Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Kroki. Dwie pary. Jedne gumowe, drugie skórzane. Twarda podłoga. Skórzane idą wolniej. Skórzane dowodzą, Gumowe to sługus, przytrzymuje drzwi, robi przejście dla skórzanych. Gumowe to twarz. Gumowa twarz. Łatwo zapamiętać.
— Panie Lang?
Skórzane zatrzymały się przy łóżku. Jeżeli to było łóżko. Nie otwierałem oczu, na twarzy miałem lekki grymas bólu.
— Jak się pan czuje?
Amerykanin. Wielu Amerykanów pojawiło się ostatnio w moim życiu. Musi to mieć coś wspólnego z kursem wymiany walut.
Zaczął przemieszczać się dookoła łóżka, słyszałem chrzęst kurzu pod jego butami. No i woda po goleniu. Zdecydowanie za mocny zapach. Jeżeli zostaniemy przyjaciółmi, powiem mu o tym. Ale jeszcze nie teraz.
— Kiedy byłem dzieckiem, zawsze chciałem mieć motor — powiedział głos. — Harleya. Tata powiedział, że to zbyt niebezpieczne. Dlatego w trakcie pierwszego roku po zrobieniu prawa jazdy rozbiłem samochód cztery razy tylko po to, aby się na nim zemścić. Mój tata był dupkiem.
Czas mijał. Nic na to nie mogłem poradzić.
— Wydaje mi się, że mam skręconą szyję — oznajmiłem. Nie otwierałem oczu, a chrypliwy głos brzmiał całkiem ładnie.
— Tak? Przykro mi to słyszeć. A teraz opowiedz mi coś o sobie, Lang. Kim jesteś? Czym się zajmujesz? Lubisz filmy? Książki? Piłeś kiedyś herbatkę z Królową? No, słucham.
Zaczekałem, aż buty odwróciły się, i powoli otworzyłem oczy. Stał poza polem widzenia, więc skupiłem wzrok na suficie.
— Jest pan lekarzem?
— Nie jestem lekarzem, Lang, o nie — powiedział. — Z pewnością nie jestem lekarzem. Skurwysyn, oto kim jestem.
W pokoju rozległ się chichot i odgadłem, że Gumowa Twarz wciąż znajdował się przy drzwiach.
— Przepraszam, nie dosłyszałem.
— Skurwysynem. Jestem skurwysynem. To moja praca i moje życie. Ale co tam, pomówmy o tobie.
— Potrzebny mi jest lekarz — jęknąłem. — Moja szyja…
Oczy zaszły mi Izami i pozwoliłem im płynąć. Pociągnąłem nosem, lekko się zakrztusiłem; nie chwaląc się, odstawiłem niezłe przedstawienie.
— Jeżeli cię to interesuje — kontynuował głos — mam głęboko w dupie twoją szyję.
Postanowiłem, że nigdy nie powiem mu o tej wodzie po goleniu. Nigdy.
— Interesują mnie inne sprawy — powiedział głos. — Całe mnóstwo innych spraw.
Łzy nadal napływały mi do oczu.
— Posłuchaj, nie wiem, kim jesteś, i gdzie ja jestem… — wykrztusiłem, wytężając siły, aby podnieść głowę z poduszki.
— Spierdalaj, Richie — warknął głos. — Idź się przewietrzyć.
Z okolic drzwi dobiegło mruknięcie i para butów opuściła pokój. Musiałem założyć, że Richie się w nich znajdował.
— Widzisz, Lang, w tym właśnie rzecz. Nie musisz wiedzieć, kim jestem, i nie musisz wiedzieć, gdzie jesteś. Pomysł polega na tym, że ty mi mówisz o różnych sprawach, a ja ci nie mówię…
— Ale co…
— Słyszałeś, co właśnie powiedziałem?
Nowa twarz pojawiła się w polu widzenia. Gładka, wyszorowana skóra i włosy, takie jak u Pauliego. Puszyste i czyste, do tego absurdalnie perfekcyjnie uczesane. Miał około czterdziestki i prawdopodobnie spędzał dwie godziny dziennie na rowerku treningowym. Dało się go opisać tylko jednym słowem. Zadbany. Obejrzał mnie dokładnie i ze sposobu, w jaki jego wzrok zatrzymał się na moim podbródku, wywnioskowałem, że miałem tam dość spektakularną ranę. Trochę się rozchmurzyłem. Rany zawsze dobrze nadają się do przełamywania pierwszych lodów.
W końcu nasze oczy się spotkały, ale obie pary nie przypadły sobie zupełnie do gustu.
— Dobrze — powiedział i odsunął się.
Musiało być wcześnie rano. Jedynym wytłumaczeniem dla tak silnego zapachu perfum mógł być tylko fakt, że dopiero co się ogolił.
— Poznałeś Woolfa — stwierdził Zadbany. — I tę jego córkę o ptasim móżdżku.
— Tak.
Nastąpiła chwila ciszy, a ze zmiany rytmu oddechu wywnioskowałem, że sprawiłem mu tą odpowiedzią przyjemność. Gdybym zaprzeczył — pomyłka, ja nie mówić po angielski — wiedziałby, że jestem cwaniakiem. Jeżeli będę mówił o wszystkim otwarcie, być może weźmie mnie za idiotę. W sumie wszystkie przesłanki wskazywały na tę drugą ewentualność.
— Dobrze. A teraz bądź łaskaw mi powiedzieć, o czym rozmawialiście?
— A więc — zacząłem, marszcząc brwi w wyrazie koncentracji — Woolf zapytał mnie o przebieg kariery wojskowej. Bo, nawiasem mówiąc, służyłem w armii.
— Chrzanisz. Wiedział o tym, czy sam mu powiedziałeś?
Kolejny namysł idioty.
— Nie jestem pewien. Jeżeli już o tym wspominasz, to wydaje mi się, że musiał już o tym wiedzieć.
— Dziewczyna też wiedziała?
— No cóż, tego akurat nie mogę być pewien, prawda? Nie zwracałem na nią większej uwagi. — Dobrze, że przy udzielaniu tej odpowiedzi nie byłem podłączony do wariografu. Wskazówka wyskoczyłaby do sąsiedniego pokoju, aby uciąć sobie drzemkę. — Zapytał o moje plany, co zamierzam robić. A, mówiąc szczerze, nie jest tego za wiele.
— Pracujesz w wywiadzie?
— Co?
Sposób, w jaki to powiedziałem, miał wystarczyć za odpowiedź, mimo to kontynuował.
— W wojsku. Walczyłeś z terrorystami w Irlandii. Miałeś jakieś związki z wywiadem?
— Dobry Boże, nie — uśmiechnąłem się, jakby mi ten pomysł pochlebiał.
— Coś cię śmieszy?
Przestałem się uśmiechać.
— Nic, tylko… no wiesz.
— Nie, nie wiem. To ma wiele wspólnego z moim pytaniem. Pracowałeś w wywiadzie wojskowym?
Przed udzieleniem odpowiedzi wziąłem bolesny oddech.
— Ulster to był system — powiedziałem. — I tyle. Wszystko, co się tam działo, zdarzyło się już setki razy wcześniej. System obejmował wszystko. Tacy jak ja, po prostu, no wiesz, poprawiali statystyki. Sumiennie wykonywałem polecenia. Grałem w squasha. Zdarzało mi się zabawić. Naprawdę nieźle się bawiłem — pomyślałem, że może trochę przesadziłem, ale chyba nie zwrócił na to uwagi. — Posłuchaj, moja szyja… nie jestem pewien, ale coś z nią chyba nie tak. Naprawdę powinien to obejrzeć lekarz.
— To zły człowiek, Tom.
— Kto taki? — zapytałem.
— Woolf. Naprawdę zły. Nie mam pojęcia, co ci o sobie naopowiadał. Pozwolę sobie zgadnąć, że nie wspomniał o trzydziestu sześciu tonach kokainy, które przywiózł do Europy w ciągu ostatnich czterech miesięcy. Powiedział ci o tym?
Spróbowałem potrząsnąć głową.
— Nie, myślę, że zapomniał o tym wspomnieć. A to źle przez duże Ź, zgodzisz się ze mną, Tom? Tak bym to nazwał. Diabeł wcielony, i do tego sprzedaje kokainę. Tak właśnie. To brzmi jak słowa piosenki. Co się rymuje z kokainą?
— Ból — wtrąciłem.
— Tak — powiedział. Spodobała mu się moja odpowiedź. „Ból”. Skórzane buty zaczęły się przechadzać. — Zwróciłeś kiedyś uwagę na to, że źli ludzie zadają się ze złymi ludźmi, Tom? Ja to zauważyłem. Ciągle to się zdarza. Nie wiem, czy lubią czuć się, jak u siebie w domu, robić wspólne interesy, mieć ten sam znak zodiaku, nieważne. Tysiące razy widziałem takie sytuacje. Tysiące razy. — Buty się zatrzymały. — Więc kiedy taki gość, jak ty, zaczyna trzymać się za ręce z takim gościem, jak Woolf, to muszę powiedzieć, że nie czuję do ciebie specjalnej sympatii.