Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-372-6
- Переводчик: Irena Lipinska
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]». Краткое содержание книги:
Kapitan Blackstone wyznaczył mnie na dowódcę pierwszego oddziału Lampartów. Tak było w schemacie organizacyjnym, ale oddziałem miał kierować sam Blackie i oczywiście sierżant. Dopóki będę zachowywać się grzecznie i wszystko będzie grało, mogą mi nawet pozwolić uczestniczyć w zrzucie w charakterze dowódcy oddziału. Wystarczy jednak słowo sierżanta, a przykręcą mi śrubę.
To mi odpowiadało. Był to mój oddział, jak długo umiałem sobie poradzić. Gdybym nie umiał, to mnie odsuną.
Traktowałem swą pracę z całą powagą. Niestety, nie nauczyłem się jeszcze przekazywać władzy i przez jakiś tydzień spędzałem wśród żołnierzy więcej czasu, niż było to dla oddziału korzystne.
Blackie wezwał mnie do swego prywatnego apartamentu.
— Synu, co ty, u czorta, wyrabiasz?
Odparłem sztywno, że usiłuję doprowadzić oddział do gotowości bojowej.
— Ach, tak? A osiągasz coś wręcz przeciwnego: jakbyś kij wsadził w mrowisko! Jak myślisz, po jakiego diabła dałem ci najlepszego w całej Armii sierżanta? Gdy wrócisz do swojej kajuty, powieś się na haku i nie śmiej się ruszyć, póki nie usłyszysz rozkazu: Przygotować się do działania! Wtedy on przekaże ci ten oddział zgrany jak kapelę.
— Jak pan kapitan sobie życzy — zgodziłem się kwaśno.
— I jeszcze jedno. Nie znoszę, żeby oficer zachowywał się jak skonfundowany kadet. Przestań mówić mi pan. I nie musisz stawać na baczność i trzaskać obcasami. Oficerowie powinni zachowywać się swobodnie, synu.
— Tak jest, panie kapitanie.
— Niech to będzie ostatni raz, to panie kapitanie. To samo z salutowaniem. I nie miej takiej ponurej gęby. Uśmiechnij się!
— Tak jest, pa… Dobra.
— Już lepiej. Oprzyj się, podrap się. Ziewaj. Wszystko, bylebyś tylko nie był sztywny jak ołowiany żołnierzyk.
Spróbowałem… i uśmiechnąłem się głupkowato. Przełamanie zakorzenionych zwyczajów nie jest wcale tak łatwe. Kapitan Blackstone studiował mnie.
— Musisz to ćwiczyć — powiedział. — Oficer nie może być przestraszony ani napięty, bo to się udziela. A teraz powiedz mi, Johnnie, co jest potrzebne twojemu oddziałowi. Nie myśląc oczywiście o drobiazgach, nie interesuje mnie, czy żołnierz ma przepisową liczbę skarpetek w szafce.
Myślałem z pośpiechem. Ach. Hmm…
— A może przypadkiem wie pan, że porucznik Silva zamierza awansować Brumby'ego na sierżanta?
— Przypadkiem wiem. A jaka jest twoja opinia? — odpowiedział.
— No… przez ostatnie dwa miesiące był dowódcą pododdziału. Jego sprawność została oceniona pozytywnie.
— Pytam o twoją rekomendację, mój panie.
— Ja, pa… Przepraszam. Nigdy nie widziałem go w akcji, trudno mi więc mieć jasne zdanie. Każdy potrafi odgrywać żołnierza w koszarach. Według mnie, zbyt długo już pełnił obowiązki sierżanta bez oficjalnej nominacji. Powinien więc dostać tę naszywkę, zanim dokonamy zrzutu, albo należałoby go przenieść, gdy wrócimy. A nawet wcześniej, jeśli nadarzy się okazja transferu w przestrzeni.
Blackie chrząknął.
— Wspaniałomyślnie rozporządzasz się mymi Lampartami — jak na tymczasowego.
Zrobiłem się czerwony.
— Jest to jednak delikatna sprawa w oddziale. Brumby powinien być awansowany lub przeniesiony. Jeśli nie może dostać tej naszywki, powinien zostać przeniesiony do Ośrodka Uzupełnień Kadry. Wtedy nie będzie upokorzony, a jeszcze otworzy mu się możliwość awansu na sierżanta w innej jednostce.
— Doprawdy? — Blackie już nie kpił tak ostro. — Po tej mistrzowskiej analizie zechcesz może wykorzystać swe talenty do dedukcji i powiesz mi, dlaczego porucznik Silva nie przeniósł go trzy tygodnie temu, kiedy znajdowaliśmy się na orbicie Sanctuary.
Sam się nad tym zastanawiałem. Jeśli ma się kogoś przenieść, należy wykorzystać nadarzającą się okazję i zrobić to bez ostrzeżenia. Tak jest w książce. Spytałem ociągając się:
— Czy porucznik Silva był już wtedy chory?
— Nie.
Zaczynało mi się wszystko powoli układać.
— Kapitanie, stawiam wniosek o natychmiastowe awansowanie Brumby'ego.
Wzniósł brwi do góry.
— Przed chwilą chciałeś go wychrzanić, bo nic niewart…
— Och, niezupełnie. Powiedziałem: jedno albo drugie, ale nie byłem pewny które. Teraz wiem.
— Mów dalej.
— Zakładając, że porucznik Silva nie ma innych ocen jak „doskonały” w formularzu awansowym… Wiedziałem, że jest dobry, ponieważ odziedziczyłem dobry oddział. Dobry oficer może kogoś nie awansować, no, och, z wielu powodów, przy czym nie musi formułować swoich zastrzeżeń na papierze. W tym szczególnym przypadku, jeśli nie mógł wysunąć go do awansu na sierżanta, to nie trzymałby go też w swoim plutonie i pozbyłby go się przy pierwszej okazji. Ale nie zrobił tego. Stąd wiem, że miał zamiar awansować Brumby'ego. Nie pojmuję jednak, czemu nie przepchał go trzy tygodnie temu, żeby Brumby miał już te swoje naszywki idąc na urlop.
Kapitan Blackstone wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— A więc nie cieszę się u ciebie opinią sprawnie działającego oficera?
— Jak to… nie rozumiem.
— Mniejsza o to. Dowiodłeś, kto zabił drozda, ale wcale nie oczekuję po niedowarzonym kadecie, żeby znał wszystkie zakulisowe matactwa. Słuchaj jednak i ucz się, synu. Jak długo toczy się wojna, nigdy nikogo nie awansuj przed powrotem do Bazy.
— Och… a to czemu, kapitanie?
— Wspomniałeś o wysłaniu Brumby'ego do Ośrodka Uzupełnień, jeśli nie miał być awansowany. Ale tam właśnie poszedłby, gdyby dostał ten awans trzy tygodnie temu. Nie zdajesz sobie sprawy, jak oni zabiegają o podoficerów.
Wyjął z szuflady dwie kartki papieru.
— Proszę.
Pierwsza — to był list od Silvy do kapitana Blackie, rekomendujący Brumby'ego na sierżanta. Nosił datę sprzed miesiąca.
Druga — to nominacja Brumby'ego, z datą następnego dnia po opuszczeniu przez nas Sanctuary.
— Odpowiada ci? — spytał.
— Och, tak, naturalnie!
— Czekałem, aż mi wspomnisz o tej delikatnej sprawie i powiesz, co należy zrobić. Cieszę się, że tak to wszystko wykoncypowałeś, ale byłbym bardziej rad, gdybyś okazał się doświadczonym już oficerem i wyciągnął odpowiednie wnioski ze schematu organizacyjnego i raportów o przebiegu służby. No, ale tak właśnie zdobywa się doświadczenie. A teraz posłuchaj, co masz zrobić. Napiszesz mi list, taki jak Silvy, z wczorajszą datą. Powiesz swemu sierżantowi, żeby zawiadomił Brumby'ego, że wysunąłeś go do awansu. Nie wspominaj jednak, że Silva też to zrobił. Nie wiedziałeś o tym, gdy go rekomendowałeś, to już tak to zostawmy. Jak będę zaprzysięgał Brumby'ego, to mu powiem, że obaj jego zwierzchnicy, niezależnie, wysunęli go do awansu. Będzie zadowolony. No dobrze, czy coś jeszcze?
— Martwię się, kapitanie, kombinezonami.
— Ja również. Wszystkie oddziały mają ten problem.
— Nie wiem, jak jest w innych oddziałach, ale u nas trzeba dopasować kombinezony pięciu rekrutom, cztery zostały zniszczone i dostaliśmy nowe, dwa odrzucono po kontroli w ubiegłym tygodniu i trzeba było wziąć inne z magazynu. Nie mam pojęcia, jak Cunha i Navarre zdołają je przygotować i dokonać przeglądu pozostałych, żeby wszystko było gotowe na czas.
— Gotowe na czas? Nawet gdy nie wynikną dodatkowe kłopoty…
— Tak, kapitanie. Ale i tak mamy tylko dwieście osiemdziesiąt sześć roboczogodzin na uruchomienie i dopasowanie oraz sto trzydzieści godzin na zwykły przegląd. A przecież zawsze trwa to dłużej.
— No, a jak myślisz, co tu da się zrobić? Możesz mieć pomoc z innych oddziałów, jeśli skończą swoje przed czasem. W co wątpię. I nie licz na wsparcie od Rosomaków, już prędzej my będziemy musieli im pomóc.