Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Myślałem wtedy, że mnie po prostu nie zauważył. Sądziłem, że to jakiś zwyczajny kierowca.
Czas ma zabawne właściwości.
Poznałem kiedyś pilota RAF-u. Opowiedział mi, jak razem ze swoim nawigatorem musieli się katapultować z bardzo drogiego myśliwca Tornado GR1 sto metrów nad dolinami Yorkshire z powodu, jak to nazwał, „ptasiego uderzenia”. (W ten sposób, według mnie, dość niesprawiedliwie zakładano, że winę za całą sytuację ponosił ptak; zupełnie jakby ten skrzydlaty młodzieniec przez złośliwość starał się rozmyślnie zderzyć czołowo z dwudziestoma tonami metalu przemieszczającymi się w przeciwnym kierunku niemal z prędkością dźwięku.)
Tak czy inaczej, puenta opowieści jest taka, że po wypadku pilot i nawigator zostali zaprowadzeni do pokoju przesłuchań, gdzie nieprzerwanie przez godzinę i piętnaście minut rozmawiali z oficerami śledczymi o tym, co widzieli, słyszeli, czuli i zrobili w momencie zderzenia.
Przez godzinę i piętnaście minut.
Kiedy jednak wreszcie wydobyto z wraku czarną skrzynkę, okazało się, że czas między wpadnięciem ptaka we wlot silnika a katapultowaniem się załogi wyniósł niewiele poniżej czterech sekund.
Cztery sekundy. Bum, raz, dwa, trzy, świeże powietrze.
Niezbyt chciało mi się wierzyć w tę historię, kiedy ją usłyszałem. Poza wszystkim pilot był żylastym chucherkiem z przyprawiającymi o gęsią skórkę niebieskimi oczami, które często mają ludzie bardzo sprawni fizycznie. A poza tym w całej historii opowiadałem się zdecydowanie po stronie ptaka.
Ale teraz już w nią wierzę.
Wierzę, ponieważ kierowca forda wcale nie skręcił w prawo. Przeżyłem wiele nieprzyjemnych i mało satysfakcjonujących chwil, kiedy blokował mnie na całej szerokości jezdni między barierkami wzdłuż Izby Gmin. Kiedy ja hamowałem, hamował i on. Kiedy przyspieszałem, on również przyspieszał. Kiedy pochyliłem motocykl, aby wykonać skręt, zbliżył się do barierek, ocierając się o moje ramię boczną szybą.
Tak, z całą pewnością mógłbym opowiadać przez godzinę o tych barierkach. I znacznie dłużej o chwili, kiedy zorientowałem się, że za kierownicą forda z całą pewnością nie siedzi zwykły kierowca. W istocie był świetnym kierowcą.
Nie był to rover, a to już o czymś świadczyło. Musiał mieć zainstalowany radioodbiornik, którym naprowadzono go na pozycję, ponieważ nikt mnie nie mijał na Embankment. Kiedy się zrównaliśmy, pasażer zaczął mi się przyglądać i na pewno nie mówił do kierowcy: „Uważaj na motocyklistę . Mieli dwa lusterka wsteczne, które nigdy nie należały do standardowego wyposażenia żadnego forda. Bolały mnie jądra. To mnie właśnie obudziło.
Zapewne zwróciliście uwagę, że motocykliści nie mają pasów, co ma zarówno dobre, jak i złe strony. Dobre, ponieważ w razie wypadku nikt nie chce być przywiązany do dwustu kilogramów gorącego, ślizgającego się po jezdni metalu. Złe, ponieważ kiedy wciśnie się gwałtownie hamulce, motocykl się zatrzymuje, ale kierowca już nie. Przemieszcza się w kierunku północnym, aż jego genitalia wchodzą w kontakt ze zbiornikiem paliwa, a łzy napływają mu do oczu, uniemożliwiając zobaczenie tego, przed czym hamuje i co stara się ominąć.
Barierki.
Solidne, jak najbardziej potrzebne, precyzyjnie wyprofilowane barierki. Barierki, dla których warto podjąć wysiłek okrążenia matki wszystkich parlamentów. Barierki, które wiosną 1940 roku naprędce by zdemontowano, aby przerobić je na spitfire'y hurricany, wellingtony, lancastery i te samoloty z rozdzielonymi statecznikami poziomymi. Blenheimy?
Tyle tylko, że barierki oczywiście nie otaczały parlamentu w 1940 roku. Postawiono je w 1987 roku, aby zapobiec przerywaniu sesji parlamentarnych przez szalonych Libijczyków poruszających się rodzinnym peugeotem z ćwierćtonowym ładunkiem materiałów wybuchowych wciśniętym na tylne siedzenie.
Te barierki, moje barierki, stały tam, aby spełnić swoje zadanie. Stały tam, aby bronić demokracji. Zostały ręcznie wykonane przez rzemieślników o imieniu Ted, Ned, a może nawet Bill.
Barierki godne bohaterów.
Spałem.
Twarz. Bardzo duża twarz. Bardzo duża twarz pokryta ilością skóry wystarczającą zaledwie na bardzo małą twarz, przez co każdy jej element wyglądał, jakby był mocno opięty. Opięta szczęka, opięty nos, opięte oczy Każdy mięsień i ścięgno twarzy napinał się i prężył Przypominało to zatłoczoną windę. Zamrugałem i twarz zniknęła.
A może spałem przez godzinę, a twarz zniknęła dopiero po pięćdziesięciu dziewięciu minutach. Nigdy się tego nie dowiem. Zamiast twarzy przed oczami miałem sufit Czyli pokój. Czyli zostałem przeniesiony. Przyszedł mi do głowy Middlesex Hospital, ale od razu wiedziałem, że tym razem chodzi o zupełnie inną parę kaloszy.
Spróbowałem poruszyć różnymi częściami ciała. Delikatnie, bo nie miałem odwagi poruszyć głową na wypadek, gdybym skręcił sobie szyję. Stopy wydawały się w porządku, choć były trochę daleko. Dopóki nie znajdowały się w odległości większej niż sto dziewięćdziesiąt centymetrów, nie miałem na co narzekać. Lewe kolano odpowiedziało na mój list odwrotną pocztą, co było miłe, ale z prawym było coś nie w porządku. Grube i palące. Wrócimy jeszcze do tego. Uda. Lewe w porządku, prawe trochę gorzej. Obręcz biodrowa wydawała się nienaruszona, ale nie mogłem stwierdzić tego z całą pewnością, dopóki jej czymś nie obciążyłem. Jądra. No, tu sprawy miały się zupełnie inaczej. Nie musiałem ich niczym obciążać aby wiedzieć, że były w kiepskim stanie. Było ich zbyt wiele i za bardzo bolały. Brzuch i klatka piersiowa dostały czwórkę z minusem, a prawe ramię oblało egzamin. Zwyczajnie nie chciało się poruszyć. Podobnie jak lewe, choć w tym wypadku niemal mogłem poruszyć dłonią, dzięki czemu przekonałem się, że nie znajduję się na oddziale im. Williama Hoyle'a. W publicznych szpitalach można się w dzisiejszych czasach spotkać z prowizorką, ale bez wyraźnego powodu raczej nie przywiązuje się rąk pacjentów do łóżka. Zostawiłem sobie kark i głowę na kolejny dzień i zapadłem w sen tak głęboki, na jaki pozwalało mi siedem jąder.
Twarz powróciła, jeszcze bardziej opięta. Tym razem jej właściciel coś przeżuwał i mięśnie na policzkach i na szyi wystawały niczym diagram z Gray's Anatomy. Miał okruchy wokół ust, a różowy język co chwilę wyślizgiwał się na zewnątrz i porywał jeden z nich w mroki jaskini.
— Lang?
Obracał teraz językiem wewnątrz ust, przejeżdżając po dziąsłach i ściągając usta, tak że przez moment myślałem, że zamierza mnie pocałować.
— Gdzie jestem? — zapytałem po chwili. Ucieszyłem się, słysząc, że mówię chrypliwym głosem człowieka poważnie chorego.
— Dobra jest — odezwała się twarz.
Gdyby powlekała ją wystarczająca ilość skóry, mogłaby się nawet uśmiechnąć. Zamiast tego odwróciła się od tego czegoś, na czym leżałem, i usłyszałem odgłos otwieranych drzwi. Nie zamknęły się jednak.
— Obudził się — powiedział głos dość głośno, a drzwi nadal się nie zamknęły.
Wynikało z tego, że ktokolwiek kontrolował pokój, kontrolował też korytarz. Jeżeli w ogóle był jakiś korytarz. Równie dobrze mógł to być właz do statku kosmicznego. Być może znajdowałem się na pokładzie wahadłowca i miałem wyruszyć w daleką podróż kosmiczną.