Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-372-6
- Переводчик: Irena Lipinska
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]». Краткое содержание книги:
Zatrzymał się, a potem powiedział dobitnie:
— Musiałem dowieść sobie samemu, że jestem mężczyzną. Nie produkująco-konsumującym zwierzęciem, ale… mężczyzną!
W tym momencie, zanim zdołałem mu cokolwiek odpowiedzieć, z megafonów rozległ się śpiew… na sławę imienia, na sławę imienia Rodgera Younga i dziewczęcy głos dodał:
— Personel Rodgera Younga! Przygotować się do obsadzenia statku. Wejście H. Dziewięć minut.
Ojciec zerwał się i chwycił swój żołnierski worek.
— Pora na mnie! Uważaj na siebie, synu. I zdaj te egzaminy!
— Zdam, ojcze.
Uścisnął mnie w pośpiechu.
— Do zobaczenia, gdy wrócimy. — I już go nie było.
W Komendanturze zameldowałem się u sierżanta, który z wyglądu bardzo przypominał sierżanta Ho. Wyrecytowałem:
— Sierżant Juan Rico z transportowca melduje się według rozkazu.
Rzucił okiem na zegar.
— Wasza rakieta pokładowa przybyła siedemdziesiąt trzy minuty temu. No więc?
Powiedziałem mu, jak było, wyciągnął wargi w dziób i przyglądał mi się w zamyśleniu.
— Słyszałem już różne wymówki, ale to coś nowego. Ojciec, wasz własny ojciec zameldował się na waszym starym statku akurat wtedy, gdy wy go opuściliście?
— To szczera prawda, panie sierżancie. Może pan sprawdzić: kapral Emilio Rico.
— Nie sprawdzamy tu oświadczeń młodych dżentelmenów. Możemy ich najwyżej wykopać, jeśli okaże się, że nie powiedzieli prawdy. No dobrze, chłopcze, niewiele wart byłby ktoś, kto poniechałby własnego ojca ze względu na parę minut spóźnienia. Nie mówmy już o tym.
— Dziękuję, panie sierżancie. Czy mam teraz zameldować się panu dowódcy?
— Właśnie mu się meldujesz. — Odfajkował mnie na liście. — Proszę, macie tu skierowanie i kartę przyjęcia — a na początek możecie zdjąć te naszywki. Ale zachowajcie je, mogą przydać się później. A od tej chwili nie jesteście sierżantem, tylko panem.
— Tak jest, proszę pana.
— To nie wy macie mi mówić: proszę pana. Ja wam będę mówił: proszę pana. Ale nie jestem pewny, czy będziecie tym zachwyceni.
Nie będę opisywał Oficerskiej Szkoły Kandydackiej. Było tam podobnie jak na szkoleniu podstawowym, a jeszcze na dokładkę stos książek.
Rano — musztra. Ochrzaniano nas za byle co. Sierżanci klęli. Po południu byliśmy kadetami i dżentelmenami, i mieliśmy wykłady z nie kończącej się listy przedmiotów: matematyka, nauki przyrodnicze, galaktografia, ksenologia, hipnopedia, logistyka, strategia i taktyka, łączność, prawo wojskowe, terenoznawstwo, bronie specjalne, psychologia i dowodzenie… W ogóle wszystko, począwszy od wyposażenia i żywienia rekrutów do powodów przegrania wojny przez Kserksesa.
Szczególny nacisk kładziono na wystawianie się na niebezpieczeństwo i równoczesne nie spuszczanie z oczu pięćdziesięciu podwładnych, dbanie o nich, przewodzenie im, ratowanie z opresji, ale nigdy nie niańczenie!
Wieczorami i w każdą niedzielę uczyliśmy się, aż piekły oczy i bolały uszy, a potem zasypialiśmy z hipnopedycznymi głośnikami pod poduszką.
Nie przypominam sobie jednak, żebym czuł się nieszczęśliwy. Za dużo było roboty i stale towarzyszył nam strach, żeby nie zawalić jakiegoś egzaminu.
Martwiło mnie zwłaszcza moje słabe przygotowanie z matematyki. Na szczęście mój współlokator — przesiedleniec z Hesperusa, o dziwnym imieniu Anioł, siedział ze mną noc po nocy i udzielał mi korepetycji.
Sądzę, że szczytowym punktem mojej całej kariery kadeckiej była wizyta pani podporucznik Ibanez, o czarnych ogromnych oczach, z transportowej korwety Mannerheim.
Moja klasa miała akurat zbiórkę przed kolacją, kiedy pojawiła się Carmencita. Wyglądała niewiarygodnie elegancko w mundurze, niczym biała, mała papierowa laleczka. Przeszła wzdłuż szeregu, a wszystkim oczy na wierzch wychodziły, skierowała się wprost do oficera dyżurnego i spytała o mnie czystym, przenikliwym głosem.
Oficer dyżurny, kapitan Chandar, mający opinię największego ponuraka, rozpromienił się cały w uśmiechu i przyznał, że ja istnieję… Wtedy Carmen zamrugała do niego nieprawdopodobnie długimi czarnymi rzęsami, wyjaśniła, że jej statek jest doładowywany i zapytała, czy może zabrać mnie na kolację.
I oto znalazłem się, na skutek absolutnie bezprecedensowego pogwałcenia regulaminu, w posiadaniu przepustki na trzy godziny.
Stara, sekretna broń zastosowana przez Carmen okazała się tak skuteczna, że nie tylko cudownie spędziłem czas, ale też wzrósł niebotycznie mój prestiż wśród kolegów.
Jedynym przedmiotem teoretycznym, któremu pragnę poświęcić trochę miejsca, była historia i filozofia moralności.
Byłem zdziwiony znajdując ten przedmiot w rozkładzie zajęć. Doszedłem do wniosku, że wykłady są powtórzeniem tych ze szkoły, a więc nie będę się przemęczał i odsapnę nieco. Myliłem się jednak. Wprawdzie po zakończeniu kursu nie było egzaminu na stopień, ale trzeba było wypełnić różne kwestionariusze, odpowiedzieć na mnóstwo pytań i najważniejsze — otrzymać opinię instruktora, czy w ogóle nadajesz się na oficera.
Historia i filozofia moralności działała jak bomba z opóźnionym zapłonem. Budziłeś się w środku nocy i myślałeś: co on przez to chciał powiedzieć? I nic tu nie pomagały wykłady z gimnazjum. Wtedy po prostu nie rozumiałem, o czym pułkownik Dubois mówił. Uważałem za idiotyzm zaliczać te wykłady do nauk ścisłych cóż mogły mieć wspólnego z fizyką albo chemią? Słuchałem ich z pewną uwagą tylko dlatego, że argumentacja była interesująca. Później, gdy już zdecydowałem się walczyć, pojąłem, że pan Dubois próbował mi właśnie wyjaśnić, dlaczego mam walczyć.
No więc dlaczego powinienem walczyć?
— Panie Rico! — zapytał kiedyś major Reid prowadzący wykłady. — Czy tysiąc zatrzymanych w niewoli jeńców jest wystarczającym powodem do podjęcia lub wznowienia wojny? Proszę nie zapominać, że w wojnie zginą niemal na pewno miliony niewinnych ludzi.
Nie zawahałem się ani chwili.
— Tak, proszę pana! Jest więcej niż wystarczającym powodem.
— Więcej niż wystarczającym. Bardzo dobrze. A czy jeden jeniec nie zwolniony przez wroga może być wystarczającym powodem do wszczęcia lub wznowienia wojny?
Zawahałem się. Znałem odpowiedź P.Z. — ale nie sądziłem, by takiej odpowiedzi żądał. Powiedział ostro:
— No prędzej, prędzej, mój panie! Mamy górną granicę — tysiąc. Pan ma określić dalszą. Czy nie byłoby przestępstwem narażać cały kraj, dwa kraje w istocie, by ocalić jednego człowieka? Tym bardziej że być może on wcale na to nie zasługuje? Albo mógł tymczasem umrzeć? Tysiące ludzi ginie każdego dnia w wypadkach… czemu więc zastanawiać się nad jednym? Proszę odpowiadać: tak albo nie! Trzyma pan całą klasę!
Zirytował mnie. Dałem mu odpowiedź szeregowca-piechura.
— Tak, proszę pana!
— Co tak?
— Nie ma znaczenia, czy chodzi o tysiąc, czy o jednego. Trzeba walczyć.
— Aha! Liczba jeńców jest nieważna. Dobrze. Proszę teraz udowodnić swoje stanowisko.
Zatkało mnie. Wiedziałem, że odpowiedź jest właściwa. Ale nie wiedziałem dlaczego. A on mnie popędzał.
— Proszę, niech pan mówi, panie Rico. To jest wiedza ścisła, musi pan przeprowadzić matematyczny dowód. A może już dostatecznie wyczerpał pan swój mózg jak na jeden dzień? Proszę przynieść jutro pisemną odpowiedź na moje pytanie. Ma to być logiczny wywód. A teraz pan Salomon — wywołał następnego. — Czy może mi pan podać powód, nie historyczny ani teoretyczny, ale praktyczny, dlaczego prawo głosu przysługuje dzisiaj tylko weteranom zwolnionym ze służby?