Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Wycofywać się! — krzyknął. — Do obozu! Zachować porządek!
Marek usłyszał okrzyk księcia, ale nie był pewien, czy dobrze go zrozumiał. Między sobą Namdalajczycy używali dialektu bardzo różniącego się od videssańskiego, którym mówiono w Imperium. Lecz wkrótce trybun zorientował się, jaki rozkaz wydał Drax, gdyż napór zelżał na całej linii. Żołnierze Duchy przerwali walkę i zaczęli odwrót. Zrobili to wprawnie. Znali się na swoim fachu. Nie dali legionistom sposobności zadania dużych szkód.
Trybun nie ścigał ich daleko. Kierował się tą samą zasadą co Drax: nie chciał bez potrzeby tracić ludzi. Poza tym pomysł, by piechota ścigała jazdę, nie wydawał się najlepszy. Gdyby Namdalajczycy przeprowadzili kontratak, mogliby odciąć i wybić jego niewielki oddział. W luźnym szyku Rzymianie byliby bezbronni wobec zaprawionych w bojach konnych lancetników.
Kawaleria Gavrasa i Khatrishe gonili ludzi Sphrantzesa przez jakąś milę, próbując przeobrazić odwrót w druzgoczącą klęskę. Ponieważ jednak Rzymianie nie przyłączyli się do pościgu, Namdalajczycy i nomadzi przewyższali ich liczebnie. Wycofywali się w karnym porządku.
Skaurus spojrzał w niebo i zdumiał się. Słońce, które niedawno świeciło mu prosto w twarz, znajdowało się teraz nisko na zachodzie. Marek uświadomił sobie, że jest zmęczony, głodny i spragniony jak videssański płaskowyż latem. W dodatku odczuwał jeszcze jedną pilną potrzebę. Cięcie na ręce, o którym nie pamiętał, zaczęło pulsować, tym bardziej że spływał na nie pot. Marek zgiął palce i stwierdził, że ścięgna są nienaruszone.
Legioniści przystąpili do ograbiania poległych wrogów. Inni podrzynali gardła rannym koniom i ciężko rannym Namdalajczykom. Wrogów z lżejszymi obrażeniami opatrywano tak samo jak Rzymian. Istniała możliwość otrzymania za nich okupu i dlatego byli cenniejsi żywi niż martwi.
Poważnie rannych Rzymian znoszono do obozu, gdzie zajmowali się nimi Gorgidas i Nepos. Marek zobaczył, że gruby kapłan dyryguje garstką kobiet, które czyściły i bandażowały rany. Nigdzie nie było śladu Gorgidasa. Zaskoczony Skaurus spytał o niego.
— Nie wiecie, panie? — zawołała jedna z pomocnic Neposa i roześmiała się.
Zmęczony trybun spojrzał na nią nie rozumiejącym wzrokiem.
— Znajdziesz go w swoim namiocie, Skaurusie — powiedział Nepos łagodnie.
— Co? Dlaczego…? Och! — krzyknął Marek i puścił się biegiem, choć jeszcze przed chwilą ledwo trzymał się na nogach.
Po drodze natknął się na Gorgidasa, który wracał do rannych.
— Pozdrowienia — rzucił Grek na widok trybuna. — Jak poszła wasza głupia bitwa?
— Zwyciężyliśmy — odparł Marek automatycznie. — Ale… ale… — zabrakło mu słów. Teraz istniały dla niego ważniejsze rzeczy niż wojna.
— Uspokój się, przyjacielu. Masz syna — powiedział Gorgidas z rozpromienioną twarzą i wziął trybuna pod ramię.
— Czy Helvis czuje się dobrze? — zapytał Marek, choć uśmiech lekarza wystarczał za odpowiedź.
— Jeszcze lepiej, niż się spodziewałem. To jeden z łatwiejszych porodów, jakie przyjmowałem. Niecałe pół dnia. Helvis jest silną dziewczyną, a poza tym to nie jest jej pierwsze dziecko. Wszystko w porządku.
— Dziękuję — rzucił Skaurus i chciał biec do namiotu, ale Gorgidas przytrzymał go za rękę.
Trybun spojrzał na niego uważnie. Grek wciąż się uśmiechał, lecz oczy miał zamyślone.
— Zazdroszczę ci — wyznał. — To musi być wspaniałe uczucie.
— Tak — potwierdził Marek, zaskoczony smutkiem w jego głosie. Poruszyło go zaufanie lekarza, choć jednocześnie nie miał pewności, czy było zamierzone. — Dziękuję — powtórzył.
Ich oczy spotkały się na moment w całkowitym zrozumieniu. Chwila minęła i Gorgidas na powrót stał się powściągliwy.
— Idź już — powiedział, lekko popychając trybuna. — Mam dość roboty z łataniem głupców, który wolą zabierać życie, niż je dawać. — I odszedł, potrząsając głową.
Przy Helvis czuwała towarzyszka Minucjusza. W ramionach trzymała własną dwumiesięczną córeczkę. W namiocie unosił się zapach krwi, równie intensywny jak na polu bitwy. Kobiety staczają własne bitwy — pomyślał Skaurus.
Kiedy Marek odchylił połę namiotu, Erene drgnęła. Widocznie spodziewała się Gorgidasa. Od razu domyśliła się, co oznacza jego powrót.
— Co z Minucjuszem? — zapytała niespokojnie.
— Wszystko w porządku — odparł Marek, nieświadomie powtarzając słowa Gorgidasa sprzed paru minut. — Nie ma nawet zadrapania. Jest dobrym wojownikiem.
Jego głos wyrwał Helvis z drzemki. Skaurus pochylił się nad nią i pocałował łagodnie. Erene wyśliznęła się nie zauważona z namiotu.
Helvis obdarzyła trybuna zmęczonym uśmiechem. Jej miękkie brązowe włosy były potargane i sklejone przez pot. Pod oczami widniały fioletowe kręgi. Lecz spojrzała na niego triumfalne i podniosła mały kocyk z miękkiej jagnięcej wełny. Podała go Skaurusowi.
— Tak, pozwól mi na niego spojrzeć — powiedział Marek, ostrożnie biorąc od niej zawiniątko.
— Niego? Już się widziałeś z Gorgidasem — stwierdziła Helvis, ale Marek nie słuchał. — Jest podobny do ciebie — dodała Helvis miękko.
— Co? Nonsens. — Przyjrzał się twarzyczce nowo narodzonego syna.
Niemowlę było czerwone, pomarszczone, łyse i miało płaski nosek. Nie tylko nie przypominało jego, ale w ogóle istoty ludzkiej. Duże szaroniebieskie oczy przesunęły się po twarzy trybuna, zatrzymując się na niej na moment.
Dziecko wierzgnęło. Nie przyzwyczajony Skaurus omal go nie upuścił. Z kocyka uwolniła się rączka. Maleńka piąstka machnęła w powietrzu. Marek ostrożnie wysunął palec. Macająca na oślep rączka chwyciła go i ścisnęła z zadziwiającą siłą. Trybun przyjrzał się miniaturowej dłoni, nadgarstkowi, różowym paluszkom, które obejmowały jego środkowy palec. Helvis źle odczytała jego zainteresowanie.
— Ma po dziesięć palców u rąk i nóg — zapewniła. — Wszystko, co trzeba.
Roześmiali się oboje. Hałas wystraszył dziecko; zaczęło płakać.
— Daj mi go — powiedziała Helvis i przytuliła syna do piersi. W jej wprawnych objęciach noworodek wkrótce się uspokoił.
— Damy mu takie imię, jak planowaliśmy? — zapytała.
— Chyba tak — westchnął trybun, niezbyt szczęśliwy z umowy, którą zawarli kilka miesięcy temu.
Wolałby czysto rzymskie imię przed starym rodowym Emiliusz Skaurus. Helvis twierdziła nie bez racji, że jej rodzina mogłaby się poczuć urażona. Tak więc zdecydowali, że na dziecko będą wołali Dosti po jej ojcu, a w razie potrzeby syn będzie używał dźwięcznego patronimikum.
— Dosti, syn Emiliusza Skaurusa — powiedział Marek, rozkoszując się brzmieniem tych słów. Nagle zachichotał, spoglądając na maleńkiego synka. Helvis zerknęła na niego z zaciekawieniem. — Na razie nazwisko małego mężczyzny jest dłuższe od niego samego — wyjaśnił.
— Zwariowałeś — skarciła go z uśmiechem.
ROZDZIAŁ V
Słońce wczesnego lata stało wysoko na niebie. Miasto Videssos, stolica i serce Imperium noszącego taką samą nazwę, lśniło w jego blasku. Białe stiuki i marmury, brązowe piaskowce, cegły koloru krwi, miriady złotych kuł na świątyniach Phosa — wszystko wydawało się tak blisko, że wystarczyło sięgnąć ręką z zachodniego brzegu cieśniny zwanej Końskim Brodem.