Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]
Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]

Электронная книга - «Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]». Краткое содержание книги:

Trwa galaktyczna wojna pomiędzy Ziemianami i Pluskwo-Pajęczakami, agresywną rasą antropoidów, których społeczna organizacja przypomina rój, poddany bezwzględnej władzy dyktatorskiej. Ogrom przewagi liczebnej nieprzyjaciela wyklucza globalną konfrontację i wymusza taktykę nagłych, niespodziewanych ataków ze strony sił Ziemskiej Federacji. Do takich zadań najlepiej przygotowani są komandosi z Piechoty Zmechanizowanej, a wśród nich kadet Johny Rico, który karierę żołnierza rozpoczął tak niedawno…
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 42
Перейти на страницу:

Cieszę się, że tak postąpiłem, bo w przeciwnym razie nie byłoby mnie, kiedy się stało z Porucznikiem…

Jakże wtedy mógłbym to znieść?

Wypadek miał miejsce tuż przed ewakuacją.

W trzeciej sekcji został ranny żołnierz, nie bardzo ciężko, ale przewrócił się. Zastępca dowódcy pododdziału pospieszył mu na pomoc i sam oberwał.

Porucznik, jak zwykle, miał oko na wszystko — musiał mieć zdalne odczyty stanu fizycznego każdego z nas, ale tego się już nie dowiemy. W każdym razie sam pognał, podniósł ich obu i zarzucił sobie na ramiona.

Nieomal w ostatniej sekundzie wciągnięto rannych na statek, a wtedy, nagle, obsunęła się tarcza osłonowa i ugodziła Porucznika.

Zginął na miejscu…

Celowo nie podaję nazwisk tego szeregowca i zastępcy dowódcy pododdziału. Porucznik do ostatniego tchu ratowałby każdego z nas. Nie miało znaczenia, kto to był.

Znaczenie miało dopiero to, że została odrąbana głowa prawdziwej rodziny. Rodziny, której nazwisko nosiliśmy.

Kiedy już nie było porucznika, pani komandor Deladrier zaprosiła sierżanta Jelela do wspólnego stołu, razem z innymi dowódcami. Ale on się wymówił.

W stosunku do nas stał się tylko troszkę bardziej stanowczy, a jak już musiał powiedzieć: „Porucznikowi to by się nie podobało”, mało kto był w stanie to wytrzymać. Jelly zresztą nie powtarzał tego często.

Organizacja naszej jednostki bojowej pozostała prawie nie zmieniona, nastąpiło zaledwie kilka drobnych przesunięć, a ja zostałem kapralem.

Jelly cały czas zachowywał się tak, jakby Porucznik był tylko chwilowo nieobecny, i on spełnia jego rozkazy. Jak zwykle.

To nas ocaliło.

Rozdział jedenasty

Nie mogę wam obiecać nic poza tym, że będziecie przelewać krew i łzy, będzie się pocić i mozolić.

— W. Churchill, XX-wieczny żołnierz i mąż stanu

Kiedy wróciliśmy na statek po rajdzie na Skórniaki — po tym rajdzie, w którym załatwili Dizzy Floresa i który był pierwszym zrzutem sierżanta Jelala jako dowódcy oddziału — jakiś wartownik, stojący akurat przy przedsionku śluzy, zagadnął mnie:

— Jak poszło?

— Jak zwykle — uciąłem. Zapytywał zapewne z przyjaznego zainteresowania, ale ja nie pozbierałem się jeszcze i nie miałem ochoty gadać.

A poza tym jak można rozmawiać o zrzucie z kimś, kto nigdy w nim nie brał udziału?

— Tak? — niby się zdziwił. — Wam to dobrze. Wałkonicie się przez trzydzieści dni, a pracujecie trzydzieści minut. Nie to co ja: wachta na trzy zmiany i tak na okrągło.

— Rzeczywiście — zgodziłem się. — Niektórzy są w czepku urodzeni.

Było w tym jednak trochę prawdy. My, powietrzni piechociarze podobni byliśmy do lotników z okresu wczesnych wojen zmechanizowanych — w długiej i pracowitej karierze wojskowej mogło zawierać się tylko parę godzin rzeczywistej walki, twarzą w twarz z wrogiem. Reszta to treningi, stan pogotowia, loty patrolowe i bojowe, powroty, naprawy, remonty i przygotowania do następnych lotów i ćwiczenia, ćwiczenia, ćwiczenia.

Następny zrzut wypadał dopiero za trzy tygodnie, na inną planetę krążącą wokół innej gwiazdy — na kolonię Pluskwo-Pajęczaków.

W tym czasie dostałem belki kaprala. Do awansu podał mnie Jelly, a zatwierdziła pani komandor Deladrier, w zastępstwie oficera z naszej jednostki.

Musiałem teraz jakoś załatwić tę sprawę z Acem, ponieważ Jelly zrobił mnie zastępcą dowódcy pododdziału. Nie było to dobre. Człowiek powinien przejść wszystkie szczeble drabiny. Jelly naturalnie o tym wiedział, ale pragnął utrzymać naszą jednostkę w możliwie takiej samej formie jak za życia Porucznika.

To postawiło mnie wobec delikatnego problemu: Wszyscy trzej kaprale zależni od mnie jako dowódcy sekcji byli starszymi niż ja żołnierzami. A gdyby na przykład sierżant Johnson został zdmuchnięty w następnym zrzucie, wtedy ja musiałbym zostać dowódcą pododdziału.

Teraz moim problemem był Ace, kapral zawodowy. Gdyby Ace mnie zaakceptował, nie miałbym żadnych kłopotów z pozostałymi dowódcami sekcji.

Póki co, niby wszystko było w porządku. Po tym jak zabraliśmy razem Floresa, zachowywał się przyzwoicie. Na pokładzie nie mieliśmy jednak tyle styczności, by mogło powstać jakieś spięcie. Ale to się czuje. Nie traktował mnie jak kogoś, od kogo przyjmuje się rozkazy.

Odszukałem go więc po zajęciach. Leżał w koi i czytał.

— Ace. Chcę z tobą pogadać.

Spojrzał w górę.

— Tak? Zszedłem już z pokładu. Jestem po służbie.

— Chcę z tobą pomówić. Zaraz. Odłóż książkę.

— Cóż takiego pilnego? Muszę skończyć ten rozdział.

— Och, ja to czytałem, mogę ci opowiedzieć.

— Tylko spróbuj! — Ale książkę odłożył i usiadł.

Powiedziałem:

— Ace, chodzi o tę organizację pododziału, jesteś starszym ode mnie żołnierzem i to ty powinieneś być zastępcą dowódcy.

— Och! Znowu to samo!

— Tak. Uważam, że powinniśmy pójść razem do Johnsona, żeby załatwił to z Jellym.

— Rzeczywiście? Słuchaj, mały, pozwól, że powiem ci otwarcie — fakt, że dobrze spisałeś się wtedy, gdy musieliśmy zabierać Floresa. To muszę ci oddać. Ale jak chcesz mieć sekcję, to ją sobie wykop choćby spod ziemi, ale od mojej się od chrzań. Poza tym nic do ciebie nie mam.

— To twoje ostatnie słowo?

— Tak, to moje pierwsze i ostatnie słowo.

Westchnąłem.

— Tak też myślałem, ale wolałem się upewnić. No to sprawa załatwiona. Mam jednak jeszcze coś. Zauważyłem, że warto byłoby posprzątać w umywalni… Pomyślałem, że może zrobimy to razem. Odłóż więc książkę… Podoficerowie są zawsze na służbie, jak twierdzi Jelly.

Nie zerwał się od razu. Powiedział spokojnie.

— Naprawdę uważasz, mały, że to konieczne? Powiedziałem przecież, że nic przeciwko tobie nie mam.

— Na to wygląda.

— Myślisz, że dasz radę?

— Mogę spróbować.

— No dobra.

Poszliśmy do umywalni, przegnaliśmy szeregowca, który miał zamiar wziąć prysznic, i zamknęliśmy drzwi.

Ace spytał:

— Życzysz sobie, mały, żebyśmy stosowali jakieś ograniczenia?

— No… nie mam zamiaru cię zatłuc.

— Zgoda. Nie będziemy sobie łamać kości… chyba że niechcący. Odpowiada ci?

— Odpowiada — zgodziłem się. — Och, chyba zdejmę koszulę.

— Nie chcesz, żeby się splamiła krwią — rzucił lekko.

Zacząłem się rozbierać, a on kopnął mnie w kolano, nawet bez zamachu, płasko, całą stopą. Noga mi zdrętwiała.

Prawdziwa walka trwa sekundę albo dwie, bo tyle czasu potrzeba, żeby zabić człowieka lub powalić go bez przytomności. Ale my postanowiliśmy nie zrobić sobie krzywdy. To zmieniało sprawę.

Obaj byliśmy młodzi, w doskonałej kondycji, wyćwiczeni i przyzwyczajeni do otrzymywania razów. W tych warunkach walka musiała trwać, dopóki któryś nie został tak zbity na kwaśne jabłko, że nie mógł się ruszać. Albo mogła zakończyć się przez jakiś przypadek. Obaj jednak byliśmy zawodowcami i uważaliśmy, aby żaden przypadek się nie zdarzył. No i tak to trwało. Nie przytaczam szczegółów, bo były równie banalne jak bolesne. W jakiś czas potem leżałem na plecach, a Ace polewał mnie wodą. Popatrzył na mnie, postawił mnie na nogi i oparł o ścianę.

— Przyłóż mi! — powiedział.

— Co? — Kręciło mi się w głowie i dwoiło w oczach.

— Johnnie… przyłóż mi!

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 42
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)