Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
- Автор: Шоу Боб
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Malgorzata Grabowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:
Carewe chwycił ją za ramiona.
— To znaczy, że nie jesteśmy zgubieni? — zawołał.
— A czy ja mówiłam, że jesteśmy?
— Wczoraj powiedziałaś, że być może nigdy się stąd nie wydostaniemy — rzekł z wyrzutem.
Colleen wzruszyła ramionami z teatralną przesadą.
— Przecież mogły nas pokąsać jadowite żmije.
— Ach ty… — Potrząsnął nią, tłumiąc uśmiech. — Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wczoraj?
— Hmm…
— Demonstrowałem hart ducha i szlachetność? Roześmiała się i objęła go wpół.
— Nie masz się czego wstydzić, Will, w tej roli jesteś niezrównany. Możesz powiedzieć żonie, że omotała cię pozbawiona skrupułów afrykańska pilotka.
— Skąd wiesz, że mam żonę?
— Ale masz, prawda?
— Jestem żonaty. Jeden na jeden. Czy to ma jakieś znaczenie? Zanim zdążyła dać mu odpowiedź, na którą się zastanawiała, od wschodu dobiegł ich warkot helikoptera.
— Musimy się pośpieszyć — powiedziała, wypytywać.
— Spodziewam się.
Carewe zmarszczył brwi. Wyratowanie ich z opresji oznaczało zarazem powrót do kłopotów, które jeszcze bardziej się skomplikowały. Trudno o skuteczniejsze zniweczenie jego planu szybkiego i dyskretnego powrotu do Three Springs. Było do przewidzenia, że zniknięcie samolotu zwróci na niego powszechną uwagę, a tym samym zdradzi miejsce jego pobytu nieznanym osobnikom dybiącym na jego życie, może nawet zagrozi ujawnieniem tajemnicy E. 80.
— Czym się martwisz, Will? — spytała Colleen zaglądając mu w oczy. — Czy to było dla ciebie takie straszne?
— Było cudowne — rzekł z przekonaniem — ale to moje pełne tajemnic i niespodzianek życie z każdą chwilą coraz bardziej się komplikuje. Skorzystałem z twojego wahadłowca przede wszystkim dlatego, żeby szybciej dostać się do domu.
— Chcesz powiedzieć, że jeżeli będziesz musiał zatrzymać się na dłużej w Kinszasie, to grozi ci śmierć?
— Są jeszcze inne powody, których nie mogę ci wyjawić.
— Więc chodźmy. — Colleen puściła go i zaczęła iść. — Mam przyjaciół w Kinszasie, raz-dwa uporają się z formalnościami i wyprawią cię w dalszą drogę.
— Z formalnościami! — wykrzyknął Carewe, ruszając za nią. — Jak często zdarza ci się stracić samolot?
— Wcale go nie straciłam — odrzekła z politowaniem. — A od czego twoim zdaniem są systemy automatycznego lądowania? Wahadłowiec wylądował wczoraj w Kinszasie. Nie tak gładko jak pilotowany przeze mnie, ale jednak bez szwanku.
— Pełen gazu wywołującego halucynacje?
— Wątpię, ponieważ co cztery minuty system klimatyzacyjny całkowicie wymienia powietrze w kabinie.
— Naprawdę? — Pomógł jej przejść przez wykrot. — Ci, co na mnie polują, jak dotąd nie zostawili żadnych konkretnych śladów. Jeżeli pojemnik na gaz wykonano z samoniszczącego się plastiku, to nie pozostało nic… A jak wytłumaczymy fakt, że opuściliśmy samolot?
— Powiem, że coś nawaliło. Zanim się w tym połapią, miną ze dwa dni.
— Jaka szkoda, że nie znam się na technice — powiedział z podziwem.
— Pomyśl, ile byś przez to stracił — odparła przekornie Colleen.
Z łatwością go wyprzedziła; mięśnie krzepkich, a mimo to zgrabnych nóg napinały jej się przy każdym kroku. Szli kierując się warkotem helikoptera i po kilkunastu minutach dotarli do miejsca, gdzie wylądowali. Kiedy odnaleźli pierwszy pusty fotel z samolotu, ubranie Carewe’a było mokre od rosy strząśniętej z potrącanych liści. Fotel leżał przewrócony na bok u stóp drzewa. Helikopter krążył cierpliwie nad baldachimem z gałęzi, które uginały się i kołysały pod naporem skierowanego, w dół strumienia powietrza.
— A gdzie mój fotel? — spytała Colleen.
Carewe rozglądał się przez chwilę i wskazał jej fotel, który do tej pory tkwił przekrzywiony w gałęziach drzewa.
— Tu wylądowałaś — powiedział. — A raczej zawisłaś.
Colleen gwizdnęła.
— I tak po prostu dałam krok?
— Jak to zobaczyłem, zupełnie straciłem głowę.
— Musisz przyznać, że to stawia sprawę w całkiem nowym świetle. Powiem koleżankom, co mają robić, kiedy znów będą lecieć na tej trasie.
Carewe z trudem zdobył się na uśmiech. Colleen zaczynała mówić tak jak te z jego sfrustrowanych znajomych, które często kończyły w Klubach Priapa, a mimo to wydawała mu się przy nich taka inna. Uprzytomnił sobie nagle, że zmiana zaszła w niej wtedy, gdy upewniła się, że jest żonaty. Obserwował z niepokojem, jak wspina się na drzewo i giętkim ruchem przerzuca ku tkwiącemu w gałęziach fotelowi. Wyjęła coś z niego, podniosła do ust i usłyszał jej głos ledwie przebijający się przez huk helikoptera. W chwilę później znalazła się z powrotem na ziemi poprawiając niebieską koszulową bluzkę, która wysunęła jej się zza paska spódnicy.
— Spuszczą po nas klatki — poinformowała go niedbałym tonem.
— Colleen — powiedział szybko — być może po raz ostatni mamy okazję porozmawiać na osobności.
— Możliwe.
Chwycił ją za obie ręce.
— Jestem żonaty od dziesięciu lat, ale dopiero wczoraj po raz pierwszy złamałem przysięgę małżeńską, pierwszy i jedyny — powiedział. Chciała wyrwać ręce z jego uścisku, ale jej nie puścił. — Tylko że wcale nie jestem pewien, czy nadal mam żonę. Coś między nami zaszło. Nie mogę ci o tym opowiedzieć, ale mój pobyt w Afryce w roli ostudzonego i starania, żeby nie dać się zabić, bezpośrednio się z tamtym wiążą.
— Dlaczego mi o tym mówisz?
— Bo nie chcę, żebyś myślała, że zmykam do ciepłego domowego zacisza i ciepłej żonki po małym skoku w bok. To nie w moim stylu.
— Ale dlaczego mi to wszystko mówisz?
— Bo liczę się z tobą. Mógłbym cię pokochać, Colleen. Spojrzała na niego wyzywająco.
— Tak ci się zdaje? — spytała.
— Wiem na pewno. — Własne słowa zasmuciły go, bo były bliskie prawdy, lecz nie całkiem z nią zgodne. Był wdzięczny Colleen, ale wdzięczność, której nie mógł wyrazić należycie, przerodziła się w poczucie winy. — Posłuchaj, jeżeli okaże się, że nie mam już żony…
— Nie kończ, Will — przerwała mu z ironicznym uśmiechem. — Bo przesadzisz z tą szlachetnością.
Puścił jej ręce i instynktownie, zupełnie jakby się umówili, odsunęli się od siebie w chwili, kiedy wśród drzew pojawiły się dwie klatki spuszczone na chybił trafił z czekającego na nich helikoptera.
Rozdział jedenasty
Carewe odetchnął dopiero wysoko nad Atlantykiem, lecąc na zachód pojazdem podkosmicznym. Zamiast docierać odpowiednimi kanałami komputerowymi do kredytów Farmy i tym samym opóźniać podróż, wybrał inne wyjście — skorzystał z własnego kredysku, by opłacić przelot z Kinszasy do Lizbony, a stamtąd do Seattle. W Lizbonie przeżył nieprzyjemny moment, kiedy dowiedział się, że bilet będzie go kosztować ponad tysiąc nowych dolarów — przyszło mu na myśl, że jego konto bieżące okaże się niewystarczające. Jednakże sieć komputerowa potwierdziła jego wypłacalność i przypomniał sobie, że nowy dolar miał w tym miesiącu wyjątkowo korzystny kurs w stosunku do escudo.
Jednym z ubocznych skutków nieśmiertelności była konieczność zreformowania światowych systemów monetarnych. Pominąwszy nawet wynikający z niej wzrost wydajności pracy, średni dochód na głowę konsumenta w Stanach Zjednoczonych — szacowany na pięć tysięcy dolarów w połowie dwudziestego wieku, przy przewidywanej, skromnie licząc, stopie wzrostu wynoszącej dwa i pół procent — powiększyłby się w ciągu trzech stuleci do sumy przekraczającej osiem milionów dolarów rocznie. Wejście w użycie biostatów, prowadzące do optymalnego wykorzystania potencjału umysłowego i dostępnych środków, wywindowało coroczny wzrost wydajności do poziomu dziesięciu procent i pojawiły się prognozy dochodów rzędu miliarda dolarów rocznie. Żeby nie dopuścić do tego, aby dolar stał się nic nie znaczącą jednostką monetarną, określono jego wartość jako stały i niezmienny ułamek produktu narodowego brutto, wyliczany raz na miesiąc. Na mocy międzynarodowego porozumienia inne państwa przedsięwzięły podobne kroki, utworzono także pulę pieniężną Współnarodów, która miała wchłaniać różnice powstające pomiędzy walutami poszczególnych krajów.