Fabryka bezkresnych snów
- Автор: Баллард Джеймс Грэм
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:
– Miriam, jutro znów czeka cię praca w klinice… Ktoś musi się zająć twoimi pacjentami. – Pani St. Cloud wepchnę-ła mnie w krąg rozbitego szkła. – Blake, Miriam postano-wiła zrezygnować z kliniki.
– Mamo, wydaje mi się, że Blake roztoczy nad pacjenta-mi doskonałą opiekę. Ma dłonie prawdziwego uzdrowicie-la…
Miałem już wyjść z kręgu odłamków szkła, wziąć Mi-riam w ramiona i zapewnić, że pragnę jedynie zabrać ją ze sobą do prawdziwego świata, którego drzwi uchylam. Do-piero po chwili zdałem sobie sprawę, że Miriam siedzi tu nie tylko dlatego, żeby złożyć rozbity witraż, lecz także aby schronić się przede mną w tym mistycznym kręgu, jak gdy-bym był jakąś wampiry czną siłą, którą należy powstrzymać archaicznymi symbolami i znakami.
– Zamknęła pani dom… Wyjeżdżacie z Shepperton? – zapytałem panią St. Cloud.
Zakłopotana, wsunęła ręce do kieszeni szlafroka. – Nie wiem, Blake. Nie wiem, dlaczego, ale jestem pew-na, że wkrótce wszyscy wyjedziemy, może już za kilka dni. Ty też to czujesz, Blake? Widziałeś ptaki? I te dziwne ryby?
Wydaje mi się, że Natura… Blake?
Czekała, aż się odezwę, ale ja przyglądałem się jej cór-ce, wzruszony lękiem, jaki budziłem w Miriam, jej odwagą i determinacją, z jaką gotowa była stawić czoło mocom, którymi ją zniewalałem. Wiedziałem już jednak, że jeśli Mi-riam, jej matka, ojciec Wingate, Stark i troje dzieci opusz-czą kiedyś Shepperton, to tylko razem ze mną. Później, kiedy odpoczywałem już w sypialni, wychodzą-cej na rzekę, myślałem o trzeciej wizji, którą ujrzałem tego popołudnia, o wizji, w której występowałem jako władca jeleni. Choć od trzech dni nic nie jadłem, czułem się nasy-cony i brzemienny, nie jakimś fałszywym łonem w moim brzuchu, lecz najprawdziwszą ciążą, w której każda komórka mojego ciała, każdy gruczoł i każdy nerw w moim mózgu, wszystkie kości i mięśnie zaczynały nabrzmiewać nowym życiem. Tysiące ryb, rojących się w ciemnej wodzie, i jasne niby latarnie pióra ptaków w parku wydawały mi się rów-nie nasycone, jak gdybyśmy uczestniczyli wszyscy w nie-widzialnej orgii reprodukcyjnej. Czułem, że zapomnieliśmy o swoich narządach płciowych i zlewaliśmy się z sobą w jedno w ciele nocy, komórka po komórce. Nabrałem teraz pewności, że moja dzisiejsza wizja nie była snem, lecz kolejnymi drzwiami, do których wiedli mnie niewidzialni opiekunowie. Najpierw byłem ptakiem, potem rybąi ssakiem, za każdym razem pozostając częścią jakiejś większej istoty, mającej narodzić się z mojej obecnej po-staci. Choć wyglądałem jak barbarzyńca, rządzący prowin-cjonalnym miasteczkiem drugorzędny pogański bożek w wyświechtanym garniturze, splamionym nasieniem i krwią, przepełniało mnie potężne poczucie zdyscyplinowania i obowiązku. Wiedziałem, że w żadnym wypadku nie po-winienem nadużywać swych mocy, ala zachować je, bym mógł wykonać zadania, które miały mi dopiero zostać ujaw-nione.
Niczym lokalny duch niewielkiego wodospadu albo pro-gu domostwa, umiałem przybierać postać najróżniejszych stworzeń. Wiedziałem, że nie uczyniono mnie wszechmoc-ną, kosmiczną istotą, przenikającą cały wszechświat, lecz drugorzędnym bożkiem, którego władza rozciągała się je-dynie na to miasteczko i jego mieszkańców, a którego mo-ralny autorytet musiałem dopiero określić i ustanowić. Wspomniałem poświatę zniszczenia, którą widziałem po-nad dachami domów, i przeświadczenie, że pewnego dnia wyrżnę tych ludzi w pień. Jednocześnie byłem teraz pewien, że nie chcę skrzywdzić mieszkańców Shepperton, a jedy-nie wyprowadzić ich w bezpieczne miejsce, leżące gdzieś nad miastem. Te paradoksy, podobnie jak moje przerażają-ce pragnienie kopulacji z dziećmi i starcami, podsuwano mi niczym kolejne sprawdziany.
Cokolwiek się stanie, pozostanę wierny swym obsesjom.
Nie potrzebowałem już snu, usiadłem więc przy oknie. Czy sen nie jest tylko próbą, jaką podejmuje niemowlę w kołysce, ptak w gnieździe, ludzie młodzi i starzy, aby osią-gnąć ów daleki brzeg, na którym biegałem dzisiejszego po-południa z danielami? Rzeka pod moim oknem płynęła w kierunku Londynu i dalej, do morza. Zatopiony kadłub ces-sny rozjaśniały białe delfiny, od których roiło się w wodzie. Zmieniały rzekę w nocne oceanarium, które wypełniała krew mojego układu krążenia. Plamki światła migotały w noc-nym lesie na wszystkich listkach jak miniaturowe latarnie, należące do rozczłonkowanych konstelacji mojego jeste-stwa. Spoglądając na uśpione miasto, poprzysiągłem sobie doprowadzić jego mieszkańców do szczęśliwego końca i złożyć z tych ludzi mozaikę ich jedynego, prawdziwego „ja” w ten sam sposób, w jaki Miriam St. Cloud składała frag-menty witraży – chciałem przemienić ich w tęcze, jakie rzu-cało moje ciało na wszystkie ptaki i kwiaty wokół mnie.
22
Następnego dnia zacząłem kształtować Shepperton na swoje podobieństwo.
Zaraz po brzasku stanąłem nagi na trawniku wśród sen-nych pelikanów. Ocknąłem się z głębokiego i spokojnego spoczynku niemal zdumiony, że otacza mnie nadal cicha sypialnia. Krzesło z wysokim oparciem, stojące przy oknie, biurko pani St. Cloud, toaletka i wyłożone lustrami szafy pod ścianą majaczyły słabo w mdłym świetle, jak gdyby dołączały znów do mnie po długiej podróży. Zszedłem z łóżka na wyłożoną dywanem podłogę, wdzięczny za tę mięk-ką pryzmę i bierne powietrze, nie czyniące nic, by mnie zaniepokoić. Byłem jak dziecko na wakacjach w hotelu, wszystkimi zmysłami wyczuwałem najdrobniejsze skazy w kryjącej sufit farbie, widziałem dziwny wazon, stojący na kominku, i wszystkie ekscytujące możliwości nadchodzą-cego dnia. Szczypała mnie skóra, jak wyjątkowo czuły film fotograficzny, rejestrujący dotyk śladów światła na cyno-wym niebie nad Londynem. Wczesny świt, który nadcho-dził w stronę Shepperton, wydobył z mroku maszt jachtu, cumującego w porcie pod Walton Bridge, pochyłą rampę taśmociągu do transportu piasku przy żwirowni i pioruno-chrony na galwanizowanych dachach wytwórni filmowej. Każdy z tych obrazów odciskał się na mojej skórze, bę-dącej częścią otaczającego świata, składającego się na pod-świetlone freski mojej twarzy i dłoni. Odświeżony tymi dalekimi komunikatami, delikatnymi zapewnieniami dnia, postanowiłem, że na razie nie będę się ubierać. Oprócz mnie wszyscy jeszcze spali. Wymknąłem się z sypialni na kory-tarz, gdzie okryte pokrowcami meble zdawały się czekać na swoją kolej, żeby ukonstytuować się na nowo. Wyszedłem frontowymi drzwiami i ruszyłem ku szarej wodzie przez wilgotny trawnik. Rzeka podbiegła do mnie, ocierając się o plażę, jak gdyby chciała zrzucić swoje ciemne futro. Na drzewach siedziały cicho olbrzymie stada ptaków, czekających na znak, którym przywrócę je życiu. Nad podmokłą łąką sunęły pierwsze promienie światła. Wszedłem na plażę i wzniosłem ramiona ku słońcu. Stojąc tak, nagi, wiedziałem, że pozdrawiam słońce jak kogoś rów-nego sobie, niby szacownego plenipotenta, którego wpu-ściłem na swoje terytorium. Odwróciłem się plecami do wznoszącej się tarczy, wstąpiłem w zimną wodę i zacząłem podziwiać setki złocistych karpi, od których roiło się pod moimi stopami.
Słońce szło moim śladem, gdy opuściłem teren rezyden-cji i wkroczyłem do wyludnionego parku. Samotny stajen-ny prowadził dużego, zobojętniałego konia do codziennej pracy. Biegłem nago wśród drzew, udając, że zamierzam pozostawić słońce w najwyższych gałęziach uschłych wią-zów, ale ono pełzło cierpliwie równym tempem między konarami. Po raz pierwszy od początku pobytu w Shepper-ton czułem się pewny siebie i wolny, gotów, by cieszyć się nadchodzącym dniem.
Stanąłem przed kościołem, żeby złapać oddech. Przypo-mniałem sobie Miriam St. Cloud, która klęczała wśród okru-chów witrażowego szkła, podejrzanie spokojnie bawiąc się układanką. Zostawiłem słońce przycumowane do kościel-nej wieży i wszedłem do zakrystii, gdzie prastare kości skrzy-dlatego człowieka zdawały się poruszać w świetle. Wciąż nagi, podszedłem do ołtarza. Rozpoznałem wi-szącą w powietrzu słabą woń. Czułem unoszący się wokoło zapach ciała Miriam, jej ust, piersi i nerwowych dłoni, go-towych mnie odepchnąć. Chciałem znów wziąć ją w ra-miona i dodać jej otuchy. Wszedłem w szklany krąg i ują-łem w rękę swojego członka. Czułem, że Miriam mnie masuje, a ja budzę się na mokrej trawie, po wypadku… Sperma trysnęła mi w dłoń. Przyjrzałem się uważnie ja-snej cieczy i przypomniałem sobie rzeczną wodę, którą unio-słem do światła. Wyglądała jak skondensowany wszechświat płynnego pyłu.