z otwartymi ustami.
— Wy naprawdę jesteście klonami — wykrztusił w zdumieniu.
— Nie, jesteśmy bliźniakami, tylko jeden urodził się sześć lat później — odburknął Miles. — Zgadza się, jesteśmy klonami tak samo jak wy, a ty wracaj na swoje miejsce i bądź grzeczny.
Chłopiec wycofał się pospiesznie, szepcząc:
— To prawda!
— Niech to szlag — zawył półgłosem Mark, jeśli tak można określić jego zduszony krzyk. — Dlaczego wierzą tobie, a nie mnie? To nie fair!
W rodzinnym spotkaniu przeszkodził głos Quinn w hełmie Milesa.
— Skoro skończyłeś się już witać z Don Kichotem juniorem, to sanitariusz Norwood melduje, że Phillipi jest w komorze, a ranni są gotowi do drogi.
— Wobec tego formujemy szyk i wychodzi pierwsza grupa — zdecydował. Połączył się z sierżantem Niebieskich. — Framingham, poprowadzisz pierwszy konwój. Jesteście gotowi do wyjścia?
— Gotowi. Sierżant Taura ustawiła wszystkich w szyku.
— Ruszaj. I nie oglądaj się za siebie.
W holu zgromadziło się pół tuzina Dendarian oraz ze trzy razy więcej zdezorientowanych i zmęczonych klonów — dwójka rannych leżała na lotopaletach — i wszyscy wyszli gęsiego przez zniszczone drzwi. Framingham nie wyglądał na zbyt zadowolonego z faktu, że musi wykorzystywać jako tarczę dwie dziewczynki; na jego czekoladowej twarzy malowało się przygnębienie. Ale bharaputrańscy snajperzy musieliby celować bardzo starannie. Dendarianie wypchnęli dzieci do przodu, zmuszając je do żwawego truchtu. Minutę po pierwszej grupie wyszła druga, a Miles śledził obie kątem oka z hełmów podoficerów, wytężając jednocześnie słuch w kierunku, skąd dobiegała nieustająca kanonada z lekkiej broni.
Uda się zakończyć to wszystko szczęśliwie? Sierżant Taura wprowadziła do holu ostatnie stadko klonów. Przywitała się z nim, salutując niedbałym gestem, nie przystając nawet, by sprawdzić, który z nich jest Markiem, a który Milesem.
— Miło znów pana widzieć, admirale — zadudniła.
— Mnie też miło, sierżancie — odparł szczerze. Gdyby Taura zginęła przez Marka, nie wiedział, czy kiedykolwiek mogłoby dojść między nim a jego bratem bliźniakiem do zgody. W stosownej chwili chciał się koniecznie dowiedzieć, jak Markowi udało się ją oszukać i jak daleko zaszła ich znajomość. Później. Taura podeszła bliżej i ściszyła głos.