Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 112
Перейти на страницу:

Atal, jej przyjaciółka, zawołała:

– Mary! Mary! Chodź! Tualapi! Tualapi!

Wszystko stało się tak szybko, że Mary nawet nie wykonała żadnego ruchu. Białe żagle tymczasem wpłynęły już na rzekę i z łatwością posuwały się pod prąd. Mary była pod wrażeniem dyscypliny panującej wśród marynarzy: halsowali tak szybko, żagle poruszały się razem jak stado szpaków, wszystkie zmieniały kurs jednocześnie. I były takie piękne, smukłe śnieżnobiałe żagle, które opadały, skłaniały się i wypełniały...

Było ich co najmniej czterdzieści i płynęły w górę rzeki znacznie szybciej, niż przypuszczała. Ale nie widziała załogi na pokładach, a potem zobaczyła, że to wcale nie są łodzie, tylko gigantyczne ptaki, a żagle to ich skrzydła, jedno przednie i jedno tylne, trzymane w górze, napinane i refowane siłą ich mięśni.

Nie było czasu na ich studiowanie, ponieważ dobiły już do brzegu i wychodziły na ląd. Miały szyje jak łabędzie i dzioby długie jak ludzkie przedramię. Skrzydła miały dwukrotnie wyższe od Mary i potężne nogi – co zauważyła, zerkając przez ramię, już przestraszona, w trakcie ucieczki; nic dziwnego, że w wodzie poruszały się tak szybko.

Pobiegła za mulefa, którzy wołali ją po imieniu, wybiegając z osady na drogę. Dotarła do nich w samą porę; jej przyjaciółka czekała i kiedy Mary wdrapała się na jej plecy, Atal uderzyła nogami w nawierzchnię i pomknęła po zboczu za swoimi towarzyszami.

Ptaki, które na lądzie nie potrafiły poruszać się tak szybko, wkrótce zaprzestały pościgu i zawróciły do osady.

Rozerwały dachy składów żywności. Warcząc, gulgocząc i wznosząc wysoko okrutne dzioby, połykały suszone mięso, zakonserwowane owoce i zboże. Wszystko jadalne znikło w niecałą minutę.

A potem tualapi znalazły magazyn kół i próbowały otworzyć wielkie strąki nasienne, ale nie dały rady. Mary czuła napięcie swoich przyjaciół, patrzących ze szczytu wzgórza, jak ptaszyska rzucały strąkami o ziemię, kopały, szarpały szponami, ale oczywiście nie wyrządziły żadnemu szkody. Mulefa martwili się najbardziej tym, że kilka strąków zostało zepchniętych i wrzuconych do wody, gdzie ociężale podryfowały w stronę morza.

Potem wielkie śnieżnobiałe ptaki przystąpiły do demolowania wszystkiego, cokolwiek dostrzegły; brutalnie deptały i orały szponami, dźgały, szarpały i rozbijały dziobami. Mulefa wokół Mary mamrotali i niemal zawodzili z żalu.

– Pomogę – obiecała Mary. – Zrobimy od nowa.

Ale wstrętne stwory jeszcze nie skończyły; wysoko wznosząc piękne skrzydła, przysiadły wśród szczątków i wypróżniły wnętrzności. Smród dotarł na wzgórze z powiewem wiatru; stosy i kałuże biało-czarno-zielono-brązowego nawozu leżały pomiędzy połamanymi belkami, rozszarpanymi strzechami. Potem, stąpając niezdarnie i jednocześnie wyzywająco, ptaki wróciły do wody i odpłynęły z prądem ku morzu.

Dopiero kiedy ostatnie białe skrzydło znikło w popołudniowej mgiełce, mulefa zjechali ze wzgórza. Wypełniał ich smutek i gniew, lecz głównie martwili się o magazyn strąków nasiennych.

Z piętnastu przechowywanych tam strąków zostały tylko dwa. Reszta przepadła, zepchnięta do wody. Lecz przy następnym zakolu rzeki leżała piaszczysta łacha i Mary zdawało się, że utknął tam jeden strąk. Toteż ku zdziwieniu i zaniepokojeniu mulefa zdjęła ubranie, obwiązała się sznurem w talii i przepłynęła na drugi brzeg. Na piasku znalazła, nie jedno, lecz pięć cennych kół, przesunęła sznur przez ich rozmiękłe środki i ciężko popłynęła z powrotem, holując je za sobą.

Mulefa wylewnie okazywali wdzięczność. Sami nigdy nie wchodzili do wody i łowili tylko z brzegu, uważając, żeby nie zamoczyć nóg ani kół. Mary czuła, że wreszcie na coś im się przydała.

Później tego wieczoru, po skąpym posiłku ze słodkich korzonków, powiedzieli jej, dlaczego tak się martwili o koła. Niegdyś, w dawnych czasach, było mnóstwo strąków, świat był żyzny i pełen życia, a  mulefa ze swoimi drzewami żyli w wiecznej radości. Lecz coś złego stało się przed wielu laty; jakaś wartość znikła bezpowrotnie; ponieważ pomimo wszelkich wysiłków i starań, pomimo całej troski i miłości, jakich nie szczędziły im mulefa, drzewa kołowe umierały.

11. Ważki

Prawda głoszona w złym zamiarze Najbardziej wszelką prawdę paczy.
William Blake. Wróżby niewinności

Ama wspinała się po ścieżce do jaskini, niosąc chleb i mleko w torbie na plecach i głęboką rozterkę w sercu. Jak miała dotrzeć do śpiącej dziewczyny?

Doszła do skały, gdzie kobieta kazała jej zostawiać jedzenie. Położyła torbę, ale nie zawróciła prosto do domu; wspięła się trochę wyżej, obok jaskini, przez gęstwinę rododendronów i jeszcze wyżej, gdzie las rzedniał i zaczynały się tęcze.

Tam często bawiła się ze swoim dajmonem: wdrapywali się na skalne półki, omijali małe zielonobiałe katarakty, wiry i rozbryzgi mieniące się barwami widma świetlnego, aż jej włosy i rzęsy i jego wiewiórcze futerko pokrywały miliony maleńkich kropelek wilgoci. Zabawa polegała na tym, żeby dotrzeć na szczyt bez wycierania oczu, pomimo pokusy. Wkrótce blask słońca rozszczepiał się na czerwień, żółć, zieleń, błękit i wszystkie barwy pośrednie, ale dopóki Ama nie dotarła na szczyt, nie mogła otrzeć powiek, żeby lepiej zobaczyć, boby przegrała.

Kulang, jej dajmon, wskoczył na skałę na krawędzi najwyższego małego wodospadu i wiedziała, że zaraz się odwróci, żeby sprawdzić, czy nie otarła wilgoci z rzęs – ale on się nie odwrócił.

Przywarł do skały i wpatrywał się przed siebie.

Ama otarła oczy, ponieważ zdumienie jej dajmona przerwało zabawę. Podciągnąwszy się do krawędzi, wyjrzała i zamarła, tłumiąc okrzyk. Z góry spoglądały na nią oczy stworzenia, jakiego nigdy jeszcze nie widziała: niedźwiedź, ale olbrzymi, przerażający, czterokrotnie większy od brunatnych niedźwiedzi z lasu, biały jak kość słoniowa, z czarnym nosem, czarnymi oczami i pazurami długości sztyletów. Mogła go dosięgnąć ręką. Widziała każdy oddzielny włos na jego pysku.

– Kto to? – zapytał chłopięcy głos i chociaż Ama nie zrozumiała słów, łatwo odgadła znaczenie.

Po chwili chłopiec pojawił się obok niedźwiedzia: nasrożony, ze zmarszczonymi brwiami i wysuniętą szczęką. Czy to był dajmon obok niego, pod postacią ptaka? Ale jakiś dziwny ptak; takiego jeszcze nie widziała. Podfrunął do Kulanga i przemówił krótko:

– Przyjaciele. Nie zrobimy wam krzywdy.

Wielki biały niedźwiedź wcale się nie poruszył.

– Wejdź na górę – powiedział chłopiec i znowu dajmon Amy przetłumaczył jego słowa.

Obserwując niedźwiedzia z przesądnym lękiem, Ama wdrapała się obok małego wodospadu i stanęła nieśmiało na kamieniach. Kulang zmienił się w motyla i przysiadł na chwilę na jej policzku, ale zaraz odleciał i zaczął trzepotać wokół drugiego dajmona, który wciąż siedział na dłoni chłopca.

– Will – powiedział chłopiec, wskazując siebie, a ona odpowiedziała:

– Ama.

Teraz, kiedy widziała go wyraźnie, bała się go nawet bardziej niż niedźwiedzia: miał okropną ranę: brakowało mu dwóch palców. Zrobiło jej się słabo na ten widok.

Niedźwiedź zawrócił do mlecznego strumienia i legł w wodzie, jakby szukał ochłody. Dajmon chłopca wzbił się w powietrze i trzepotał wśród tęcz razem z Kulangiem, powoli zaczęli się rozumieć.

1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)