Fabryka bezkresnych snów
- Автор: Баллард Джеймс Грэм
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:
Przerażony, uciekłem w popłochu, by schronić się na mojej tajemnej łące. Dotarłszy do grobu, położyłem się, kryjąc poroże pośród martwych kwiatów.
21
Gdy się zbudziłem, łąkę wypełniało posępne światło. Przez park nadchodził zmierzch, a między drzewami prze-świecały uliczne latarnie Shepperton. Moje poroże, zbry-zgane nasieniem kopyta i potężne lędźwia zniknęły. Wcie-lony znów w siebie, siedziałem w zalanym szarówką gro-bie. Tajemna altana upośledzonych dzieci lśniła wokół jak rozświetlona nawa boczna w jakiejś zapomnianej katedrze w dżungli. Wycisnąłem pot z ubrania. Tkanina usmarowa-na była krwią i ekskrementami, jak gdybym przez całe po-południe pędził stado dzikich bestii.
Spojrzałem na pełen kwiatów grób, na setki martwych tulipanów i stokrotek, które zebrały dzieci. Dołożyły do nich kolejne części cessny – fragment czubka prawego skrzydła oraz kawałki tkaniny, wyrwane z wnętrza kadłuba i wyrzu-cone na brzeg. Dziecięca konstrukcja zaczęła niebezpiecz-nie przypominać samolot, który jakby odradzał się na nowo wokół mnie.
W głębokiej trawie twarze trojga dzieci połyskiwały ni-czym trzy zamyślone księżyce. Zmartwione oczy Davida popatrywały spod wielkiego czoła, jak gdyby czekając, aż dołączą do nich nieobecne części mózgu. Rysy drobnej twa-rzyczki Rachel migotały pośród mrocznych maków niby zapomniany płomień. Jamie od czasu do czasu pohukiwał w powietrze, przypominając niebu i drzewom, że wciąż jesz-cze istnieje. Dzieci były smutne, ponieważ wyłączyłem je z mojego nowego świata. Czy wiedziały, że niczym pogański bóg potrafię przybrać postać dowolnego stworzenia? Czy widziały mnie jako władcę jeleni, kłusującego na czele sta-da i kopulującego w biegu?
Wstałem i gestem nakazałem im odejść.
– Zabierz Rachel do domu, Davidzie. Jamie, powinni-ście już spać.
Dla ich własnego dobra nie chciałem, by podchodziły do mnie zbyt blisko.
Zostawiłem dzieci w ciemnej trawie przy grobie i ruszy-łem na przełaj przez łąkę w kierunku rzeki. Nocne wody roiły się od ryb – węgorzy o srebrnych grzbietach, szczupa-ków, złocistych karpi, wargaczy i małych rekinów. Mrowie planktonu tworzyło gęste ławice. Wyszedłem na piasek i pozwoliłem wzburzonej wodzie wirować wokół moich bu-tów tenisowych, by spłukać z nich krew i łajno. U moich stóp wślizgnęła się na płyciznę jakaś olbrzymia ryba. Ob-serwując mnie bacznie, pożarła zmyte okruchy, a potem wy-cofała się bezszelestnie na głębinę.
Dach cieplarni obsiadły białe pelikany. Wieczorne po-wietrze rozjaśniały od dołu pióra tysięcy ptaków i jaskrawe płatki tropikalnych kwiatów, które owinęły się wieńcem wokół martwych wiązów, tworząc ogromną koronę, jaką przez chwilę oglądałem po raz pierwszy, kiedy wydostałem się z samolotu.
– Ja jestem ogniem… Ziemią, powietrzem i wodą. Z tych czterech królestw realnego świata wkroczyłem na razie w trzy. Wszedłem już w troje drzwi, pomiędzy ptaki, ryby i ssaki. Teraz pozostało mi tylko wkroczyć w ogień – lecz postać jakiej to dziwnej istoty, zrodzonej do ognia, miałem teraz przybrać?
Na metalowych poręczach pomostu, podtrzymującego wesołe miasteczko, zamigotała latarnia sztormowa, oświe-tlając tysiące ryb w rzece. Stark z latarnią w ręku zeskoczył z wybiegu na ponton stalowej galary, którą zacumował przy pomoście. Ta stara łajba, którą Stark spłynął tu z prądem z jakiegoś zapomnianego strumienia, wyposażona była w sprzęt do połowu włókiem, wciągarkę i dźwig. Nie zważa-jąc na ryby o potężnych grzbietach, tuńczyki i drobne reki-ny, które wyskakiwały z rzeki na wysokość jego kostek, Stark badał metalowy wysięgnik i pokryte rdzą cumy. A więc zamierzał jednak podnieść cessnę z dna i zain-stalować ją jako główną atrakcję swojego nie budzącego zainteresowania cyrku. Skierował latarnię w moją stronę i uderzył mnie snopem światła w twarz, jak gdyby strofując mnie łagodnie za to, że pozostawiłem zatopiony samolot bez opieki. Widziałem przebiegły wyraz jego twarzy. Stark wiedział, że toczymy z sobą niezwykły pojedynek. Dałem mu spokój i poszedłem do domu. Drzwi balko-nowe otwarte były na oścież na ciepło wieczoru, a światło w salonie unosiło się nad płachtami, mającymi chronić sto-ły i kanapy przed kurzem. Przykryte były także wiklinowe meble w cieplarni, długi stół jadalny, krzesła i szafki, a lampy stojące i telefony zostały wyłączone.
Czyżby Miriam i jej matka postanowiły wyjechać, tak przerażone moją zwierzęcą przemianą i czarem, jaki rzuci-łem na Shepperton, że zamknęły dom i uciekły stąd, kiedy spałem na łące? Wbiegając na okryte mrokiem schody, my-ślałem o Miriam i miejscu, jakie wyznaczyłem jej w moich wspaniałych planach. Mój pokój był nietknięty, ale sypial-nię Miriam zaatakował jakiś szalony włamywacz. Ktoś za-rzucił jej kitel na stojące na stoliku lusterko, otworzył le-karską torbę i wytrząsnął zawartość na podłogę. Pod moimi nogami leżały w rozbitym szkle rozmaite fiolki, strzykaw-ki, stetoskop i plik recept.
Ary trzepotały się pierzaście w ciemności, kiedy scho-dziłem z podjazdu. Za drzewami widziałem nad basenem słabe światło, migoczące w oknach kościoła. Witraż okna wschodniego został usunięty i odsłaniał rozjarzone płomie-niem świecy sklepienie sufitu.
Drzwi do zakrystii stały otworem. Księżyc oświetlał ga-bloty ze skamieniałościami. Choć ojciec Wingate odstąpił mi kościół, przepracował tu ciężko cały dzień, rekonstru-ując prymitywne zwierzę latające, którego prastare kości znalazł na plaży. Szkielet miał rozpostarte ramiona, zgrab-ne nogi i delikatne stopy, a jego kości wyszlifował czas. Stworzenie bardziej niż kiedykolwiek przypominało teraz małego, skrzydlatego człowieczka – być może byłem to ja, ja sam, który przeleżałem miliony lat w korycie Tamizy, śpiąc, dopóki we właściwym czasie nie oswobodził mnie spadający samolot. A może cessnę ukradł inny pilot? Na przykład ta widmowa postać, którą widziałem pośród uschłych wiązów… Czy przybrałem jego postać, wychodząc na plażę z miejsca mojego spoczynku na dnie rzeki? Na podłodze nawy paliły się świece w lichtarzu. To tutaj poprzedniego dnia ojciec Wingate i ja przyciągaliśmy ławy do ścian. Za okrytym grubą tkaniną ołtarzem stała pod oknem wschodnim drabina. Ktoś powyjmował witraże i zrzucił je na posadzkę.
Przy ołtarzu stała w szlafroku pani St. Cloud, gestykulu-jąc niepewnie w migotliwym świetle. Miriam siedziała spo-kojnie na porysowanej posadzce, wodząc dłonią wśród ka-wałków rozbitego szkła. Pod jej fartuchem pielęgniarskim widziałem haftowaną spódnicę sukni ślubnej, którą usiło-wała przede mną ukryć, jakby to był strój oblubienicy, roz-poczynającej nowicjat. Wybierała obojętnie okruchy witra-żowego szkła – fragmenty rubinowej aureoli, szat apostol-skich, krzyża i stygmatów, niczym elementy ogromnej ukła-danki, którą zaczęła właśnie porządkować. – Blake, czy mógłbyś mi pomóc…? – Pani St. Cloud uję-ła mnie za ramię, unikając mojego wzroku, zapewne w oba-wie, że mógłby spopielić jej źrenice. – Ojciec Wingate zwa-riował. Miriam próbuje teraz poskładać witraże. Siedzi tu już od kilku godzin. – Pani St. Cloud rozejrzała się bezrad-nie po splądrowanym kościele, a potem zwróciła się do cór-ki. – Miriam, wracaj do domu, kochanie. Inaczej ludzie pomyślą, że jesteś jakąś obłąkaną zakonnicą. – Nie jest zimno, mamo. Czuję się absolutnie szczęśli-wa. – Miriam ze swobodnym uśmiechem uniosła wzrok znad układanki. Wydawała się spokojna, ale świadomie dystan-sowała się od otoczenia, przygotowując się na spełnienie tej nieznanej jeszcze, gwałtownej obietnicy, jaką im wszyst-kim składałem. Choć spoglądała z podziwem na moje po-walane ubranie, widziałem, że tylko wysiłkiem woli po-wstrzymuje chęć, by mnie zaatakować.