Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaAtal, jej przyjaciółka, zawołała:
– Mary! Mary! Chodź! Tualapi! Tualapi!
Wszystko stało się tak szybko, że Mary nawet nie wykonała żadnego ruchu. Białe żagle tymczasem wpłynęły już na rzekę i z łatwością posuwały się pod prąd. Mary była pod wrażeniem dyscypliny panującej wśród marynarzy: halsowali tak szybko, żagle poruszały się razem jak stado szpaków, wszystkie zmieniały kurs jednocześnie. I były takie piękne, smukłe śnieżnobiałe żagle, które opadały, skłaniały się i wypełniały...
Było ich co najmniej czterdzieści i płynęły w górę rzeki znacznie szybciej, niż przypuszczała. Ale nie widziała załogi na pokładach, a potem zobaczyła, że to wcale nie są łodzie, tylko gigantyczne ptaki, a żagle to ich skrzydła, jedno przednie i jedno tylne, trzymane w górze, napinane i refowane siłą ich mięśni.
Nie było czasu na ich studiowanie, ponieważ dobiły już do brzegu i wychodziły na ląd. Miały szyje jak łabędzie i dzioby długie jak ludzkie przedramię. Skrzydła miały dwukrotnie wyższe od Mary i potężne nogi – co zauważyła, zerkając przez ramię, już przestraszona, w trakcie ucieczki; nic dziwnego, że w wodzie poruszały się tak szybko.
Pobiegła za mulefa, którzy wołali ją po imieniu, wybiegając z osady na drogę. Dotarła do nich w samą porę; jej przyjaciółka czekała i kiedy Mary wdrapała się na jej plecy, Atal uderzyła nogami w nawierzchnię i pomknęła po zboczu za swoimi towarzyszami.
Ptaki, które na lądzie nie potrafiły poruszać się tak szybko, wkrótce zaprzestały pościgu i zawróciły do osady.
Rozerwały dachy składów żywności. Warcząc, gulgocząc i wznosząc wysoko okrutne dzioby, połykały suszone mięso, zakonserwowane owoce i zboże. Wszystko jadalne znikło w niecałą minutę.
A potem tualapi znalazły magazyn kół i próbowały otworzyć wielkie strąki nasienne, ale nie dały rady. Mary czuła napięcie swoich przyjaciół, patrzących ze szczytu wzgórza, jak ptaszyska rzucały strąkami o ziemię, kopały, szarpały szponami, ale oczywiście nie wyrządziły żadnemu szkody. Mulefa martwili się najbardziej tym, że kilka strąków zostało zepchniętych i wrzuconych do wody, gdzie ociężale podryfowały w stronę morza.
Potem wielkie śnieżnobiałe ptaki przystąpiły do demolowania wszystkiego, cokolwiek dostrzegły; brutalnie deptały i orały szponami, dźgały, szarpały i rozbijały dziobami. Mulefa wokół Mary mamrotali i niemal zawodzili z żalu.
– Pomogę – obiecała Mary. – Zrobimy od nowa.
Ale wstrętne stwory jeszcze nie skończyły; wysoko wznosząc piękne skrzydła, przysiadły wśród szczątków i wypróżniły wnętrzności. Smród dotarł na wzgórze z powiewem wiatru; stosy i kałuże biało-czarno-zielono-brązowego nawozu leżały pomiędzy połamanymi belkami, rozszarpanymi strzechami. Potem, stąpając niezdarnie i jednocześnie wyzywająco, ptaki wróciły do wody i odpłynęły z prądem ku morzu.
Dopiero kiedy ostatnie białe skrzydło znikło w popołudniowej mgiełce, mulefa zjechali ze wzgórza. Wypełniał ich smutek i gniew, lecz głównie martwili się o magazyn strąków nasiennych.
Z piętnastu przechowywanych tam strąków zostały tylko dwa. Reszta przepadła, zepchnięta do wody. Lecz przy następnym zakolu rzeki leżała piaszczysta łacha i Mary zdawało się, że utknął tam jeden strąk. Toteż ku zdziwieniu i zaniepokojeniu mulefa zdjęła ubranie, obwiązała się sznurem w talii i przepłynęła na drugi brzeg. Na piasku znalazła, nie jedno, lecz pięć cennych kół, przesunęła sznur przez ich rozmiękłe środki i ciężko popłynęła z powrotem, holując je za sobą.
Mulefa wylewnie okazywali wdzięczność. Sami nigdy nie wchodzili do wody i łowili tylko z brzegu, uważając, żeby nie zamoczyć nóg ani kół. Mary czuła, że wreszcie na coś im się przydała.
Później tego wieczoru, po skąpym posiłku ze słodkich korzonków, powiedzieli jej, dlaczego tak się martwili o koła. Niegdyś, w dawnych czasach, było mnóstwo strąków, świat był żyzny i pełen życia, a mulefa ze swoimi drzewami żyli w wiecznej radości. Lecz coś złego stało się przed wielu laty; jakaś wartość znikła bezpowrotnie; ponieważ pomimo wszelkich wysiłków i starań, pomimo całej troski i miłości, jakich nie szczędziły im mulefa, drzewa kołowe umierały.
11. Ważki