Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 112
Перейти на страницу:

– Nie mam noża – odparł ojciec Gomez. – Ale mam święty cel. Może to mnie chroni przed tymi... upiorami.

– Aha – mruknęła dziewczynka – może. W każdym razie poszła na południe, w stronę gór. Nie wiemy dokąd.

– Ale zapytaj byle kogo, każdy ci powie, czy przechodziła, bo nie ma nikogo takiego jak ona w Ci'gazze, nie ma i nie było. Łatwo będzie ją znaleźć.

– Dziękuję ci, Angelico – powiedział ksiądz. – Bądź błogosławiona, moje dziecko.

Zarzucił tobołek na ramiona, wyszedł z ogrodu i zadowolony ruszył gorącą, cichą ulicą.

Po trzech dniach w towarzystwie kołowych stworzeń Mary Malone wiedziała o nich całkiem sporo, a one wiedziały o niej mnóstwo.

Pierwszego ranka niosły ją przez godzinę czy dwie po bazaltowej szosie do osady nad rzeką. Jazda była niewygodna; Mary nie miała się czego trzymać, a stworzenie miało twardy grzbiet. Pędzili z szybkością, która ją przerażała, ale łoskot kół na twardej nawierzchni i tupot rozpędzonych nóg napełniły ją takim ożywieniem, że nie zwracała uwagi na niewygodę.

W trakcie jazdy lepiej poznała anatomię tych stworzeń. Podobnie jak trawożercy, miały szkielety w kształcie rombów. Niegdyś, w odległej przeszłości, przodkowie tych stworzeń musieli wytworzyć taką strukturę i odkryć jej użyteczność, podobnie jak generacje dawnych pełzających istot w świecie Mary wytworzyły kręgosłup.

Bazaltowa droga stopniowo opadała i po chwili nachylenie zwiększyło się tak, że stworzenia mogły zjeżdżać swobodnie. Podwinęły boczne nogi i sterowały, przechylając się w jedną lub drugą stronę. Pędziły na złamanie karku i Mary trochę się bała, chociaż musiała przyznać, że wiozące ją stworzenie ani razu nie dało jej powodów do strachu. Gdyby tylko miała się czego trzymać, cieszyłaby się tą jazdą.

U podnóża długiego na półtora kilometra zbocza rósł zagajnik wielkich drzew, a w pobliżu rzeka meandrowała po płaskim trawiastym terenie. Trochę dalej Mary zobaczyła coś połyskującego – to wyglądało jak rozległy akwen, ale nie traciła czasu na przyglądanie się temu ponieważ stworzenia zmierzały do osady na brzegu rzeki którą bardzo chciała zobaczyć.

Na wioskę składało się dwadzieścia czy trzydzieści chat, ustawionych z grubsza kręgiem, o ścianach z – musiała osłonić oczy dłonią przed słońcem – drewnianych belek pokrytych czymś w rodzaju plecionki zmieszanej z gliną, ze strzechami zamiast dachów. Przebywające tam kołowe stworzenia pracowały: niektóre naprawiały dachy, inne wyciągały sieci z rzeki, jeszcze inne zbierały chrust na opał.

Więc miały swój język, znały ogień i stworzyły społeczeństwo. Wtedy właśnie w umyśle Mary dokonało się przewartościowanie i słowo „stworzenia” zostało zastąpione słowem „lud”. Te istoty nie były ludźmi, ale były ludzkie; to nie „one”, to „my”.

Podjechali już całkiem blisko i na ich widok kilku mieszkańców wioski zawołało innych, żeby zobaczyli. Grupka na drodze zatrzymała się i Mary sztywno zsiadła, wiedząc, że później będzie obolała.

– Dziękuję – powiedziała do swojego... kogo? Wierzchowca? Roweru? Oba określenia wydawały się absurdalnie niestosowne wobec stojącego przed nią bystrookiego wcielenia uprzejmości. Wybrała słowo „przyjaciel”.

Uniósł trąbę i powtórzył za nią: „Siekuję”, i znowu wybuchnęli radosnym śmiechem.

Mary wzięła plecak od innego stworzenia („siekuję! siekuję!”) i zeszła za nimi z bazaltu na ubitą ziemię w wiosce.

I wtedy jej asymilacja rozpoczęła się na dobre.

Przez następne kilka dni nauczyła się tak wiele, że znowu poczuła się jak dziecko oszołomione pierwszymi lekcjami w szkole. Co więcej, kołowi ludzie wydawali się równie zdumieni i zaintrygowani jej osobą. Na przykład jej rękami. Nie mogli się ich napatrzeć: obmacywali delikatnymi trąbami wszystkie palce i paznokcie, badali każdy staw, zginali je ostrożnie i patrzyli z zachwytem, jak podnosiła plecak, wkładała jedzenie do ust, drapała się, myła, czesała.

W zamian pozwalali jej obmacywać swoje trąby, nieskończenie giętkie, długie jak jej ramię, grubsze u podstawy i dostatecznie potężne, żeby zmiażdżyć jej czaszkę, jak podejrzewała. Dwa podobne do palców wyrostki na końcu odznaczały się wielką siłą i ogromną precyzją: stworzenia najwyraźniej mogły dowolnie zmieniać fakturę skóry na wewnętrznej stronie, czyli odpowiedniku opuszki, od aksamitnej miękkości do twardości żelaza. W rezultacie mogły używać tych „palców” zarówno do delikatnych czynności, jak dojenie trawożernych, jak i do ciężkiej roboty, na przykład łamania gałęzi.

Po trochu Mary zorientowała się, że trąby odgrywają również pewną rolę w komunikacji. Ruch trąby modyfikował znaczenie dźwięku, toteż słowo brzmiące czach oznaczało „wodę”, kiedy towarzyszył mu wymach trąby z lewa na prawo, „deszcz”, kiedy koniec trąby podwijał się na zewnątrz, „smutek”, kiedy trąba zawijała się pod spód, oraz „młode źdźbła trawy” przy szybkim machnięciu w lewo. Jak tylko Mary to spostrzegła, zaczęła naśladować te ruchy, wyginając ramię w podobny sposób, a kiedy stworzenia zobaczyły, że próbuje z nimi rozmawiać, okazały żywiołową radość.

Jak już zaczęli rozmawiać (głównie w ich języku, chociaż Mary nauczyła ich kilku słów po angielsku: potrafili powiedzieć „siekuję”, „trawa”, „drzewo”, „niebo”, „rzeka” i wymówić jej imię, chociaż z pewnym trudem), robili znacznie szybsze postępy. Nazywali swój lud mulefa, ale pojedynczy osobnik nazywał się zalif. Mary sądziła, że istnieje różnica dźwięku pomiędzy nim-zalifą, nią-zalif, ale dla niej zbyt subtelna do uchwycenia. Zaczęła wszystko spisywać i kompilować słownik.

Zanim jednak całkowicie pogrążyła się w pracy, wyjęła swoją postrzępioną książkę i łodygi krwawnika i zapytała I Ching: „Czy mam tutaj zostać, czy powinnam iść dalej i kontynuować poszukiwania?”.

Odpowiedź brzmiała: „Zachowaj spokój, żeby niepewność wygasła; wtedy poza zamieszaniem możesz dostrzec wielkie prawa”.

I dalej: „Jak góra zachowuje spokój we wnętrzu, tak mądry człowiek nie pozwala, żeby jego wola sprowadziła go na manowce”.

Trudno o wyraźniejszą odpowiedź. Mary poskładała łodygi i zamknęła książkę, a potem spostrzegła, że przyciągnęła krąg zaciekawionych stworzeń.

Jedno powiedziało:

– Pytanie? Pozwolenie? Ciekawość. Mary odparła:

– Proszę. Patrz.

Bardzo delikatnie ich trąby poruszyły się, sortowały łodygi takimi samymi gestami odliczania, jakie wcześniej wykonywała, przewracały stronice książki. Wyraźnie dziwił je fakt, że miała dwie ręce, że mogła jednocześnie trzymać książkę i przewracać kartki. Uwielbiały patrzeć, jak splatała palce albo bawiła się w dziecięcą grę: „Wchodzi kominiarz po drabinie”, albo kręciła młynka palcami; ten sam gest stosowała Ama w świecie Lyry do odpędzania złych duchów.

Obejrzawszy książkę i łodygi krwawnika, owinęły je starannie tkaniną i razem z książką włożyły do plecaka. Mary czuła się uradowana i uspokojona wiadomością ze starożytnych Chin, ponieważ dowiedziała się, że powinna robić właśnie to, czego obecnie najbardziej pragnęła.

Więc z lekkim sercem przystąpiła do dalszego poznawania mulefa.

Dowiedziała się, że mieli dwie płcie i żyli w monogamicznych parach. Ich potomstwo długo dorastało: co najmniej dziesięć lat dzieciństwa i bardzo powolny rozwój, o ile właściwie zrozumiała ich wyjaśnienia. W tej osadzie była piątka młodych, jedno prawie dorosłe i reszta gdzieś pomiędzy, a jako mniejsze od dorosłych nie mogły używać kół ze strąków nasiennych. Dzieci musiały poruszać się tak jak trawożerne, ze wszystkimi czterema kończynami na ziemi, lecz pomimo całej ich energii i przedsiębiorczości (podkradały się do Mary i zmykały spłoszone, próbowały wspinać się na drzewa, brodziły w płytkiej wodzie i tak dalej) wydawały się niezdarne, jakby nie w swoim żywiole. Siła, szybkość i gracja dorosłych stanowiła uderzający kontrast i Mary rozumiała, jak bardzo dorastający młodziak musi tęsknić do dnia, kiedy otrzyma koła. Widziała, jak pewnego dnia najstarsze dziecko weszło po cichu do składu, gdzie przechowywano pewną liczbę strąków, i próbowało wpasować swój przedni pazur w środkowy otwór; ale kiedy dzieciak usiłował stanąć, przewrócił się natychmiast i koło go przygniotło. Hałas zwabił dorosłego. Dzieciak szamotał się, piszcząc ze strachu, a Mary nie mogła powstrzymać się od śmiechu na ten widok, oburzonego rodzica i małego winowajcy, który uwolnił się w ostatniej chwili i umknął.

1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)