Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 116
Перейти на страницу:

— Kaikenläista, läameri! — warknęła Cyfral z czystym, laplandzkim akcentem.

— Jesteś projekcją mojego mózgu — wyjaśnił cierpliwie Drakkainen. — Jeśli mnie zabiją, to ciebie też. Rozumiesz? Istniejesz, bo ja istnieję. To, żebyśmy przeszli tę przełęcz i nie stali się karmą dla smoków, to także twój problem. Więc nie: kaikenläista do mnie, tylko lepiej zacznij myśleć.

— Sam zacznij myśleć — krzyknęła z płaczem. — Myślisz, że się nie martwię?! Kiedyś byłam w tobie i wtedy wiedziałam, co robić! Budziłam się i byłam częścią ciebie! A teraz budzę się tak! Od razu na zewnątrz!

— To mamy problem — westchnął Drakkainen. — Poważny problem. Na razie trzeba się przyczaić i poczekać do nocy.

Wypatrzył odpowiednie miejsce wysoko pod skalnym nawisem, wśród skał górskich łańcuchów otaczających dolinę. Czołgał się tam prawie godzinę, holując uczepione do ciała gałęzie kosówki. Powoli, centymetr po centymetrze, od jednej kryjówki do drugiej, kalecząc się o skały i czując, że opuszczają go siły.

Robiło się coraz zimniej.

Mgła gęstniała, Drakkainen dygotał tak, że podejrzewał, iż cały jego improwizowany kamuflaż trzęsie się w sposób widoczny z połowy kilometra. Po kolejnej wieczności stwierdził, że drętwieją mu ręce i nogi. Co gorsza, bolało go w środku. Chwilami tak, jakby włócznia wciąż tkwiła w ciele. Czuł jej ciężar i płonące bólem drzewce, niczym zastygły piorun.

Leżał wtedy i odpoczywał, dysząc przez zaciśnięte zęby, mnąc na piersi improwizowaną koszulę z koca.

Im wyżej pełzł, tym było gorzej. Gdy nie rwało go serce, musiał rozcierać gwałtownie cierpnące ręce i nogi, z których uciekało życie.

Kiedy skulił się w jakiejś bruździe, podwijając zdrętwiałe kończyny pod siebie, usiłując ogrzać je ciepłem własnego ciała, po prostu zgasł. Zatonął w spokojnej, czarnej pustce.

— Obudź się! Nie zasypiaj! — wrzeszczała Cyfral prosto w ucho. — Nie umieraj, bydlaku! W tej chwili przestań zdychać!

— Nie drzyj się tak... — wychrypiał Drakkainen, dziwiąc się brzmieniu własnego głosu. Sam nic nie zrozumiał z tego, co mówi.

— Dalej, ty cholerny klocu! — krzyczała wróżka. — Ruchy! Już niedaleko!

Vuko dźwignął ciało na kolana i ręce, wystawiając je na lodowate powietrze tnące jak bicz. Wydał z siebie głośny charkot i popełzł, następny zdychający smok.

Kiedy dotarł pod skalny nawis, właściwie nic już nie czuł.

I nie pamiętał, jak się tu dostał. Pamiętał jedynie, że zaczął sypać śnieg. Drobny, kłujący, siekł poziomo, niesiony wiatrem.

— Mogło być gorzej — wysapał ledwo słyszalnie Vuko. — Przecież mógł lać deszcz.

A potem było tylko lodowate zimno i śnieg. Na ostatnich metrach nie zaprzątał sobie już głowy czołganiem. I tak nikt go nie zauważy.

— Nie tutaj! — krzyczała uparcie Cyfral. — Stąd cię będzie widać, głupku! Nie, nie tam, tam zamarzniesz! Pod tamtą skałę! Tam jest pieczara! I jest zasłonięta od wiatru! Ruszaj się! Przestań zdychać! Już! Co, nie możesz? Piczku materinu, ruchy!

Tak zwana pieczara miała z półtora metra wysokości i dwa głębokości, ale przynajmniej osłaniała od wiatru. Wpełzł tam, wciąż wlokąc dwie wielkie gałęzie kosówki przywiązane do grzbietu paskiem od manierki i drugim od łubiów. Trzecią gałąź zgubił gdzieś na zboczu. Wpełzł do jamy, słysząc własne chrypliwe jęki, podobne do szlochu, po czym padł bezwładnie na skałę.

W głębi po ścianie sączyła się woda. Podpełzł tam i, przytknąwszy usta do skały, wessał trochę lodowatej wilgoci, zupełnie jakby całował kamień. Zdołał zlizać kilka łyków, a potem opadł na podłoże.

— Nie śpij, durniu! — awanturowała się Cyfral. — Otwórz gały! Podnieś powieki, już!

Powieki ważyły po dwadzieścia kilo. Nie mógł ich podźwignąć, chociaż się starał. W końcu się udało, ale z wysiłkiem, od którego pękała mu czaszka. Nie miało to sensu, bo oczy i tak wywracały się do środka.

— Daj mi spokojnie umrzeć — jęknął, mnąc koszulę na piersiach.

— Krzesz ogień!

— Nie wolno... Zobaczą...

— Gówno zobaczą w tej śnieżycy! Odłam trochę gałązek! Cieńszych! I igły! Więcej!

To było niczym koszmarny sen. Obraz rozmazywał się, palce były jak wyrzeźbione z drewna. Najpierw nie mógł znaleźć krzemieni. Potem nie mógł sobie przypomnieć, co się z nimi robi. Wreszcie zmobilizował się na chwilę. Zestrugał kawałek gałęzi na cienkie wióry, omal nie obcinając sobie palców, ułożył na nich stosik igieł i suchych, żywicznych gałązek. Uderzył kilka razy głowicą noża, krzesząc pęk pachnących prochem iskier.

I zasnął, ukołysany wyciem wiatru.

— To niewiarygodne! — wrzeszczała Cyfral. — Krzeszże ten ogień! Jaja sobie robisz? Jeszcze raz! Na rozpałkę, nie gdzieś po ścianach! Dmuchaj! Dmuchaj na to, nie kaszl, durniu, bo zgasisz! Jeszcze raz! Dmuchaj!

— Żebym cię zaraz nie wydmuchał... — zachrypiał Drakkainen.

— Akurat rzeczywiście jestem na twój rozmiar! — zajazgotała wróżka. — No dmuchaj, bo oboje tu zdechniemy!

Parę iskier rozjaśniło się na chwilę i zaraz przygasło. Później rozjarzyły się znowu. Popłynęła cieniutka smużka dymu.

A potem błysnął płomyk.

— Dokładaj! Nie aż tyle, to nie ma być pieczenie barana!

Drobne gałązki zajęły się, mroczne wnętrze jaskini rozjaśnił ciepły, żółty płomień.

— Dobra, teraz się rozbieraj! Nie dowcipkuj, tylko zdejmuj te mokre szmaty! Chryste Panie, podnieś ten durny łeb! Zasłoń wejście płaszczem! Nie tak, przyciśnij górę kamieniem. Drugą stronę też! Nie ruszaj już tego, bo spadnie! Teraz rozkładaj nóż. No co się gapisz? W rękojeści masz podgrzewacz, przecież się nie rozgrzejesz na dwóch gałązkach kosówki!

Znowu zmusił zdrętwiałe palce do pracy. Znalezienie zatrzasku i rozłożenie masywnej rękojeści wydawało się ponad ludzkie siły.

Kto to tak zaprojektował?

Podgrzewacz był metalowym pudełeczkiem, wyłożonym ceramiczną wkładką kryjącą węglowy sztyft.

Cyfral wrzeszczała, łajała go i płakała ze złości, wreszcie Drakkainenowi udało się wyłuskać podgrzewacz, wydłubać z niego pałeczkę z prasowanego węgla i przyłożyć do pełgających na miniaturowym ognisku płomyków. Rozdmuchał żar, pozwalając maleńkim, posykującym iskrom ogarnąć cały koniec wkładu, pojawiły się płonące jasną czerwienią łaty, potem obwódka jasnego popiołu. Zamknął wkład wewnątrz podgrzewacza i przez jakiś czas pieścił go w dłoniach, czując, że obudowa zaczyna się nagrzewać i w palce boleśnie wraca życie. Umieścił podgrzewacz na splocie słonecznym, przycisnął rzemieniem. Dołożył jeszcze kilka grubszych kawałków kosówki, położył się na tym, co zostało, i zwinął w kłębek wokół ogrzewacza, płonącego mu na brzuchu niczym prywatne, maleńkie słońce.

Śnieg niesiony wichurą zaczął z jednej strony zasypywać wejście do miniaturowej jaskini.

Obudził się, gdy było już ciemno, z całkowitą pewnością, że minęły dwie godziny i czterdzieści minut. Z ogniska została kupka popiołu, ale ogrzewacz wciąż był gorący.

Cyfral jarzyła się cała ciepłym blaskiem, oświetlając wnętrze i łopocącą na wietrze płachtę płaszcza. Śnieg zasypał wejście do połowy, zrobiło się jakby cieplej.

Drakkainen, dygocąc, założył swoją cudaczną koszulę i okręcił się kiltem. Mniej więcej podeschły.

— Słuchaj, ty świecisz...

— Wiem! — warknęła.

— Chodzi o to, czy to jest normalne światło? Inni też je widzą, czy tylko ja?

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)