Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:

Fabryka bezkresnych snów to najlepsza powieść Ballarda; jedna z niewielu naprawdę kultowych książek. To bajeczna przypowieść o znaczeniu i potrzebie marzeń, magii i fantazji w naszym życiu. Przygody Blakea – bohatera książki- mogą być tylko urojeniami chorej wyobraźni, ale też mogły zdarzyć się naprawdę. To nasze życie to przecież mieszanina snów, jawy, fantazji i rzeczywistości. Marzenia są piękne. Sny bywają okrutne. Fantazja jest potrzebna każdemu z nas.
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 51
Перейти на страницу:

Przerażony, uciekłem w popłochu, by schronić się na mojej tajemnej łące. Dotarłszy do grobu, położyłem się, kryjąc poroże pośród martwych kwiatów.

21

JA JESTEM OGNIEM

Gdy się zbudziłem, łąkę wypełniało posępne światło. Przez park nadchodził zmierzch, a między drzewami prze-świecały uliczne latarnie Shepperton. Moje poroże, zbry-zgane nasieniem kopyta i potężne lędźwia zniknęły. Wcie-lony znów w siebie, siedziałem w zalanym szarówką gro-bie. Tajemna altana upośledzonych dzieci lśniła wokół jak rozświetlona nawa boczna w jakiejś zapomnianej katedrze w dżungli. Wycisnąłem pot z ubrania. Tkanina usmarowa-na była krwią i ekskrementami, jak gdybym przez całe po-południe pędził stado dzikich bestii.

Spojrzałem na pełen kwiatów grób, na setki martwych tulipanów i stokrotek, które zebrały dzieci. Dołożyły do nich kolejne części cessny – fragment czubka prawego skrzydła oraz kawałki tkaniny, wyrwane z wnętrza kadłuba i wyrzu-cone na brzeg. Dziecięca konstrukcja zaczęła niebezpiecz-nie przypominać samolot, który jakby odradzał się na nowo wokół mnie.

W głębokiej trawie twarze trojga dzieci połyskiwały ni-czym trzy zamyślone księżyce. Zmartwione oczy Davida popatrywały spod wielkiego czoła, jak gdyby czekając, aż dołączą do nich nieobecne części mózgu. Rysy drobnej twa-rzyczki Rachel migotały pośród mrocznych maków niby zapomniany płomień. Jamie od czasu do czasu pohukiwał w powietrze, przypominając niebu i drzewom, że wciąż jesz-cze istnieje. Dzieci były smutne, ponieważ wyłączyłem je z mojego nowego świata. Czy wiedziały, że niczym pogański bóg potrafię przybrać postać dowolnego stworzenia? Czy widziały mnie jako władcę jeleni, kłusującego na czele sta-da i kopulującego w biegu?

Wstałem i gestem nakazałem im odejść.

– Zabierz Rachel do domu, Davidzie. Jamie, powinni-ście już spać.

Dla ich własnego dobra nie chciałem, by podchodziły do mnie zbyt blisko.

Zostawiłem dzieci w ciemnej trawie przy grobie i ruszy-łem na przełaj przez łąkę w kierunku rzeki. Nocne wody roiły się od ryb – węgorzy o srebrnych grzbietach, szczupa-ków, złocistych karpi, wargaczy i małych rekinów. Mrowie planktonu tworzyło gęste ławice. Wyszedłem na piasek i pozwoliłem wzburzonej wodzie wirować wokół moich bu-tów tenisowych, by spłukać z nich krew i łajno. U moich stóp wślizgnęła się na płyciznę jakaś olbrzymia ryba. Ob-serwując mnie bacznie, pożarła zmyte okruchy, a potem wy-cofała się bezszelestnie na głębinę.

Dach cieplarni obsiadły białe pelikany. Wieczorne po-wietrze rozjaśniały od dołu pióra tysięcy ptaków i jaskrawe płatki tropikalnych kwiatów, które owinęły się wieńcem wokół martwych wiązów, tworząc ogromną koronę, jaką przez chwilę oglądałem po raz pierwszy, kiedy wydostałem się z samolotu.

– Ja jestem ogniem… Ziemią, powietrzem i wodą. Z tych czterech królestw realnego świata wkroczyłem na razie w trzy. Wszedłem już w troje drzwi, pomiędzy ptaki, ryby i ssaki. Teraz pozostało mi tylko wkroczyć w ogień – lecz postać jakiej to dziwnej istoty, zrodzonej do ognia, miałem teraz przybrać?

Na metalowych poręczach pomostu, podtrzymującego wesołe miasteczko, zamigotała latarnia sztormowa, oświe-tlając tysiące ryb w rzece. Stark z latarnią w ręku zeskoczył z wybiegu na ponton stalowej galary, którą zacumował przy pomoście. Ta stara łajba, którą Stark spłynął tu z prądem z jakiegoś zapomnianego strumienia, wyposażona była w sprzęt do połowu włókiem, wciągarkę i dźwig. Nie zważa-jąc na ryby o potężnych grzbietach, tuńczyki i drobne reki-ny, które wyskakiwały z rzeki na wysokość jego kostek, Stark badał metalowy wysięgnik i pokryte rdzą cumy. A więc zamierzał jednak podnieść cessnę z dna i zain-stalować ją jako główną atrakcję swojego nie budzącego zainteresowania cyrku. Skierował latarnię w moją stronę i uderzył mnie snopem światła w twarz, jak gdyby strofując mnie łagodnie za to, że pozostawiłem zatopiony samolot bez opieki. Widziałem przebiegły wyraz jego twarzy. Stark wiedział, że toczymy z sobą niezwykły pojedynek. Dałem mu spokój i poszedłem do domu. Drzwi balko-nowe otwarte były na oścież na ciepło wieczoru, a światło w salonie unosiło się nad płachtami, mającymi chronić sto-ły i kanapy przed kurzem. Przykryte były także wiklinowe meble w cieplarni, długi stół jadalny, krzesła i szafki, a lampy stojące i telefony zostały wyłączone.

Czyżby Miriam i jej matka postanowiły wyjechać, tak przerażone moją zwierzęcą przemianą i czarem, jaki rzuci-łem na Shepperton, że zamknęły dom i uciekły stąd, kiedy spałem na łące? Wbiegając na okryte mrokiem schody, my-ślałem o Miriam i miejscu, jakie wyznaczyłem jej w moich wspaniałych planach. Mój pokój był nietknięty, ale sypial-nię Miriam zaatakował jakiś szalony włamywacz. Ktoś za-rzucił jej kitel na stojące na stoliku lusterko, otworzył le-karską torbę i wytrząsnął zawartość na podłogę. Pod moimi nogami leżały w rozbitym szkle rozmaite fiolki, strzykaw-ki, stetoskop i plik recept.

Ary trzepotały się pierzaście w ciemności, kiedy scho-dziłem z podjazdu. Za drzewami widziałem nad basenem słabe światło, migoczące w oknach kościoła. Witraż okna wschodniego został usunięty i odsłaniał rozjarzone płomie-niem świecy sklepienie sufitu.

Drzwi do zakrystii stały otworem. Księżyc oświetlał ga-bloty ze skamieniałościami. Choć ojciec Wingate odstąpił mi kościół, przepracował tu ciężko cały dzień, rekonstru-ując prymitywne zwierzę latające, którego prastare kości znalazł na plaży. Szkielet miał rozpostarte ramiona, zgrab-ne nogi i delikatne stopy, a jego kości wyszlifował czas. Stworzenie bardziej niż kiedykolwiek przypominało teraz małego, skrzydlatego człowieczka – być może byłem to ja, ja sam, który przeleżałem miliony lat w korycie Tamizy, śpiąc, dopóki we właściwym czasie nie oswobodził mnie spadający samolot. A może cessnę ukradł inny pilot? Na przykład ta widmowa postać, którą widziałem pośród uschłych wiązów… Czy przybrałem jego postać, wychodząc na plażę z miejsca mojego spoczynku na dnie rzeki? Na podłodze nawy paliły się świece w lichtarzu. To tutaj poprzedniego dnia ojciec Wingate i ja przyciągaliśmy ławy do ścian. Za okrytym grubą tkaniną ołtarzem stała pod oknem wschodnim drabina. Ktoś powyjmował witraże i zrzucił je na posadzkę.

Przy ołtarzu stała w szlafroku pani St. Cloud, gestykulu-jąc niepewnie w migotliwym świetle. Miriam siedziała spo-kojnie na porysowanej posadzce, wodząc dłonią wśród ka-wałków rozbitego szkła. Pod jej fartuchem pielęgniarskim widziałem haftowaną spódnicę sukni ślubnej, którą usiło-wała przede mną ukryć, jakby to był strój oblubienicy, roz-poczynającej nowicjat. Wybierała obojętnie okruchy witra-żowego szkła – fragmenty rubinowej aureoli, szat apostol-skich, krzyża i stygmatów, niczym elementy ogromnej ukła-danki, którą zaczęła właśnie porządkować. – Blake, czy mógłbyś mi pomóc…? – Pani St. Cloud uję-ła mnie za ramię, unikając mojego wzroku, zapewne w oba-wie, że mógłby spopielić jej źrenice. – Ojciec Wingate zwa-riował. Miriam próbuje teraz poskładać witraże. Siedzi tu już od kilku godzin. – Pani St. Cloud rozejrzała się bezrad-nie po splądrowanym kościele, a potem zwróciła się do cór-ki. – Miriam, wracaj do domu, kochanie. Inaczej ludzie pomyślą, że jesteś jakąś obłąkaną zakonnicą. – Nie jest zimno, mamo. Czuję się absolutnie szczęśli-wa. – Miriam ze swobodnym uśmiechem uniosła wzrok znad układanki. Wydawała się spokojna, ale świadomie dystan-sowała się od otoczenia, przygotowując się na spełnienie tej nieznanej jeszcze, gwałtownej obietnicy, jaką im wszyst-kim składałem. Choć spoglądała z podziwem na moje po-walane ubranie, widziałem, że tylko wysiłkiem woli po-wstrzymuje chęć, by mnie zaatakować.

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)