Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
Koharow siedział na podłodze w nogach łóżka, na którym umieszczone pod kocem tobołki udawały śpiącego człowieka. Marud stał cierpliwie za drzwiami, Sierżant czekał za ścianą, w pokoju bliżej schodów. Strasznie dużo ludzi do schwytania jednego szpicla, ale nie chciał ryzykować. Gdy już będzie po wszystkim, obiecywał sobie, że spali tę przeklętą kopertę ze wszystkim, co zawierała. Jako przynęta mogła ich wszystkich kosztować zbyt wiele. Z nadejściem nocy wreszcie się nieco ochłodziło. Nie za mocno, tyle tylko, że zamiast upalnie było teraz gorąco. Za to nad ranem zrobi się wcale przyjemnie. Na chwilę. Koharow dobrze już do tego wszystkiego przywykł.
Za drzwiami coś nieznacznie zaszeleściło. Nie miały zamka, a jedynie zasuwkę z prostą blokadą. Koharow zastanawiał się, jak też sobie włamywacz z nią poradzi. Ani się spostrzegł, a drzwi stały otworem. Nikogo nie mógł dostrzec, dobiegł go tylko zapach dymu, tytoniu i koni. Nieznaczne skrzypnięcie podłogi. Jakim cudem włamywacz dawał radę poruszać się tak cicho? Przecież pod nim te same deski koncertowały, aż świdrowało w zębach. Ktoś, a raczej jedynie czyjś cień, podkradł się do łóżka i Koharow odgadł, że tamten planował go nie tylko okraść, ale przy tym i zamordować. Ścisnął w ręku napełniony piaskiem podłużny płócienny worek. Bicie własnego serca niemalże go ogłuszało. Na tle nieba jaśniejącego w otwartym oknie zamajaczyła zgarbiona postać - teraz!
Zamachnął się, ale cios jakoś ominął cel i z pełną siłą trafił w ramię. Zabójca błyskawicznie uskoczył i Koharow zdołał jedynie złapać go za gardło i wskoczyć na plecy. Zagryzł z bólu zęby, kiedy ostrze rozharatało mu przedramię, jednak nie puścił, a nawet zdołał wepchnąć w krzyż przeciwnika kolano. Całym ciałem targnął w tył. Nie udało mu się jednak złamać tamtemu kręgosłupa, jak miał nadzieję, zamiast tego obaj padli na ziemię. Kawałek się przeturlali, a wtedy Koharow zyskał dogodną pozycję, w której mógł wreszcie docisnąć przeciwnika do desek podłogi, wyduszając dech z jego piersi. Nagle przywalił go jakiś ciężar, a twarz zalało mu coś ciepłego.
Krew, domyślił się natychmiast, ale czyja? Ilu ich tu było, do jasnej cholery? Tupot na schodach. Nie przestawał dusić i napierać na kręgosłup, tamten wprawdzie próbował Koharowa wciąż jeszcze dźgać, ale z każdym atakiem ubywało mu energii. Wreszcie przestał całkiem. Ciało w rękach Koharowa zwiotczało. Równocześnie usłyszał, jak ktoś krzyknął, potem gdzieś na korytarzu zadźwięczała stal. Poza zasięgiem Koharowa, więc póki co dla pewności zebrał się w sobie i naparł raz jeszcze. Kręgosłup niedoszłego zabójcy wreszcie z trzaskiem puścił.
Nagle uleciały z niego wszystkie siły. Nie zdołał nawet zrzucić z siebie brzemienia, które cisnęło ku ziemi. Zasyczała lampa, kątem oka dostrzegł żółtą poświatę, chwilę później ktoś odwalił z niego martwy ciężar. Napotkał zatroskane spojrzenie Maruda, który właśnie ściągał z pleców dowódcy trupa z poderżniętym gardłem.
- Cały jesteś? - spytał Marud cicho.
- Ta krew to nie moja. Przynajmniej nie cała - odpowiedział Koharow, podnosząc się ostrożnie. - Temu też już wystarczy. - Wskazał na swojego przeciwnika. Wszystko rozegrało się tak błyskawicznie… - Było ich dwóch - skonstatował.
- Trzech - dobiegło z korytarza.
A, prawda, przypomniał sobie.
W świetle pojawił się Sierżant z nożem w ręku. Ostrze miało charakterystyczną rdzawą barwę. Koharow kiwnął głową. Gdyby nie byli tak dobrze wyćwiczeni, już można by na nich krzyżyk położyć. Zaatakowali ich doświadczeni zabójcy, którzy nie chcieli pozostawić po sobie żadnych śladów.
- A jak z tobą? - spytał Maruda, który trzymał się za rękę.
- Tylko mnie trącił. Na szczęście miałem sztylet w ręku, z tym sobie rady już nie dał.
Wszyscy trzej nasłuchiwali chwilę. Nawet jeśli nocna bijatyka kogoś obudziła, nikt nie wykazywał zainteresowania.
- No to teraz musimy pozbyć się ciał - stwierdził Sierżant.
- Będziemy kopać aż do świtu - westchnął z niechęcią Marud.
- Podrzucimy je komuś na wóz, pod ładunek - zaproponował Koharow. - Zorientują się dopiero, jak im zacznie porządnie cuchnąć.
Pozostali uśmiechnęli się wesoło. No to pierwszy rozkaz Baklego udało im się wykonać.
W chwili, kiedy wynosili trzecie ciało, trzasnęły nagle drzwi, z gospody wypadł jakiś człowiek, przebiegł przez ulicę i zniknął po drugiej stronie między domami. Zaraz potem zatrzeszczało drewno, ściana stajni zmieniła się w chmurę drzazg i na ulicy pojawił się Bakly. Koharow odruchowo sięgnął po miecz. Sama sylwetka tego człowieka niosła ze sobą groźbę. Za żadną cenę nie chciałby się znaleźć w sytuacji, w której musi mu stawić czoła. Szans nie miałby żadnych, ale przecież należałoby przynajmniej spróbować. Chwilę później, choć nic konkretnego się nie wydarzyło, poczucie niebezpieczeństwa bijące od wielkiego mężczyzny jakoś się rozproszyło.
- Co się stało? - zagrzmiał Bakly basowo.
- Sidła się zatrzasnęły, szpiedzy zlikwidowani - wyjaśnił Sierżant.
- To dobrze. - Bakly kiwnął głową, jednak ton jego głosu sugerował coś zgoła przeciwnego. - Ktoś mi ukradł Czerwoną Gwiazdę - wyjaśnił po chwili.
Koharow nie miał pojęcia, czym była Czerwona Gwiazda, lecz powstrzymał się od pytań.
- Przebiegł tuż obok nas. Dużej przewagi nie ma. - Zrozumiał nagle, co właśnie tutaj zaszło.
- Musiał mnie śledzić przez całą drogę - zastanawiał się Bakly na głos.
Czymkolwiek ta Czerwona Gwiazda była, musiała przedstawiać dla Baklego znaczną wartość i Koharowowi zaczynało świtać, że być może była wręcz powodem, dla którego się tu znaleźli.
- Mamy go gonić? - spytał.
- Rano, teraz nie ma sensu - odparł Bakly i siadł na drewnianych schodach wiodących do najbliższego domu, jakby zamierzał tam już poczekać na świt.
- To my tylko pozbędziemy się tych partaczy i zaraz będziemy z powrotem - rzucił Sierżant i wrócił do przerwanej pracy.
Po pierwszych kilkuset metrach Egever zdusił w sobie wreszcie paniczne ataki strachu i zwolnił tempo na takie, które mógł utrzymać przez kilka godzin, a gdyby zwolnił jeszcze bardziej, to nawet i dni. To właśnie w ten sposób zdołał dotrzeć za tłuściochem i dziewczyną aż tutaj. Wspomnienie sprawiło, że jego serce znów zabiło jak szalone. To był najlepszy dzień jego życia, szczęście sprzyjało mu jak jeszcze nigdy dotąd. Długo się łamał nad tą pierwszą kradzieżą, coś mu w tym wszystkim nie pasowało, a potem i tak okazało się, że kopertą zainteresowani byli też inni. Co istotne, było ich więcej i wyglądali dalece zbyt niebezpiecznie, aby im wchodzić w drogę. Jednak nawet to nie uchroniło ich przed marnym końcem, Egever wiedział już, że koperta to tylko podpucha. To jednak okazało się gwarantem jego sukcesu. To oraz ten nieokreślony niepokój, który nakazał mu przed akcją ściągnąć koszulę i nasmarować się oliwą. Tylko dzięki temu zdołał się wyrwać z uścisku, kiedy okazało się, że grubas wcale nie spał.
W zdradliwym blasku księżyca nie dostrzegł na czas zagłębienia i o mało nie skręcił sobie kostki. Wystarczy już, musiał być przecież wystarczająco daleko, uspokajał sam siebie. Pół kilometra dalej wreszcie się zatrzymał. Postanowił przeczekać do świtu, między łagodnymi pagórkami mógł się ukryć całkiem łatwo. Poza tym pieszego znacznie trudniej tropić niż jeźdźca. A już zwłaszcza tak lekkonogiego jak on.
Stał spokojnie, z rękoma zwieszonymi luźno po bokach i wpatrywał się w gwiazdy, które tak bardzo mu dziś sprzyjały. Na twarz powoli wypełzł mu uśmiech. A może by tak sprawdzić, o co ten cały raban? No bo jak to tak? Obrabować bank i nawet nie wiedzieć, z czego? Z podróżnej sakwy wyciągnął skórzany mieszek. Nie odważył się jednak rozpalić ognia, ani nawet zaświecić małej lampy, toteż zaczął swoją zdobycz badać na dotyk. Skórę pokrywały skomplikowane ni to wzory, ni to symbole. Jeśli miało to być pismo, to Egever nie miał pojęcia, w jakim języku. Do tego dochodziły jakieś wyszywania. W środku złodziej bez trudu namacał duży, najpewniej drogocenny, kamień. Może szmaragd albo diament? Czy jednak był wystarczająco cenny, aby się wszyscy tak o niego zabijali? Widać tak. Mieszka nie dało się otworzyć, zaszyty został cienkim drutem. Egever chwilę się wahał, wreszcie sięgnął po nóż. Ciekawość nie dawała mu spokoju, chciał wiedzieć, co tak naprawdę ukradł. Szkoda tylko, że będzie musiał czekać aż do rana, żeby w pełni nacieszyć oczy.