Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Znowu przepływaliśmy przez ściany Świątyni w pomarańczowym świetle, w mglistym dotyku wilgoci. Nie czułem nic prócz złości na własną głupotę.
Wojownicza cywilizacja Siewców nie mogła zbudować Świątyni bez sali pojedynków. Shorrey to rozumiał i zaplanował wszystko z wyprzedzeniem. A ja nie miałem już temporalnego granatu, by przerwać przegraną partię.
Światło zgasło. Staliśmy w okrągłej sali, mniejszej niż ceremonialna, ale robiącej mocniejsze wrażenie. Czarne ściany ozdobione lśniącymi płaskorzeźbami. Czarna kopuła sufitu z kulą purpurowego płomienia pod sklepieniem. Dziesięcioro drzwi, a w każdych nieruchoma postać w mundurze gyarskiego gwardzisty.
– Twój pojedynek bardziej przypomina morderstwo, Shorrey – powiedziałem, dostrzegając nienawistne spojrzenia żołnierzy.
– Nie martw się, książę. To tylko warta honorowa… i eskorta pogrzebowa dla przegranego. Nie wtrącą się do pojedynku. Zabiję cię uczciwie, książę.
– Nie mam podstaw, by ci wierzyć.
– Jak chcesz, książę… Poproszę Świątynię o transmitowanie pojedynku na wszystkie planety wszechświata, poczynając od tego momentu, a kończąc na śmierci jednego z nas.
Transmisja jest rozpoczęta – tym razem Świątynia przemawiała twardym głosem mężczyzny. – Proszą o podanie warunków pojedynku.
Shorrey zatonął w udawanej zadumie, wyraźnie rozkoszując się sytuacją. Machnąłem ręką, a księżniczka w milczeniu odeszła pod ścianę. Za nią podążył Lans, rzucając mi błagalne spojrzenie. Zignorowałem je. Wiedziałem doskonale, czym skończyłby się ten pojedynek dla Lansa.
Wiedziałem również, czym zakończy się ta walka dla mnie.
– Wybieram białą broń – rzekł wreszcie Shorrey. – Będę walczył tylko mieczem, a książę z nieistniejącej planety może użyć również swoich płaszczyznowych dysków. Może to wyrówna nasze szansę.
Chyba nie doceniłem Shorreya. Nie był drugorzędnym aktorem grającym Supermana. Był gwiazdą, która weszła w rolę. Genialnie napisaną rolę. Każde jego słowo miało wzbudzać sympatię widzów. Nie przypadkiem pozwolił nam dotrzeć aż do Świątyni…
Broń została wybrana – oznajmiła Świątynia – Destruktory i lasery uczestników pojedynku zostały zablokowane.
Wyjąłem dysk z pokrowca. Shorrey uchyli się albo schwyci go w powietrzu, ale musiałem go rzucić, powtarzając początek naszego poprzedniego pojedynku… Dlaczego?
Zasadniczą wadą podświadomych postępków jest to, że są niezrozumiałe dla samego wykonawcy.
Shorrey nie spieszył się. Rozglądał się po sali, ale czułem, że obserwuje każdy mój ruch. Zwrócił się do mnie i do księżniczki:
– Zdumiewające, jak podobna jest symbolika wszystkich planet. Nawet w ojczyźnie naszego zabawnego księcia czarny kolor oznacza kłamstwo i zło, a biały czystość i szlachetność.
Poczułem, że mój strach się oddala. Prawdziwie wielcy aktorzy znali umiar…
– Przesadzasz, Shorrey. Mam na sobie kombinezon twojej armii. Nie miałem czasu przebrać się w biały strój.
Przez twarz Shorreya przemknął błysk wściekłości. Nie miał zamiaru znosić drwin przegranego przeciwnika.
– Rozsądzą nas miecze, książę.
Broń pojawiła się w jego ręku błyskawicznie. Dobrze jest mieć refleks trzy razy szybszy od normalnego…
Płaszczyznowy dysk wyruszył w swój krótki lot – od mojej ręki do dłoni Shorreya.
– Straszna, barbarzyńska broń – rzekł z goryczą Shorrey. – Wprowadziłeś ją do użytku i na tym polega twoja wina.
Dobry aktor potrafi odegrać tę samą scenę w dowolnych warunkach. Shorrey niemal dosłownie powtarzał swoje poprzednie słowa. Poczułem nieśmiałe tchnienie nadziei.
– Zasłużyłeś na śmierć, Shorrey. – Wyjąłem pistolet i nacisnąłem spust.
Srebrzysty wachlarz małych płaszczyznowych dysków. Rozmyty cień ludzkiej postaci z nieprawdopodobną szybkością uchylającej się przed pociskami.
– Nawet mnie nie drasnąłeś. – Shorrey ruszył do przodu. – Wyjmij miecz, książę z planety, której nie ma.
Wyciągnąłem miecz zza pleców. No dalej, Shorrey, wygłaszaj te swoje przygotowane zawczasu kwestie. Szykuj się do nieuchronnego i pięknego zwycięstwa…
– Każdego czeka jego własny koniec – rozmyślał na głos Shorrey, podchodząc do mnie. – Twoja śmierć będzie piękna i pozbawiona cierpień. Ten pojedynek widzą miliony i przyznają mi słuszność. Na długo przed twoim przybyciem na planetę wiedziałem, jak umrzesz. Broń się, książę.
Krótkie starcie, wymiana ciosów, mój miecz, który z każdym wypadem stawał się coraz krótszy…
Potrzebuję trzech lub czterech centymetrów klingi…
Atak… skomplikowany wypad, który skrócił mój miecz do połowy. I narastający chłód w piersi. Tak, mam szansę. Maleńką szansę królika, którym może udławić się pyton. Ale i tak będę musiał podskoczyć wyżej głowy. Jeśli nawet nie dorównam Shorreyowi w szybkości, to przynajmniej muszę spróbować.
– Umiesz więcej, niż myślałem. Stałbyś się interesującym przeciwnikiem… z czasem.
– Stój, Shorrey! – krzyknęła księżniczka. Ale Shorrey jakby jej nie słyszał.
– Umieraj, dzikusie.
Zaczął atak – na pół gwizdka, na jedną trzecią swoich możliwości. Tak żeby niewidoczni widzowie zdążyli się nim zachwycić i żebym ja zdążył sobie uświadomić nieuchronność śmierci.
Miecz Shorreya ściął moje ostrze – tym razem nie do końca, lekko cofnąłem rękę – i rozpoczął nieodwracalny ruch do mojego serca.
Ale na ułamek sekundy przed ostatecznym pchnięciem zanurkowałem pod opadający miecz.
Shorrey jeszcze próbował dosięgnąć mnie klingą, przejść do obrony, uchylić się… ale piękny i skuteczny cios w serce niebezpieczny jest właśnie dlatego, że nie można go przerwać w połowie. Nawet dysponując nieludzkim refleksem…
Rzuciłem się pod błyszczący miecz płaszczyznowy, pod rozciągniętą w wypadzie postać Shorreya. I wysunąłem rękę z krótkim, żałosnym ogryzkiem swojej klingi.
Ostrze dotknęło piersi Shorreya i zatrzymało się, jakby zapierając o pancerz. Jednak Shorrey włączył ochronę kombinezonu. Wielki aktor nie chciał umierać z rąk statysty…
Intuicyjnie, jakby kierowany czyjąś podpowiedzią, ścisnąłem rękojeść miecza, włączając tryb ostrzenia. Odłamek klingi zniknął pod białym płomieniem i wszedł w ciało niczym gorący nóż w masło.
Shorrey krzyknął. Nabijał się na ostrze, nadal kontynuując swój bezsensowny cios. A lśniąca, nieprzerwanie ostrzona klinga pruła jego ciało. Pole ostrzące, otaczające klingę, niszczyło molekularne związki, zmieniając wąskie, chirurgiczne cięcie w ziejącą ranę.
Wydostałem się spod nieruchomego ciała. Nadal ściskałem rękojeść miecza, a klinga płonęła białym ogniem, topniejąc niczym kawałek cukru w gorącej herbacie.
Nikt się nie odezwał. Gwardziści jakby skamienieli. Księżniczka wczepiła się w ramię Lansa. Kadet nie odrywał ode mnie nieruchomego spojrzenia.
Shorrey powoli przewrócił się na plecy. Próbował unieść się na łokciach, ale nie zdołał. Wyszeptał coś.
Podszedłem bliżej i usłyszałem jego cichy głos, nawet teraz władczy i pewny:
– Nie mogłeś przewidzieć ciosu… nie mogłeś mnie zabić.
– A jednak zrobiłem to.
– Wszystko jedno… i tak… – Shorrey zakasłał, na jego wargach pojawiła się różowa piana, ale mówił dalej: – I tak jesteś przybłędą. Pokonując mnie, nie pokonasz uprzedzeń naszych światów. Jesteś zabawką… w cudzych rękach. Jesteś przybyszem z nieistniejącej planety. Jesteś niepełnowartościowy.
– Wygrałem.
– Przegrałeś. Zrozumiesz to… jeszcze dzisiaj.