Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
— Nie wiem. — Wzruszyła ramionkami. Uniosła dłonią jedną świecącą pierś i przyjrzała się jej krytycznie, po czym obleciała miniaturową pieczarę dookoła.
— Rzuca cień — oznajmiła. — Ale to nic nie znaczy.
— Poświeć mi tu — powiedział burkliwie Vuko, rozwiązując swój tobołek. — Muszę wykombinować jakieś onuce. Te kapcie zaczynają się rozpadać.
— Jak się czujesz?
— Gorzej niż wyglądam — warknął. — Jestem słaby i boli jak cholera. I chyba nigdy nie było mi tak zimno. No, może przed paroma godzinami. Przeżyję. Chwilowo.
Zgarnął ledwo ciepławe węgle, roztarł w dłoni i wysmarował wystające części twarzy: nos, czoło, kości policzkowe i podbródek. Okręcił nogi kawałkami szmat i zasznurował mokasyny. Zapiął klips obudowy podgrzewacza na brzegu kiltu i unieruchomił go na wysokości splotu słonecznego. Złożył i schował nóż, pozbierał drobiazgi do tobołka, po czym obejrzał obydwa egzemplarze zdobycznej broni.
— Noże do buraków, nie miecze — mruknął zrzędliwie. — Oba przeciążone na głowicę, dlatego tak lubią nimi wywijać... Jebem ti duszu, jak mi się nie chce pracować... Dobra, idziemy. Trawersem wzdłuż zbocza, prosto na lewą flankę fortu. Panie przodem. I lepiej nie świeć.
Zarzucił wilgotny płaszcz w taki sposób, żeby tworzył też kaptur i przepasał go. Zadymka wciąż trwała. Posuwał się schylony, trzymając jedną dłoń przy skale i usiłując wypatrzyć cokolwiek w huczącej, miotającej śniegiem ciemności.
Tylko prześlizgnąć się obok fortu, pomyślał. Nie macie ochoty sterczeć na dworze, nikt nie przyjdzie, zimno jak cholera, jeszcze ten śnieg... A w izbie ogień, piwo, kolacja, spać się chce...
Pośliznąwszy się na kamieniach, spadł w dół piargu. Niewysoko, lecz tłukąc się dotkliwie. Przytrzymał się skał i znieruchomiał, ale gruchot kamieni utonął w wizgu wiatru. Kilka skałek potoczyło się wzdłuż zbocza. Wstrzymał oddech i czekał. Sądził, że do fortu jeszcze daleko, jednak tak go wyszkolono. W zasadzie po czymś takim, należy przyczaić się na dobrą godzinę. Nic się nie działo, nikt nie zapalał lamp, w oddali nie pojawiały się pochodnie, nie słychać było nawoływań ani szczekania psów.
Tylko dolina, pokryta już białym całunem, migotała lekko odbitym światłem.
Cyfral pojawiła się przed jego twarzą, kiedy liczył językiem zęby i oglądał stłuczenia na łokciach i kolanach. Wzięła się pod boki. Pukiel włosów spadł jej na twarz, zdmuchnęła go niecierpliwie.
— Będziesz tu tak leżał? — zapytała.
— Spadaj, Barbie! Nie pomagasz, to przynajmniej nie przeszkadzaj.
— Gdyby nie ja, to byłbyś już sztywny. Rusz się. Może lepiej ci poświecę.
— Nie. Dopóki nie będę wiedział, czy ktoś inny też to widzi, to nie.
Przemykał wśród zadymki od jednej skały do drugiej, od jednej plamy cienia do następnej. Kosmaty płaszcz oblepił się śniegiem, podobnie jak zaimprowizowany kaptur.
Ogrzewacz ciągle działał, rozlewając na brzuchu plamę ciepła, ale Vuko czuł, że grabieją mu ręce. Zatrzymał się, wkładając dłonie pod pachę, kiedy usłyszał skrzypnięcie drzwi.
Wierzeje otworzyły się dosłownie kilka metrów przed jego twarzą, zalewając go prostokątem światła. Drakkainen znieruchomiał w dziwnej, przygarbionej pozycji, patrząc zmrużonymi oczami na czarną sylwetkę stojącą w drzwiach na wprost niego.
Człowiek powiedział coś, co brzmiało jak przekleństwo. Przez chwilę majstrował przy spodniach, oparł się barkiem o futrynę i wypuścił w kierunku Drakkainena łukowatą strugę cieczy, lśniącą w blasku płonącego wewnątrz ognia. Mężczyzna oddawał mocz, nadal stojąc w izbie, poświstując i patrząc Drakkainenowi prosto w oczy. Vuko trwał nieruchomo, zwinięty w kłębek pod płaszczem, skryty w cieniu kaptura, powoli przesuwając tylko prawą dłoń ku rękojeści miecza.
Ale nic się nie wydarzyło. Wąż skończył, poprawił spodnie, po czym zamknął ciężkie, skrzypiące drzwi.
Zapadła ciemność.
Drakkainen przełknął ślinę. Przez jakiś czas miał wrażenie, że zamarzł w przykurczonej, niewygodnej pozycji, a dłoń skamieniała mu na okręconej rzemieniem rękojeści. Serce waliło w piersi niczym wielki, bojowy bęben. Uniósł się i ruszył dalej pomiędzy kamienne budynki, a po chwili wtopił się w mrok.
Skradał się, mając po lewej ręce kamienną ścianę ponurego, długiego cekhauzu, który uznał za budynek mieszkalny. Mijane zabudowania sprawiały wrażenie czegoś jakby bardziej gospodarczego. Jakieś szopy, może coś w rodzaju obór? Chciał jedynie wyplątać się spomiędzy budynków fortu i wejść na przełęcz. Według planu miał wychynąć z boku, już na wysokości wartowni, tymczasem coś pokręcił w zamieci i teraz przemykał samym środkiem fortu. Na korektę było za późno, a Cyfral gdzieś znikła.
Liczył właściwie tylko na noc i zadymkę. Z wąskich strzelnic kamiennej chałupy biło światło, reszta tonęła w mroku i majaczącej słabo bieli śniegu.
Najpierw poczuł smród.
Nie poczciwy, gorący odór zwierząt, nawozu i starej słomy, lecz niemożliwy do pomylenia z czymkolwiek innym fetor ludzkich odchodów, brudu, potu i przerażenia. Potem dobiegły go dźwięki śpiących w tłoku ludzi. Chrapanie, kaszel, jęki, zduszony szloch, szelest słomy i szczęk łańcuchów.
Przez chwilę klęczał pod ścianą i nasłuchiwał, a jego mózg pracował na najwyższych obrotach, na jakie było go tej nocy stać. Pomieszczenie zamknięto wielkimi wrotami zbitymi z dech i zabezpieczono w najprostszy pod słońcem sposób: belką nasadzoną w poprzek wrót na stalowe, wbite w ścianę haki. Najbardziej prymitywny zamek świata, ale od wewnątrz nie do otwarcia.
— Nie — mruknął pod nosem. — Masz tylko przejść przez przełęcz. Skorzystaj z zamieci i po prostu idź stąd.
Ale jakoś nie mógł wstać od tych drzwi i po prostu stąd iść. Łatwo je było otworzyć, ale co dalej? Jeńcy byli skuci. Rozkuwać ich teraz? Jak? Czym? Potem musiałby szturmować przełęcz razem z grupą hałasujących, wycieńczonych niewolników. I uciekać, mając na karku pościg Węży. Przy czym sam ledwo trzymał się na nogach. Zamieć zasypywała tropy, lecz nie aż tak, żeby zupełnie znikły. To była pewnie pierwsza zamieć tego roku. Lada moment mogło przestać padać. Śnieg nie utrzyma się dłużej niż kilka godzin, jednak to wystarczy. Wygładzi krawędzie, ale łańcuszek wgłębień w gładkiej powierzchni zobaczy nawet kompletny kretyn. Tropy kilkunastu jeńców będą niczym autostrada.
W efekcie sam wyląduje w tych łańcuchach najpóźniej za dwa dni i nakarmi idiotyczne, nieudane smoki van Dykena.
— Nie! — syknął, usiłując zmusić się do dalszego marszu. — Po prostu wynoś się stąd, debilu.
Odszedł niechętnie, czując się wyjątkowo podle. A uprzedzali go. „Nie naprawiaj świata. Nie wszczynaj rewolucji. Masz pojawić się, ewakuować cele i zniknąć bez śladu".
Łatwo powiedzieć.
Zwłaszcza że miał też posprzątać.
Zacisnął zęby i przemknął wzdłuż budynku, starając się nie słuchać odgłosów ze środka. Marzł. I znowu czuł, że drętwieją mu kończyny.
Doszedł do wniosku, że zanim załatwi go hipotermia, ma najwyżej pół godziny.
Za kamiennym budynkiem więzienia majaczyła kanciasta bryła wozu, który oglądał dzisiaj po południu. Potem jeszcze jakieś szopy, za nimi niepoważny dwumetrowy kamienny murek, dwieście metrów w górę i wartownia.
A wreszcie przełęcz i spokój.
Rozejrzał się po dziedzińcu. Jakieś niechlujne wszystko tu było, jakby prowizoryczne. Budynki rozrzucone bezładnie, pod ścianami drewniane wiadra i inne śmieci. To ma być placówka badawcza?
Ruszył dalej, przygięty jak pod ostrzałem, lekkim, bezgłośnym truchtem.