Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 111
Перейти на страницу:

Grigor Evan krzyknął i rzucony konwulsją stoczył się z łóżka na podłogę. Człowiek pełniący przed jego drzwiami straż wpadł natychmiast do środka z krótkim mieczem w dłoni. Nie marnował czasu na zapalanie światła, blask lampy z korytarza wystarczył, aby upewnić się, że w pokoju nie ma żadnych napastników.

Czarodziej dźwignął się na kolana i trzęsącą się ręką próbował rozpiąć lekką nocną koszulę, jak gdyby nie pozwalała mu swobodnie oddychać.

- Gwiazda wydostała się na świat, przebudzona - wychrypiał chaotycznie. - Musimy wyruszać!

Strażnik zaświecił wreszcie lampę, ale zamiast posłuchać rozkazu, stał tylko i przyglądał się uważnie swemu panu.

- Boli was brzuch? - zapytał, dotykając badawczo wciąż nabrzmiałych żył na szyi czarodzieja. Miecz odłożył na nocny stolik.

- Nie jestem otruty, idioto! - krzyknął Grigor. - Zaprzęgaj konie, ruszamy natychmiast! Wszystko mnie boli, nie tylko brzuch. Coś się stało, nie rozumiesz?!

Pół godziny później Grigor Evan kolebał się już w siodle. Atak słabości udało mu się opanować tylko do pewnego stopnia i wciąż wyglądał, jakby jego miejsce było w łóżku, a nie na nocnej wyprawie.

Baron Artur Cowen Coverfly nawet nie próbował już swego gościa, jak go zaczął w myślach nazywać, odwodzić od tego pomysłu. Zamiast tego zdecydował się mu towarzyszyć, zabierając przy okazji jednostkę własnych ludzi. Rozkaz Varatchiego i tak nie dawał mu żadnej innej możliwości. Albo może i dawał, ale byłby to wybór dalece nierozsądny i baron powstrzymał się przed zbyt ochoczym kontemplowaniem tej ewentualności.

- Wyjaśnijcie mi w takim razie, proszę, co was tak gna? - spytał, kiedy wyruszyli drobnym kłusem ku rozświetlającemu się wschodniemu horyzontowi.

- Wyczuwam ją, tę… tę rzecz, z której powodu tutaj jestem - odpowiedział mu czarodziej przez zaciśnięte zęby. - Coś ją uwolniło, coś przypadkowego, niesprawującego nad nią kontroli. Daleko. Kilkadziesiąt, może nawet kilkaset kilometrów od nas, a i tak było to dla mnie wielce nieprzyjemne. Muszę ją zdobyć. Za wszelką cenę.

Młodzieńcowi w szarości poranka na chwilę rozbłysły oczy i nie był to odblask słonecznego promienia.

Baron tylko kiwnął głową zrezygnowany. Evan rzeczywiście był zdecydowany podążać za swoim celem za wszelką cenę, nie zważając na przeszkody, koszty czy straty. Nie spodziewał się takiego fanatyzmu po młodym czarodzieju. Będzie musiał pamiętać, aby liczyć się z nim na przyszłość, i to tym bardziej, że przecież Grigor też jedynie spełniał rozkazy cesarza.

Koharow trzymał się o kilka kroków za Baklym i rozglądając się uważnie, wypatrywał jakichkolwiek odcisków stopy, zmierzwionej trawy, potrąconych kamyków. Nie potrafił zrozumieć, skąd ten olbrzym czerpał niezachwianą pewność, że w bardzo powoli ustępującym półmroku nie zgubi tropu złodzieja. Od czasu do czasu rzucał ukosem spojrzenia na Sierżanta, ale ten nie dawał nic po sobie poznać. Powietrze miało cudowny, chłodny posmak, ale świt był coraz bliżej, a z nim nadchodził upał.

Zwinnym truchtem wbiegli na szczyt kolejnego pagórka. Szeleściły poruszane wzmagającym się wiatrem uschnięte kępki trawy, zgrzytał pod stopami piach. Ponad te odgłosy wybijały się przyspieszone oddechy.

- Stójcie - zatrzymał ich Bakly.

Koharow pomyślał nagle, że było coś nienaturalnego w tej ciszy, w tym jednostajnym, spokojnym wietrze. Uniósł wzrok i kawałek dalej, w jednej z dolin pomiędzy grzebieniami wydm dostrzegł jakiś ciemny, poruszający się z wolna kształt. Wyglądało jak wirujące wrzeciono. Tornado? - pomyślał. Jak do tej pory odczuł niszczącą siłę huraganu na własnej skórze tylko raz. Znajdował się wtedy na pokładzie łodzi i przeżył jedynie dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu - niszczący wir powietrza i wody jakoś ich ominął. Z tym że to tornado tutaj było jakieś dziwne. Poza łagodnym kolebaniem się na dnie dolinki nie wydawało się poruszać zbyt wiele. Jednak strach wzbudzało taki sam, jak i wszystko inne, co dla człowieka niezrozumiałe.

Bakly zostawił ich tam, gdzie stali, i zapadając się powyżej kostek w lekki, nawiany piach, ruszył w dół zbocza wydmy.

- Ktoś tam leży - zaobserwował Sierżant.

Koharow wysilił wzrok i po chwili przyznał mu rację.

Dziwaczne tornado zataczało kręgi wokół leżącego na ziemi trupa. A raczej wysuszonego szkieletu, jaki pozostaje po latach leżenia w suchym, gorącym powietrzu. O ile, oczywiście, nie dobiorą się wcześniej do niego padlinożercy, dopowiedział sobie w myślach Koharow. Widać tego tutaj zostawili w spokoju.

Bakly zatrzymał się i czekał, aż ta tajemnicza trąba powietrzna zataczająca kręgi wokół leżącego ciała odsunie mu się z drogi. W pewnym momencie wirujący kłąb zakołysał się, wyglądało, jakby miał zamiar rzucić się w stronę stojącego przed nim mężczyzny, jednak po chwili ruszył dalej w sobie znanym kierunku. Koharow strasznie żałował, że nie dane mu było zobaczyć twarzy Baklego. Ten zrobił trzy szybkie kroki i zatrzymał się nad nieboszczykiem. Długo mu się przyglądał, a potem podniósł coś z ziemi. I nagle wirujący kłąb rozproszył się, tajemniczy wiatr ucichł, a Koharow zaczął oddychać jakby swobodniej, i to pomimo iż poprzedni, orzeźwiający chłód w jednej chwili ustąpił wzmagającemu się porannemu gorącu.

- Chodźmy rzucić okiem - zaproponował Sierżant i grzęznąc w piachu, ruszył w dół.

Koharow dogonił go dopiero przy nieboszczyku. Bakly trzymał w ręku jakiś przedmiot zawinięty w rozcięty skórzany woreczek, z włosów i przedramion znikały mu właśnie topniejące kryształki lodu. Chociaż musiały to raczej być kryształki soli z potu, bo przecież skąd lód na pustyni?

- A ten trup to kto? - zainteresował się Sierżant, trącając czubkiem buta czaszkę leżącego.

Poza kośćmi nie dostrzegali niczego, co mogłoby stanowić jakąkolwiek wskazówkę. Na zmarłym nie pozostały żadne resztki odzienia, ozdób lub ekwipunku.

- Gość, który mi w nocy ukradł to - Bakly wskazał na przedmiot, który właśnie pieczołowicie chował do drugiego skórzanego worka, tak aby za żadną cenę nie odwinął się z tego pierwszego. - Jak już to uwolnił, zaczęło się żywić wszelką dostępną w okolicy mocą, ale na jego nieszczęście dokoła jest tylko pustynia - dodał.

Koharow nie rozumiał, co Bakly ma na myśli, nic tu nie miało najmniejszego sensu. Rozejrzał się dokoła. Kawałek dalej dostrzegł w trawie szkielet małego gryzonia. Dziwne, normalnie przecież padliną już coś by się zainteresowało. Żywi się wszelką dostępną mocą… Energią życiową ludzi i zwierząt też? Zmroziło go do kości.

- Więc jakim cudem tobie nic się nie stało?

Pytanie wyraźnie zaskoczyło Baklego. Jakby olbrzymowi ten szczegół umknął.

- Działałem szybko. - Zamyślił się. - No i nie da się o mnie powiedzieć, żebym był szczególnie wrażliwy. Potrafię znieść to i owo. Dobra, czas wracać, wkrótce wyruszamy.

1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)