Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– Och, przecież ja mu stale dostarczam różne rzeczy. Książki, jedzenie, wino. Jak chcesz, dostojny czarodzieju, powiem mu o twojej obecności. Tylko nie wydaj mnie przed królowymi – zastrzegł. – Gdyby wiedziały, że odwiedzam Lorda, zamordowałyby mnie. No, to żart – dodał po chwili – bo jestem nieśmiertelny, ale urządziłyby mi niezłe piekło. A poza tym, mówiąc szczerze, lubię je. Nie chciałbym, aby się na mnie obraziły.
– Obiecuję. – Arivald przyłożył dłoń do serca. – Czy mógłbyś zanieść mu wiadomość już teraz?
– Czemu nie. – Lo powoli rozwiał się w powietrzu. – Zaraz wrócę z odpowiedzią – dodał znikając.
Arivald nie zdążył się jeszcze zastanowić nad tym, jaki sprawa przybrała zdumiewający obrót, kiedy Lo zmaterializował się tuż przed nim.
– Lord zaprasza! – wykrzyknął z zapałem.
– Jak to? – zdumiał się Arivald. – Minęła zaledwie chwila!
– Nie chciałem, abyś za długo czekał, i lekko zakrzywiłem czas. Tak naprawdę to pogadaliśmy sobie niezłą godzinkę.
– Zakrzywiłeś czas?! – Czarodziej wiedział, że coś takiego jest teoretycznie możliwe, bo fakt ten udowodnił Varely Virus w swym nieśmiertelnym dziele „O obrotach wskazówek”, ale od teorii do praktyki droga była daleka. – I ty mówisz, że nie masz pojęcia o czarach?
– To nie czary – odparł Lo po chwili zastanowienia. – Ja zawsze umiałem to robić. Lecimy?
– Jak?
– Po prostu weź mnie za rękę.
Arivald bez wahania uścisnął dłoń Lo i znowu poczuł ten delikatny, jakby widmowy dotyk, po czym charakterystyczne zawirowanie, jak przy czarach Gaussa. Kiedy otworzył oczy, był już w surowej komnacie o kamiennych ścianach. Na nich szczerzyły się pyski wypchanych monstrów, których czarodziej nigdy przedtem nie widział, a o których mógł tylko powiedzieć, iż całe szczęście, że były wypchane. Na podłodze, również zbudowanej z kamienia, leżała skóra przypominająca niedźwiedzią, tyle że niedźwiedź ten musiał mieć ze cztery i pół metra wysokości. Obok pysków potworów wisiała broń przeróżnego rodzaju. Zwłaszcza budziła respekt niezwykle masywna gizarma o ostrzach, które zdawały się przecinać powietrze.
– Piękne, nieprawdaż? – Arivald usłyszał głos od progu komnaty i obrócił w tamtą stronę wzrok.
Zobaczył wysokiego mężczyznę o długich włosach splecionych w dwa warkocze i szarej brodzie. Gospodarz miał na sobie surowy ciemny płaszcz, a u jego boku kołysał się krótki miecz o szerokiej klindze.
– Jestem Varrad Bar-dur, nazywany tu Lordem Chaosu – rzekł.
– Arivald z Silmaniony, nazywany czasem Arivaldem z Wybrzeża – czarodziej skłonił głowę. – Miło, że zechciałeś mnie przyjąć.
Varrad skinął krótko głową, jakby spodziewał się tych podziękowań.
– Dawno już nie widziałem człowieka – rzekł z westchnieniem. – Siadaj – wskazał krzesło stojące nieopodal kamiennego parapetu.
Parapet był o tyle zabawny, iż za nim nie było żadnego okna, tylko tak jak wszędzie lity kamień.
– Jesteś czarodziejem, prawda? – spytał Varrad Bar-dur, a Arivald przytaknął. – Czy wiesz, jak nas stąd wydostać?
– Nie mam tu swej Księgi Czarów, nie mam różdżki, a magiczna Aura jest nieco inna niż w moim świecie. Krótko mówiąc, wydostanie się stąd graniczyłoby z cudem. Nie – zastanowił się na moment – ono byłoby cudem.
– Właśnie! – Varrad stuknął pięścią w otwartą dłoń. – Tak jak ze mną. Zostawiłem mój Skyrfang w domu, a bez niego jestem bezradny jak dziecko.
Arivald pomyślał, że Lord Chaosu w żadnym wypadku nie wyglądałby bezradnie jak dziecko. Choćby zgubił o wiele więcej niż ten cały Skyrfang.
– Co to jest Skyrfang?
– W moim świecie są czarodzieje tacy jak ty. Różdżki, Księgi Czarów, kryształowe kule, setki długich zaklęć i skleroza. Są też ludzie tacy jak ja, nazywani mistrzami żywiołów. Czerpiemy moc z wiatru, z gór i lasów. Żyjemy poznając Naturę. Nie znamy zaklęć ani magicznych inkantacji. Wyrażając to zrozumiałym dla ciebie językiem, tworzymy zaklęcia na poczekaniu, w zależności od tego, co chcemy osiągnąć, w zależności od mocy żywiołu i wielu innych detali. Nieważne zresztą. Ważne jest to, że do tego wszystkiego potrzebny jest Skyrfang. Bez niego mogę tworzyć zaledwie namiastki prawdziwych zaklęć.
– To niezwykle interesujące. – Arivald nawet nie zwrócił uwagi, a raczej postarał się celowo zignorować nieco obraźliwą formę wypowiedzi Varrada. – W moim świecie nie istnieje ten rodzaj magii. Nawet wiedźmy, wiedźmiarze, iluzjoniści czy znachorzy posługują się zaklęciami. Hm… – zastanowił się przez chwilę – jakże chciałbym odwiedzić twój świat.
– Wyobraź sobie, że ja również nie miałbym nic przeciw temu – rzekł szorstko Varrad, ale spojrzał na Arivalda z lekkim zdziwieniem i nawet pewną sympatią.
To spojrzenie, rzecz jasna, nie umknęło uwagi czarodzieja.
– A czy wiesz, kim są one? – Arivald pokazał palcem w górę, choć i bez tego gestu obaj dobrze by wiedzieli, o kogo chodzi.
– Znam bajeczkę – wzruszył ramionami Varrad – zły stryj i tak dalej. Powiedz mi lepiej, jak tu trafiłeś.
Arivald krótko opowiedział historię tajemniczej księgi i wypisanego w niej zaklęcia.
– To samo. – Mistrz żywiołów pokiwał głową. – Chciałem wykorzystać siłę pewnego zdumiewającego wiatru. No i tak to się skończyło. Ale… zaraz, z twoich słów wynika… Czy istnieje szansa, że twoi przyjaciele domyśla się, co się stało, i wyślą pomoc? Od razu mówię, że w moim wypadku taka możliwość niestety nie istnieje.
– Zbierze się konsylium i będą radzić – westchnął Arivald – ale nikomu nie będzie spieszno narażać własnej skóry. Dlaczego jednak twierdzisz, że w twoim przypadku pomoc jest niemożliwa?
– Mamy pewne zwyczaje – odparł z ledwo zauważalnym wahaniem w głosie Varrad – zwyczaje, które nie pozwalają nam na ingerowanie w życie innych mistrzów żywiołów. Krótko mówiąc, zasada jest taka: wszystko czynisz na własną odpowiedzialność.
– To dziwne. – Arivald pokręcił głową. – W moim świecie nie spotkałem się jeszcze z grupą, która parałaby się magią, a której członkowie nie byliby skłonni pomagać sobie w trudnych sytuacjach. A przynajmniej – dodał – pomoc taką deklarować.
– Co kraj, to obyczaj – odparł dość szorstkim tonem mistrz żywiołów, któremu temat rozmowy najwyraźniej średnio odpowiadał.
– Czy sądzisz, że one potrafiłyby coś poradzić? Rzecz jasna, gdyby zechciały?
– Bo ja wiem? – Varrad wzruszył ramionami. – Ich możliwości są bardzo ograniczone. Już pół roku powstrzymuję je bez Skyrfangu, czyli nie mogąc korzystać z prawdziwej magii i na razie się to udaje. Swoją drogą, gdyby ktoś mi powiedział jeszcze niedawno, że będę się chował przed trzema pięknymi, uroczymi i pragnącymi mego towarzystwa kobietami, to powiedziałbym mu, iż jest niespełna rozumu.
– I tak wytrzymałeś dłużej niż ja – parsknął Arivald – ale rzeczywiście: dowiedzieliśmy się, jak to jest, kiedy chce się uciec z raju.
– Zamierzam wypowiedzieć to zaklęcie – powiedział Galladrin lekkim tonem, jakby zapowiadał, iż wybierze się na przechadzkę przed pałac.
– To wymaga zastanowienia – rzekł Wielki Mistrz.
– Z całym szacunkiem – skłonił głowę Panienka – ale powołuję się na Szóstą Poprawkę.
Szósta Poprawka mówiła, iż w niektórych sytuacjach czarodziej jest zwolniony od obowiązku posłuszeństwa wobec Rady i Wielkiego Mistrza. Przy pewnej dozie dobrej woli można było uznać, że sytuacja taka właśnie zaistniała. Aczkolwiek z całą pewnością można było sobie wyobrazić niezwykle interesujący spór dotyczący tego tematu, który to spór mógłby ciągnąć się miesiącami, zanim uznano by, iż nie istnieje rozwiązanie.