Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-372-6
- Переводчик: Irena Lipinska
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]». Краткое содержание книги:
— Hmm… nie wiem, kapitanie, czy ci się to spodoba, skoro odsunąłeś mnie od szeregowców, ale kiedy byłem kapralem, wyznaczono mnie do pomocy sierżantowi w Składnicy Uzbrojenia i Sprzętu Pancernego.
— Mów dalej.
— Nie jestem wykwalifikowanym mechanikiem. Ale na pomocnika doskonale się nadaję. I gdyby mi było wolno, no, potrafię uruchamiać nowe kombinezony i przeprowadzać kontrolę… Cunha i Navarre mieliby więcej czasu na nieprzewidziane kłopoty.
Blackie przechylił się na krześle i uśmiechnął.
— Nieraz wgłębiałem się w przepisy regulaminowe… i nigdzie nie jest powiedziane, że oficer musi mieć czyste ręce. Wyfasuj więc sobie ubranie robocze, bo po co brudzić mundur, tak samo jak łapy. Idź już i powiedz sierżantowi, że wydałem rozkaz, aby zajął się wszystkim, bo ty teraz poświecisz swój czas składnicy uzbrojenia. A gdyby miał jakieś problemy, to niech cię szuka w składnicy. Nie mów mu, że omawiałeś to ze mną, wydaj po prostu rozkazy. Zrozumiałeś?
— Tak jest, pa… Tak, rozumiem.
— No to bierz się do roboty. Jakbyś spotkał w kasynie Rusty'ego, to powiedz, niech tu do mnie przyczłapie.
Nigdy w życiu nie miałem tyle roboty, nawet w obozie rekruckim, co w ciągu następnych dwóch tygodni.
Dziesięć godzin w składnicy uzbrojenia, trzy godziny matematyki, posiłki — półtorej godziny, zajęcia osobiste — godzina, służbowe zawracanie głowy — godzina, kursy i szkolenie — dwie godziny, spanie — osiem godzin… Razem — dwadzieścia sześć i pół godziny, a statek wyszedł już poza dwudziestopięciogodzinną dobę panującą na Sanctuary i weszliśmy znów w uniwersalny czas Greenwich.
Jedyne oszczędności mogłem zrobić na spaniu.
Któregoś dnia prawie o pierwszej w nocy, gdy ślęczałem w kasynie nad matematyką, przyszedł kapitan Blackstone. Powiedziałem:
— Dobry wieczór, kapitanie.
— Dzień dobry, chciałeś powiedzieć. Co ci, u licha, dolega, synu? Bezsenność?
— Och, niezupełnie.
— Czy twój sierżant nie może zająć się tą papierkową robotą? — Wziął parę kartek z leżącego na stole stosu. — Ach, rozumiem. Idź spać.
— Ależ kapitanie…
— Siadaj, Johnnie, już dawno miałem zamiar z tobą pomówić. Wieczorami nie widzę cię w kasynie. Co zajrzę do twego pokoju, siedzisz przy biurku. Potem, gdy twój kumpel idzie spać, przenosisz się tutaj.
— No, jakoś nigdy nie mogę nadążyć.
— Nikt nie może. Jak idzie robota w zbrojowni?
— Zupełnie dobrze. Myślę, że damy radę.
— To mnie cieszy. Słuchaj, synu, musisz postarać się o zachowanie we wszystkim odpowiednich proporcji. Masz dwa zasadnicze obowiązki. Pierwszy, to dopilnowanie, by było gotowe wyposażenie twego oddziału, i to robisz. O sam oddział nie musisz się martwić, już ci to mówiłem. Drugi, równie ważny, to żebyś sam był gotów do walki. A to zaniedbujesz.
— Będę gotów, kapitanie.
— Nonsens. Brak ci ćwiczeń fizycznych i snu. Czy tak należy przygotowywać się do zrzutu, synu? Kiedy będziesz dowodził, musisz być sprawny i przytomny. Od tej chwili będziesz ćwiczyć każdego dnia od szesnastej trzydzieści do osiemnastej. O dwudziestej trzeciej, gdy zgaśnie światło, masz leżeć w łóżku, a gdybyś przez dwie noce z rzędu w ciągu piętnastu minut nie mógł zasnąć, zameldujesz się u doktora. To rozkaz.
— Tak jest. — Czułem, że ziemia usuwa mi się spod nóg… — Nie wiem, jak zdołam wszystko zrobić i iść spać o dwudziestej trzeciej.
— No to nie zrobisz. Jak już powiedziałem, synu, musisz zachować właściwe proporcje. Powiedz mi, jak spędzasz czas?
Powiedziałem. Skinął głową.
— Tak też myślałem. — Wziął moje zadanie domowe z matematyki i rzucił mi pod nos. — Na przykład to. Oczywiście, musisz nad tym pracować tak ciężko, zanim podejmiemy akcję?
— Myślałem…
— Właśnie że nic nie myślałeś. Istnieją cztery możliwości, a tylko jedna wymaga, żebyś teraz odrabiał lekcje. Pierwsza możliwość — możesz zginąć w walce. Druga — możesz być ranny i pójdziesz na rentę z odznaczeniem. Trzecia — możesz ze wszystkiego wyjść cało… ale obleje cię egzaminator z przedmiotów wojskowych i przebiegu służby, o co dopraszasz się swoim postępowaniem. Jakże mógłbym pozwolić ci uczestniczyć w zrzucie, skoro masz oczy czerwone z braku snu, a mięśnie sflaczałe od wysiadywania stołków? Czwarta możliwość to ta, że weźmiesz się w garść… i w tym wypadku pozwolę ci dowodzić oddziałem. Załóżmy, że tak się stanie i wykażesz się największym męstwem, od czasu kiedy Achilles zabił Hectora, i dam ci promocję. W tym wypadku i tylko w tym jednym potrzebna ci będzie znajomość matematyki. Zostaw więc odrabianie zadań na drogę powrotną do domu, o ile w ogóle wrócimy. A teraz idź spać.
Po tygodniu przysłano nam ocenę sytuacji przed lotem bojowym, plan bitwy i wyznaczono zadania. Litania słów, długa jak powieść. I powiedziano nam, że nie będziemy dokonywać zrzutu.
Wcale to nie znaczyło, że mamy odstąpić od operacji, ale postanowiono, że zjedziemy, jak dżentelmeni, na miękkich poduszkach w rakiecie pokładowej. Mogliśmy sobie na to pozwolić, bowiem Federacja opanowała już powierzchnię planety P. Druga, Trzecia i Piąta Dywizja Piechoty Zmechanizowanej drogo za to zapłaciły.
Nasza operacja miała być zaskoczeniem. Brzmi to niewiarygodnie — nazywać zaskoczeniem bitwę, w której uczestniczą setki statków. Tym bardziej że Flota Kosmiczna i wiele jednostek piechoty niepokoiły Pluskwo-Pajęczaki w przestrzeni wielu lat świetlnych, by przeszkodzić im w wysłaniu posiłków na planetę P.
Naczelne Dowództwo wiedziało jednak, co robi. Ten gigantyczny atak powietrzny mógł przesądzić, kto wygra wojnę.
Musieliśmy lepiej poznać psychologię Pluskwo-Pajęczaków. Czy rzeczywiście konieczne jest usunięcie wszystkich Pluskwo-Pajęczaków z całej Galaktyki? A może wystarczy dać im zdrową nauczkę i narzucić pokój? Nie wiedzieliśmy. Rozumieliśmy je nie więcej niż termity. By poznać ich psychologię, musieliśmy w jakiś sposób porozumieć się z nimi, dowiedzieć się, dlaczego walczą i na jakich warunkach gotowi są zawrzeć pokój. A więc Korpus Wojny Psychologicznej musiał mieć jeńców.
Robotników byłoby łatwo ująć. Ale robotnik Pluskwo-Pajęczak to niewiele więcej niż ożywiona maszyna. Wojownika można schwytać, jeśli popali mu się członki, tak że stanie się bezradny… ale kiedy nie otrzymuje rozkazów, jest równie głupi jak robotnik.
Żeby uzyskać odpowiedź na pytanie, dlaczego Pluskwo-Pajęczaki walczą, należałoby przebadać członków kasty mózgowców.
Jak dotychczas nie złapaliśmy żywego i sprawnego Pluskwo-Pajęczaka. Albo likwidowaliśmy całe ich kolonie na powierzchni, albo ochotnicy schodzili do ich jam i już stamtąd nie wychodzili. Straciliśmy w ten sposób wielu dzielnych ludzi.
Od naszych aliantów dowiedzieliśmy się, że wielu żołnierzy zostało wziętych żywcem do niewoli. Ci z Wywiadu twierdzili, że jeńców transportują zawsze na Klendathu. Pluskwo-Pajęczaki ciekawi byli nas tak samo jak my ich.
Chcieliśmy tych jeńców uwolnić.
W świetle bezlitosnej logiki panującej we wszechświecie, może to wydawać się słabością. I jakaś rasa, która nie troszczy się o ratowanie jednostki, może wykorzystać naszą ludzką słabość, aby nas zniszczyć. Skórniaki posiadają tę cechę w minimalnym stopniu, a Pluskwo-Pajęczaki chyba wcale, nikt nigdy nie widział, żeby jakiś Pluskwo-Pajęczak przyszedł z pomocą rannemu. W walce współdziałają doskonale, ale gdy któryś przestaje być użyteczny, natychmiast go opuszczają.