Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
W samochodach, jak we wszystkim, też obowiązywała hierarchia. Orpo musiało się zadowolić blaszanymi oplami. Kripo miało do dyspozycji volkswageny — czterodrzwiową wersję oryginalnego robotniczego KdF-wagena, produkowanego w milionach egzemplarzy w zakładach w Fallersieben. Gestapo było jeszcze mądrzejsze. Jego funkcjonariusze używali BMW 1800 — złowrogiej maszyny z podrasowanym silnikiem i matowoszarą karoserią.
Siedząc na tylnym siedzeniu obok Maxa Jaegera, March nie spuszczał oczu z człowieka, który ich aresztował. Kiedy wyszli z piwnicy, dowódca obławy na mieszkanie Stuckarta powitał ich idealnym narodowosocjalistycznym salutem. „Sturmbannführer Karl Krebs, Gestapo!” Marchowi nic to nie mówiło. Dopiero teraz w BMW rozpoznał go z profilu. Krebs był jednym z dwóch oficerów SS, którzy towarzyszyli Globusowi w willi Buhlera.
Miał mniej więcej trzydzieści lat i pociągłą inteligentną twarz. Gdyby nie mundur, nie sposób było zgadnąć, czym się zajmuje: mógł być prawnikiem, bankierem, eugenikiem, katem. Tak właśnie wyglądali teraz młodzi ludzie w jego wieku. Schodzili z linii produkcyjnych Deutsches Jungvolk, Hitlerjugend, Reichsarbeitsdienst[3] i Kraft durch Freude. Słuchali tych samych przemówień, uczyli się na pamięć tych samych sloganów, jedli te same jednodaniowe posiłki Pomocy Zimowej. Byli końmi pociągowymi reżimu — nie znający innego autorytetu poza partią, banalni i niezawodni jak volkswageny Kripo.
Samochód zatrzymał się. Krebs prawie natychmiast znalazł się na zewnątrz i otworzył przed nimi drzwi.
— Proszę tędy, panowie.
March wygramolił się z samochodu i spojrzał na ulicę. Krebs bawił się w uprzejmości, ale z drugiego BMW, które zatrzymało się dziesięć metrów z tyłu, jeszcze w biegu wyskoczyli uzbrojeni tajniacy. Tak to właśnie wyglądało od chwili, kiedy odnaleziono ich w schronie przy Fritz-Todt Platz. Żadnego bicia kolbami w brzuch, żadnych przekleństw i kajdanków. Zadzwoniono po prostu na komendę i poproszono ich o udanie się na Gestapo w celu „dalszego przedyskutowania sprawy”. Krebs nalegał również, żeby oddali broń. Zachowywał się grzecznie, ale pod tą grzecznością czaiła się groźba.
Siedziba Gestapo znajdowała się w dostojnym pięciopiętrowym wilhelmińskim gmachu, kórego fasada wychodziła na północ i nigdy nie oglądała słońca. Dawno temu, w czasach Republiki Weimarskiej, w przypominającym muzeum budynku mieściła się berlińska Akademia Sztuk Pięknych. Kiedy przejęła go tajna policja, studentom kazano spalić na dziedzińcu ich modernistyczne malowidła. We wszystkich oknach wisiały teraz grube firanki: zabezpieczenie przed atakiem terrorystów. Za nimi niczym we mgle jarzyły się kule żyrandoli.
March postawił sobie za punkt honoru nigdy w życiu nie przekroczyć progu tego budynku i do tej pory mu się to udało. Trzy kamienne schodki prowadziły do holu wejściowego. Po pokonaniu kilku kolejnych stopni wchodziło się do obszernego sklepionego westybulu: czerwony dywan na kamiennej posadzce, dudniące niczym w katedrze echo kroków. Panował tu ożywiony ruch. W środku nocy w Gestapo zawsze panował ożywiony ruch. Z głębi budynku dobiegało stłumione echo dzwoniących telefonów, odgłosy kroków, czyjeś gwizdnięcie i krzyk. Otyły mężczyzna w mundurze Obersturmführera podniósł na chwilę wzrok i przyjrzał się im bez zbytniego zainteresowania.
Ruszyli korytarzem ozdobionym swastykami i marmurowymi popiersiami partyjnych przywódców — Göringa, Goebbelsa, Borman-na, Franka, Leya i całej reszty. Wszyscy upozowani byli na rzymskich senatorów. March słyszał za sobą stąpanie uzbrojonych tajniaków. Spojrzał na Jaegera, ale Max zacisnął szczęki i wpatrywał się prosto przed siebie.
Kolejne schody, następny korytarz. Dywan ustąpił miejsca linoleum. Ściany były obdrapane. March domyślił się, że są teraz na drugim piętrze, gdzieś na tyłach budynku.
— Zechcą panowie chwilę poczekać — powiedział Krebs. Otworzył masywne drewniane drzwi i ustąpił, żeby ich przepuścić. Zamigotała jarzeniówka. — Kawy?
— Nie, dziękuję.
Za chwilę już go nie było. Kiedy zamykał drzwi, March zobaczył, jak jeden ze strażników staje ze skrzyżowanymi na piersi rękoma na posterunku na korytarzu. Spodziewał się usłyszeć zgrzyt obracającego się w zamku klucza, ale nie dobiegł go żaden dźwięk.
Umieszczono ich w jednym z pokojów przesłuchań. Pośrodku stał prosty drewniany stół, po jego obu stronach dwa krzesła. Sześć innych ustawiono pod ścianami. Naprzeciwko małego okna wisiała oprawiona w tanią plastikową ramę reprodukcja portretu Reinharda Heydricha pędzla Josefa Vietze’a. Na podłodze widać było małe brązowe plamy. Przypominały Marchowi zaschniętą krew.
Przy Prinz-Albrecht Strasse biło czarne serce Niemiec; ulica była tak samo sławna jak aleja Zwycięstwa i Wielki Pałac, choć nie kursowały nią turystyczne autobusy. Pod numerem ósmym: Gestapo. Pod dziewiątym: osobista kwatera Heydricha. Za rogiem: Prinz-Albrecht Palast, w którym mieściła się siedziba SD, wewnętrznego wywiadu partii. Wszystkie gmachy połączone były ze sobą siecią podziemnych przejść.
Jaeger mruknął coś i opadł ciężko na krzesło. March nie bardzo wiedział, co powiedzieć, wyjrzał więc przez okno. Roztaczał się z niego widok na ciągnące się za gmachem Gestapo tereny parkowe — ciemne kępy krzaków, atramentowe plamy trawników, bezlistne, skierowane ku niebu gałęzie lip. Po prawej stronie widać było za nagimi drzewami wzniesiony z betonu i szkła, zaprojektowany przez żydowskiego architekta Mendelsohna budynek Europa-Haus. Partia oszczędziła go, aby świadczył o „pigmejskiej wyobraźni” autora; rzucony pomiędzy granitowe monolity Speera sprawiał wrażenie zabawki. Xavier przypomniał sobie niedzielny podwieczorek z Pilim w położonej na dachu Europa-Haus kawiarni. Piwo imbirowe i Obsttorte mit Sahne, mała orkiestra dęta, grająca — cóż by innego — wiązankę melodii z „Wesołej wdówki”, starsze kobiety w swoich wymyślnych niedzielnych kapeluszach, ich małe zakrzywione palce zaciśnięte na kruchej porcelanie.
Większość obecnych z rozmysłem odwracała wtedy wzrok od widocznych za drzewami czarnych gmachów. Dla innych bliskość Prinz-Albrecht Strasse dostarczała dreszczyku emocji niczym piknik nie opodal więzienia. Na dole, w kazamatach Gestapo praktykowano to, co w żargonie Ministerstwa Sprawiedliwości nazywało się „przesłuchaniem przy użyciu środków zaostrzonych”. Cywilizowani urzędnicy w swoich ciepłych gabinetach wprowadzili pewne ograniczenia: od jakiegoś czasu w przesłuchaniu musiał uczestniczyć lekarz. Przed kilkoma tygodniami rozmawiali o tym na Werderscher Markt. Ktoś słyszał plotki o najnowszym pomyśle katów: do penisa przesłuchiwanego wsuwali cienki szklany cewnik, który następnie rozgniatali na miazgę.
March potrząsnął głową i ścisnął palcami grzbiet nosa. Próbował zebrać myśli.
Zostawił za sobą wyraźne ślady. Właściwie każdy z nich mógł sprowadzić Gestapo do apartamentu Stuckarta. Poprosił w archiwum o jego dossier. Dyskutował na temat sprawy z Fiebesem. Zadzwonił do domu Luthera. Wyszedł na poszukiwanie Charlotte Maguire.
Niepokoił się o Amerykankę. Nawet jeśli udało jej się wymknąć z Fritz-Todt Platz, Gestapo mogło w każdej chwili zgarnąć ją w domu. „Kilka rutynowych pytań, Fräulein Maguire. Co jest w tej kopercie? Jak weszła pani w jej posiadanie? Proszę opisać człowieka, który otworzył sejf…” Była twarda, cechowała ją specyficzna aktorska pewność siebie, ale w ich rękach nie wytrzymałaby nawet pięciu minut.
Oparł czoło o chłodną szybę. Okna były zamknięte na głucho. Od podwórka dzieliło go marne piętnaście metrów.
3
Reichsarbeitsdienst — obowiązkowe młodzieżowe hufce pacy (przyp. tłum.)