Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
— Ale potem pojawia się pan i zaczyna szukać.
— Jestem z tych ciekawskich.
— Najwyraźniej. — Ponownie się uśmiechnęła. — Więc Stuckarta zastrzelono, a mordercy próbowali upozorować samobójstwo?
— Istnieje taka możliwość.
Pożałował tych słów w tej samej chwili, kiedy je wymówił.
Opowiedział jej na temat śmierci Stuckarta więcej, niż to było rozsądne. Widział teraz w jej oczach iskierki kpiny. Zły był na samego siebie, że ją zlekceważył. Cechował ją ów specyficzny spryt, którym odznaczają się dziennikarze i kryminaliści. Zastanawiał się, czy może nie odwieźć jej do baru i nie kontynuować śledztwa samemu, ale po chwili odrzucił ten pomysł. To nie miało sensu. Żeby dowiedzieć się, co się stało, musiał zobaczyć to jej oczyma. Zapiął kurtkę munduru.
— Teraz musimy przyjrzeć się bliżej apartamentowi towarzysza Stuckarta.
Z satysfakcją odnotował, że uśmiech natychmiast znikł z jej twarzy. Mimo to wcale nie protestowała. Kiedy wspinali się po schodach na parter, przyszło mu do głowy, że zależy jej na obejrzeniu mieszkania Stuckarta prawie tak samo jak jemu.
Na czwarte piętro pojechali windą. Kiedy wysiadali, usłyszał dochodzący z lewej strony odgłos otwieranych drzwi. Pociągnął Amerykankę za ramię i schował się razem z nią za rogiem. Po paru sekundach wyjrzał na zewnątrz i zobaczył idącą w stronę windy, ubraną w futrzaną czapkę kobietę w średnim wieku. Na ręku niosła małego psa.
— Ściska mi pan ramię.
— Przepraszam.
Bał się własnego cienia. Kobieta powiedziała coś cicho do psa i zniknęła w windzie. March zastanawiał się, czy Globus odebrał już Fiebesowi akta Stuckarta i czy odkrył brak kluczy. Będą się musieli pospieszyć.
Drzwi apartamentu Stuckarta opieczętowano tuż obok klamki czerwonym lakiem. Data była dzisiejsza. Dołączona notka informowała wszystkich ciekawych, że lokal znajduje się obecnie pod jurysdykcją Geheime Staatspolizei, Gestapo, i że wstęp jest surowo wzbroniony. March założył parę cienkich skórzanych rękawiczek i złamał pieczęć. Klucz lekko obrócił się w zamku.
— Niech pani niczego nie dotyka — polecił.
W środku panował przepych podobny do tego, który uderzył ich w holu: pozłacane ramy luster, stylowe, stojące na rzeźbionych nogach stoły i krzesła, jasne beże adamaszkowych obić, królewski błękit perskich dywanów. Wojenne trofea, łupy imperium.
— Teraz proszę mi jeszcze raz opowiedzieć, co się stało.
— Portier otworzył drzwi i weszliśmy razem do przedpokoju. — Zadrżała i zaczęła mówić trochę głośniej. — Nikt nie odpowiedział na jego wołanie, więc ruszyliśmy dalej. Te drzwi otworzyłam pierwsze.
Takie łazienki March oglądał tylko w ilustrowanych magazynach. Biały marmur, przydymione lustra, wbudowana w podłogę wanna, dwie bliźniacze umywalki ze złotymi kranami… Znać było tutaj, pomyślał, rękę Marii Dymarski — przerzucającej kartki niemieckiej wersji „Vogue” u fryzjera z Kurfürstendammu, który farbował jej polskie odrosty na aryjski, regulaminowy kolor blond.
— Potem weszłam do salonu…
March zapalił światło. Jedną ścianę w całości zajmowały wysokie okna, z których rozciągał się widok na plac. Na pozostałych trzech wisiały wielkie lustra. Gdzie się nie obejrzał, widział odbicia swoje i dziewczyny: czarny mundur i błyszczący niebieski płaszcz dziwacznie wyglądające na tle antyków. Wszędzie otaczały ich nimfy. Pozłacane nimfy tuliły się do luster, odlane z brązu nimfy podtrzymywały lampy i zegary. Nimfy na obrazach i w formie posągów; nimfy leśne i wodne; Amfitryta i Tetyda.
— Usłyszałam, jak krzyczy. Pobiegłam na pomoc.
March otworzył drzwi sypialni. Amerykanka odwróciła głowę. W półmroku krew wydaje się czarna. Ściany i sufit znaczyły podobne do cieni drzew powykręcane i groteskowe ciemne smugi.
— Leżeli na łóżku, tak? Kiwnęła głową.
— Co pani zrobiła?
— Zadzwoniłam na policję.
— Gdzie był wtedy portier?
— W łazience.
— Popatrzyła pani na nich jeszcze raz?
— A jak pan myśli?
Przesłoniła gniewnie rękawem oczy.
— W porządku, Fräulein. Wystarczy. Niech pani zaczeka w salonie.
Ludzkie ciało zawiera pięć litrów krwi; dosyć, żeby wymalować duży apartament. Starając się nie patrzeć na łóżko i ściany zabrał się do roboty — otworzył wszystkie szafy, sprawdził podszewkę każdej sztuki garderoby, zanurzył rękę w każdej kieszeni. W następnej kolejności zabrał się do szafek przy łóżku. Nie były zamknięte na klucz i przeszukano je już wcześniej. Zawartość szuflad została opróżniona i wciśnięta byle jak z powrotem: typowa niechlujna robota gliniarzy z Orpo, którzy na ogół zacierali więcej śladów, niż odnajdywali.
Nic, absolutnie nic. Czyżby niepotrzebnie podjął całe ryzyko?
Klęczał właśnie na kolanach, sięgając ręką pod łóżko, kiedy doszedł go dźwięk pozytywki. Melodię rozpoznał już po sekundzie.
— Przepraszam — powiedziała, kiedy wyskoczył z sypialni. — Nie powinnam była tego dotykać.
Odebrał jej ostrożnie bombonierkę i zamknął wieko.
— Gdzie to było?
— Na stole.
Ktoś otworzył nadeszła w ciągu ostatnich trzech dni pocztę Stuckarta, elegancko rozcinając koperty i wyjmując z nich listy. Leżały wszystkie obok telefonu. Wchodząc wcale ich nie zauważył. Jak mógł się tak zagapić? Czekoladki były opakowane zupełnie tak samo jak bombonierka Buhlera i nadane z Zurychu w poniedziałek o godzinie szesnastej.
Nagle zobaczył, że Amerykanka trzyma w ręku nóż do papieru.
— Mówiłem, żeby nic pani nie dotykała.
— Powiedziałam: przepraszam.
— Myśli pani, że to zabawa? — Jest jeszcze bardziej szurnięta ode mnie, pomyślał. — Zaraz pani stąd wyjdzie. — Próbował ją złapać, ale wyślizgnęła się.
— Nie ma mowy. — Cofnęła się, celując w niego nożem. — Coś mi się wydaje, że mam takie samo prawo tu przebywać jak pan. Jeśli spróbuje mnie pan wyrzucić, narobię takiego wrzasku, że zbiegnie się tutaj całe berlińskie Gestapo.
— Pani ma nóż, ale ja mam pistolet.
— Ale pan nie ośmieli się go użyć.
Xavier przesunął ręką po włosach. Wydawało ci się, że jesteś taki mądry, pomyślał, odnajdując ją i sprowadzając tutaj z powrotem. A przez cały czas to ona wodziła cię za nos. Chciała tutaj wrócić, chciała coś odnaleźć. Zrobiła z ciebie idiotę.
— Okłamała mnie pani — powiedział.
— A pan mnie. Jesteśmy kwita.
— To jest niebezpieczne. Nie ma pani pojęcia, jak bardzo…
— Wiem tylko tyle, że moja kariera zakończyła się z powodu tego, co wydarzyło się w tym apartamencie. Kiedy wrócę do Nowego Jorku, mogą mnie wylać z roboty. Wydalają mnie z tego cholernego kraju i chcę przynajmniej wiedzieć dlaczego.
— Skąd mam wiedzieć, że mogę pani ufać?
— A ja skąd mam wiedzieć, że mogę ufać panu?
Stali tak naprzeciwko siebie może przez minutę: on z dłonią we włosach, ona z wycelowanym w niego srebrnym nożem do papieru. Na dworze, po drugiej stronie placu, zegar zaczął wybijać godzinę. March spojrzał na zegarek. Była dziesiąta.
— Nie mamy czasu — powiedział szybko. — To są klucze do mieszkania. Ten jest do drzwi na dole. Ten do drzwi wejściowych. Ten pasuje do szafki przy łóżku. Ten — podniósł do góry ostatni klucz — jest, jak sądzę, do sejfu. Gdzie tu może być sejf?