Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- I to wszystko wiecie tylko po krótkim, jednorazowym kontakcie z mocą tego artefaktu? Tej Czerwonej Gwiazdy? - zaryzykował kolejne pytanie.
- Tak - potwierdził zwięźle Evan. Widać było, że w głębi duszy żałuje swojego wcześniejszego wybuchu rozmowności.
Co raczej nie jest całą prawdą, dopowiedział sobie w duchu Coverfly. Kontakt z mocą artefaktu musiał być dla młodego czarodzieja przeżyciem bolesnym, który wstrząsnął nim na tyle, iż Evan stracił zdolność chłodnego myślenia. Nie dalej jak przed paroma chwilami przyznał przecież, że studiowaniu artefaktu poświęcił całkiem sporo czasu. Czerwona Gwiazda rzeczywiście musiała być niezwykle niebezpieczna. I cenna.
Jednak kim, do cholery, był ten, kto zdołał przebudzony drogocenny kamień znowu ukryć? - zastanawiał się Coverfly, który nagle uświadomił sobie, że czarodziej ani nie wyjawił mu, iż chodziło o szlachetny kamień, ani jak to możliwe, że ta niewyczerpana moc tak nagle się ujawniła i zgasła. Mimo to Coverfly był przekonany, że jego skojarzenie jest słuszne. Jeszcze do niedawna o magii, artefaktach i czasach władzy czarodziejów w ogóle się nie mówiło, jednak zawsze jakieś ślady przetrwały w legendach i opowieściach.
Kusybu okazało się dokładnie takim zadupiem, jakiego się spodziewali. Coverfly przejął kontrolę nad źródłem wody i zajął jeden z ośmiu domów, którego mieszkańców bez cienia litości wygonił po prostu na zewnątrz. Razem z Evanem i dwoma z jego ochroniarzy zajęli większą izbę, podczas gdy dwaj pozostali trzymali straż poza budynkiem. Żeby nie czuć się nieswojo, Coverfly zatrzymał przy sobie Hoovery’ego, choć normalnie nie miał w zwyczaju jadać w towarzystwie swoich ludzi. Każdy posilał się z własnych zapasów, co w przypadku Sedrika oznaczało dość skromne menu. Wzbogacił je więc o kilka jajek i bochen świeżego chleba, które bez większych ceregieli zarekwirował miejscowym.
Początkowo Coverfly nie miał apetytu. Wypił dwa kielichy kryształowo czystej wody i sączył teraz trzeci, wzbogacony o dolewkę wina. Czarodziej też skubnął co nieco, widać wciąż jeszcze nie doszedł w pełni do siebie. Siedział tylko w milczeniu i gapił się w ścianę.
- Gwiazda znajduje się wciąż bardzo daleko, jakbyśmy się w ogóle do niej nie zbliżyli. Muszę ruszać dalej jak najszybciej. Potrzebuję świeżego konia i trochę zapasów - odezwał się wreszcie, powracając do jedynego tematu, na jaki skłonny był rozmawiać, gdy trochę odsapnęli. - Kiedy dotrą tu moje rzeczy, musicie je za mną posłać bez najmniejszej zwłoki. Będą mi niezbędnie potrzebne, aby należycie rozprawić się z tymi, którzy ukradli Gwiazdę.
W pierwszej chwili Coverfly nie powiedział nic. Z jednej strony cesarz rozkazywał mu zrobić wszystko, co konieczne, aby Evan spełnił swą misję, z drugiej Varatchi chciał, aby baron pilnował czarodzieja jak oka w głowie. Teraz wyglądało na to, iż te dwa rozkazy wydane przez dwóch najpotężniejszych ludzi na świecie są sobie zupełnie przeciwstawne. Równie dobrze mógł się dać rozerwać końmi tu na miejscu, zaoszczędzając wszystkim czasu i zachodu.
- A co się stanie, jeśli owe rzeczy, które są wam tak niezbędnie potrzebne, aby porachować się ze złodziejami, nie dotrą na czas? - spytał spokojnie.
- Już wasza w tym głowa, aby dotarły - odparł czarodziej obojętnie. Niestety, trafił w samo sedno.
- Za dwa, trzy dni powrócą moi ludzie, którzy wyruszyli na zwiad. Dowiemy się, kto dopuścił się kradzieży, ilu ma ludzi i, w przybliżeniu, jakie ma dalsze plany. Będziemy dzięki temu mogli się przygotować o wiele skuteczniej do dalszej pogoni. - Coverfly starał się podejść do sprawy tak rzeczowo, jak tylko się dało.
- Nie zamierzam czekać nawet jednego dnia. - Evan kategorycznie odrzucił myśl o postoju. - Nie mogę dopuścić do tego, aby Czerwona Gwiazda się ode mnie oddaliła, a oddala się przez cały czas, nawet w tej chwili. Jest ukryta za jakąś magiczną zasłoną, niemniej czuję to wyraźnie. Wyczuwam jej ruch i jej… stan.
- Zatem w którą stronę się przemieszcza? - spytał Coverfly z niepokojącym przeczuciem, że domyśla się odpowiedzi.
- Tam. - Evan wskazał w kierunku, w którym rozciągała się nieskończona, wyprażona pustka Pustyni Gutawskiej. Najbardziej niegościnne i niesprzyjające wszelkim przejawom życia miejsce na ziemi.
- A co, gdybyśmy tak wysłali szybki oddział, który siedziałby im na karku i znaczył drogę dla naszej przyzwoicie przygotowanej karawany? - Coverfly spróbował z innej strony.
Grigor Evan zamilkł i przez chwilę rozpatrywał zaproponowaną opcję.
- Wiem, że jesteście jednym z najzdolniejszych dowódców w armii cesarskiej, ale mimo to jakoś nie wydaje mi się, że wasi ludzie skłonni będą respektować rozkaz, na mocy którego zostaną wysłani na pewną śmierć - odpowiedział Evan, uważnie przy tym obserwując barona.
Coverfly zdusił w sobie wybuch wściekłości. Nie docenił go. Czarodziej dobrze się na tę misję przygotował. Wiedział o lokalnej mentalności i panujących tu warunkach więcej, niż dawał po sobie poznać. Wiedział doskonale, że żołnierze wysłani z misją do tego stopnia samobójczą zwyczajnie zdezerterują przy najbliższej nadarzającej się okazji, nie bacząc nawet na groźbę sądu polowego.
- Jeśli to ja ich poprowadzę, posłuchają każdego rozkazu - powiedział chłodno, czując narastające dreszcze strachu.
- Szefie? - Hoovery nieoczekiwanie wmieszał się do rozmowy.
Coverfly spojrzał na swego przybocznego. Modlił się w duchu, aby tamten miał do powiedzenia coś mądrego, coś, co ocali mu skórę. Za żadną cenę nie chciał wyruszać w pustynię. Czarodziej musiał być niespełna rozumu, skoro uważał, że właśnie tam kierował się artefakt. Gdyby jednak okazało się, że ma rację, wtedy niespełna rozumu musieli być złodzieje, którzy go przy sobie mieli.
- Moglibyśmy nająć Czarnych Jeźdźców - zaproponował Hoovery.
W pierwszym odruchu Coverfly chciał przybocznego strzelić w pysk za głupotę. No co za pomysł! Czarni Jeźdźcy - terroryzujący pogranicze pustyni bandyci, zabijający bez przyczyny kogo bądź i gdzie bądź - kosztowali go nie tylko życie całkiem sporej liczby ludzi, ale potrafili też opóźniać przemarsze. Stawianie im czoła mijało się z celem. Napadali znikąd i błyskawicznie znikali. Dzięki sieci dobrze ukrytych i tylko sobie znanych kryjówek zapadali się jak pod ziemię i zdolni byli przeczekać w nich każdą pogoń. Zapuszczali się też w pustynię daleko głębiej, niż ktokolwiek ośmieliłby się za nimi podążyć.
Coverfly nabrał głęboko powietrza, po czym bardzo powoli wypuścił je z płuc. Jak się nad tym chwilę zastanowić, pomysł może jednak nie był aż tak głupi.
- Ile potrzebujesz czasu na zorganizowanie spotkania? - spytał rzeczowo.
- Ze dwa dni, może trzy - odpowiedział Hoovery obojętnym tonem. Nożem o obustronnym ostrzu odkroił kawał szynki i zaczął go z namysłem przeżuwać. Jak na człowieka, który właśnie zgłosił się do wykonania śmiertelnie niebezpiecznej misji, zachowywał się nad wyraz normalnie.
- I oni zechcą dla nas pracować? - zaciekawił się Evan. - Z tego, co o nich słyszałem, nie odniosłem wrażenia, że interesują ich pieniądze. Ich motywy działania wydają się… dość specyficzne i nie do końca zrozumiałe.
Barona po raz kolejny zaskoczyło, jak szczegółowymi informacjami dysponował w istocie czarodziej.