Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
- Автор: Шоу Боб
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Malgorzata Grabowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:
Nasunęła mu się nowa myśl, wypierając inne. Jak dotąd zakładał, że ostatni zamach się nie powiódł, ale czyżby mimo to był skazany na niechybną śmierć? Wahadłowiec, bezduszna maszyna, leciał dalej na południowy zachód. Jego silniki, czerpiące z powietrza wodę, którą zamieniały w paliwo, prawdopodobnie miały go ponieść hen daleko przez Atlantyk. A wobec tego nie znał sposobu ściągnięcia ekipy ratowniczej na miejsce wypadku. Rozbili się pewnie ze sto kilometrów od najbliższej osady, i to w takim terenie, gdzie, jeśli ma się szczęście, można zrobić najwyżej dziesięć kilometrów dziennie. On jednak, mając pod opieką ranną kobietę, posuwałby się naprzód o wiele, wiele wolniej.
Brzęczenie skrzydlatych owadów w rozedrganym, ciężkim powietrzu nabrało złowróżbnych tonów i tak się wzmogło, że trudno mu było zebrać myśli. Ścisnął dłońmi skronie. Rzeka, przypuszczalnie Kongo, którą dostrzegł opadając w fotelu, leżała w kierunku zachodnim — i tam właśnie unosiła się smużka dymu, która mogła oznaczać, że jest to jakaś osada. Spojrzał na Colleen i poklepał ją po twarzy w nadziei, że się ocknie, ale jej twarz pozostała blada i nieruchoma, jakby obca, odkąd osobowość przestała odciskać swoje piętno na jej rysach. Znów nawiedziło go uczucie, że właśnie przybył do Afryki i zaledwie przed kilkoma sekundami wyrwano go z Three Springs. Wstrząsająca obcość tego kontynentu rozpoczynała się od dziwnych i nieznanych mchów, na których klęczał, i rozpościerała we wszystkie strony na tysiące kilometrów, tajemnicza i wroga. On zaś, zagubiony w tym świecie, nie był przygotowany, żeby sobie z nim radzić. Nie miał nic do roboty w Afryce, nie miał prawa tu być, nie miał nawet prawa żyć. Rezygnację, jaka go ogarnęła, wyparł po chwili zacięty gniew, który stawał się stopniowo nieodłączną cechą jego charakteru.
Wsunął ręce pod leżącą Colleen, podniósł ją ostrożnie i ruszył na zachód, do rzeki.
Do zachodu słońca pozostało około godziny — nie mógł więc dotrzeć do rzeki przed zmrokiem — ale coś kazało mu iść i iść. Już po kilku minutach spłynął potem, a jego zdrowe płuco zachowywało się tak, jakby lada chwila miało pęknąć. Posuwał się naprzód jeszcze wolniej, niż przewidywał. Leśny teren był tak pofałdowany, że różnice wysokości wynosiły po wiele metrów, i nawet tam, gdzie nie blokowało mu przejścia poszycie i pnącza, strome zbocza stanowiły przeszkodę nie do pokonania, zmuszając go do zbaczania z prostej drogi. Szedł wytrwale — nie kładł teraz Colleen na ziemi, kiedy odpoczywał, tylko opierał ją o pień drzewa, by oszczędzić sobie morderczego wysiłku podnoszenia jej za każdym razem od nowa. Bezustanny skrzek małp i ptaków chwilami przycichał brzmiąc jak echo wydarzeń z innego świata.
Kiedy ciemność rozstawiała pośród leśnych przejść swoje czujne straże, nogi zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa. Dysząc chrapliwie rozglądał się dookoła w poszukiwaniu jakiego takiego schronienia. Colleen poruszyła się sennie w jego ramionach i jęknęła. Położył ją na ziemi, omal się przy tym nie przewracając, i wypatrywał pilnie kolejnych oznak jej powrotu do przytomności. Znów jęknęła, zadygotała i poruszyła bezładnie rękami. Spod półprzymkniętych powiek wyzierały białka oczu, a wstrząsające nią dreszcze gwałtownie się nasiliły.
— Colleen, słyszysz mnie? — zapytał natarczywie.
— Zi… zimno — powiedziała cienkim, dziecinnym głosikiem.
— Zaraz cię przykryję. Tylko… — mówiąc to, ściągnął tunikę, okrył ją starannie i ogarnął wzrokiem ciemniejącą panoramę lasu. Robiło się coraz zimniej, a do dyspozycji miał tylko trawę i liście. Zaczął więc rwać garściami wysoką trawę tam, gdzie powpadały w nią największe liście, i rzucał to wszystko na jej nogi i tunikę. Kiedy skończył, było już zupełnie ciemno, i teraz on z kolei zaczął dygotać z zimna. Wsunął się pod tunikę, starając się możliwie jak najmniej naruszyć pokrywającą ją warstwę roślinności, i objął Colleen. Poruszyła się u jego boku swobodnie i naturalnie, nasunęła nogę na jego nogę i ciało zalała mu fala ciepła. Leżał całkowicie nieruchomo, z zamkniętymi oczami, próbując odpocząć. Upływały niepostrzeżenie minuty, może nawet godziny, w czasie których żeglował po płyciznach oceanu snu. Chwilami przytomniał i wówczas jaskrawe latarnie gwiazd znajdowały się nie nad mm, lecz przed nim — przygwożdżony do najbardziej wysuniętego punktu umykającego świata, przelatywał w zatrważającym pędzie przez zatłoczoną galaktykę. W końcu zorientował się, że Colleen nie śpi.
— Will? — spytała.
— Tak — odparł, starając się mówić spokojnie. — Jesteś bezpieczna. Nic ci nie będzie.
— Co się stało? Nachodzą mnie kompletnie zwariowane wspomnienia.
— Niestety, wplątałem cię w moje własne zagmatwane sprawy. Przedstawił jej swoją teorię wyjaśniającą, jak doszło do tego wypadku, a potem streścił dalsze wydarzenia.
— I chcesz mnie teraz zanieść na rękach aż do rzeki Kongo?
— Nie jesteś znów tak bardzo ciężka, przeszliśmy pewnie ze dwa kilometry — Spostrzegł, że nie cofnęła nogi przerzuconej przez jego nogę i że wciąż mocno przyciska piersi do jego boku.
Roześmiała się serdecznie w ciemnościach.
— Jesteś niemożliwy. Nie pomyślałeś, że…?
— Że co?
— Och, nic. Myślisz, że mamy jakieś szansę dotrzeć na piechotę do cywilizacji?
— Nie wiem — odparł przygnębiony. — Liczyłem, że dowiem się tego od ciebie.
Odczekała dłuższą chwilę, zanim znów się odezwała.
— Powiem ci jedno.
— Co takiego?
— Wcale nie jesteś ostudzony.
— O! — Zastanawiał się, czy nie zaprzeczyć, ale jego ciało dostarczało jej zasadniczego i niezbitego dowodu, że się nie myli. — Gniewasz się?
— A powinnam?
— Kiedy tu przylecieliśmy, widziałem, jak się opalasz.
— Coś mi się zdaje, że wcale nie dlatego udajesz, a zresztą już wtedy miałam wątpliwości. Ile kobiet udało ci się nabrać?
— Mnóstwo — zapewnił ją.
— W takim razie to nie były prawdziwe kobiety, Will.
Słowom tym towarzyszył łagodny, lecz sugestywny ruch biodrami, który odwzajemnił, gdyż nic w świecie nie mogło go od tego powstrzymać. Łapczywie przywarła ustami do jego ust i pił z jej warg oszołamiający nektar, który napełniał go ciepłem i otuchą. Czy potrzeba otuchy dostatecznie cię usprawiedliwia? — jego sumienie zadawało pytanie ciału. Opierał się przypływowi pożądania na tyle, żeby rozważyć argumenty przeciwko uleganiu nastrojowi chwili. Atena? Atena zmieniła zasady gry. A sama Colleen? Dotknął zaschniętej krwi na jej czole.
— Poraniłaś się — szepnął. — Czy to uczciwie z mojej strony?
— Jestem nieśmiertelna, a nieśmiertelnym rany szybko się goją. — Czuł na podniebieniu jej gorący oddech. — A poza tym być może nigdy się stąd nie wydostaniemy.
— No dobrze — rzekł, przekręcając się i przenosząc ciężar ciała na giętką płaszczyznę jej bioder. — W takim razie oboje wygrywamy.
O świcie, kiedy nawzajem pomogli sobie ubrać się, Carewe wziął Colleen pod rękę i chciał ruszyć na zachód, ale powstrzymała go.
— Nie w tę stronę — powiedziała. — Musimy wrócić tam, gdzie wylądowaliśmy.
— Co nam to da?
— Te fotele lotnicze to standardowy typ, używany przez Współnarody do akcji w dżungli; wszystkie mają nadajnik radiowy, który zaczyna wysyłać sygnały natychmiast po katapultowaniu.