Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
Po chwili odwzajemniłem uśmiech i zacząłem wypowiadać słowo „właściwie”, którego używam zawsze, kiedy brakuje mi słów. Spróbujcie sami, a przekonacie się, że aby wydobyć z siebie dźwięk „w”, trzeba w odpowiedni sposób wydąć usta — w bardzo podobny kształt, jak podczas gwizdania. A może nawet całowania.
Sara mnie pocałowała.
Sara pocałowała mnie.
Wyglądało to tak, że ja stałem z wydętymi wargami i skołowaciałym mózgiem, a ona po prostu podeszła do mnie i wepchnęła język w moje usta. Przez chwilę myślałem, że może potknęła się na wystającej klepce i odruchowo wystawiła język, ale jakoś nie wydawało mi się to specjalnie prawdopodobne, zresztą po odzyskaniu równowagi uchowałaby przecież język z powrotem, prawda?
Nie, z całą pewnością mnie całowała. Zupełnie jak na filmie. Zupełnie nie jak w moim życiu. Przez dwie sekundy byłem zbyt zaskoczony, aby odpowiednio zareagować, muszę też przyznać, że wyszedłem z wprawy, ponieważ od ostatniego całowania upłynęło dużo czasu. Jeżeli dobrze pamiętam, miało ono miejsce za panowania Ramzesa III, kiedy zajmowałem się zbieraniem oliwek. Nie jestem pewien, jak mi wtedy poszło.
Smakowała pastą do zębów, winem, perfumami i niebem w pogodny dzień.
— Więc należysz do zespołu? — zapytała ponownie, a z faktu, iż wypowiedziała te słowa wyraźnie, wywnioskowałem, że w pewnym momencie musiała wyjąć język z moich ust, chociaż ja wciąż go czułem i wiedziałem, że już zawsze będę w stanie przywołać ten smak. Otworzyłem oczy.
Stała, patrząc na mnie. Tak, to zdecydowanie była ona. Nie kelner ani wieszak na kapelusze.
— Właściwie — wybąkałem.
Wróciliśmy do stolika, Woolf podpisywał się na rachunku do karty kredytowej. Być może na świecie miały miejsce również jakieś inne wydarzenia, nie jestem pewien.
— Dziękuję za kolację — powiedziałem jak robot.
Woolf machnął ręką i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Cała przyjemność po mojej stronie, Tom.
Był zadowolony, że powiedziałem tak. Tak, jak „Tak, zastanowię się nad tym”.
Nad czym dokładnie miałem się zastanowić, tego jakoś nikt nie potrafił sprecyzować, ale to wystarczyło, aby usatysfakcjonować Woolfa, a na razie wszyscy mieliśmy powody do zadowolenia. Wziąłem do ręki teczkę i jeszcze raz przejrzałem zdjęcia jedno po drugim.
Mały, szybki i niebezpieczny.
Sara również była, jak sądzę, zadowolona, choć w tym akurat momencie zachowywała się, jakby poza przyzwoitym posiłkiem i krótką pogawędką o nowych czasach nic się nie wydarzyło.
Niebezpieczny, szybki i mały.
A może za tym spokojem krył się kipiący wir emocji, a ona kontrolowała się tylko ze względu na obecność ojca.
Mały, szybki i niebezpieczny.
Przestałem myśleć o Sarze.
Oglądając przesuwające się przed moimi oczami fotografie tego paskudnego urządzenia, miałem wrażenie, że stopniowo budzę się z jakiegoś snu lub rzeczywistości i przechodzę do innego snu lub innej rzeczywistości. Wiem, brzmi to dziwacznie, ale ascetyczność tej maszyny — jej brzydota, niewątpliwa efektywność, czysta bezlitosność — wydawała się sączyć z papieru na moje dłonie, mrożąc mi krew w żyłach. Woolf chyba odgadł, o czym myślę.
— Nie ma oficjalnej nazwy — powiedział, wskazując na zdjęcia. — Ale tymczasowo określa się go jako Statek Powietrzny do Kontroli Terenów Miejskich i Ochrony Porządku Publicznego.
— SPOKO — powiedziałem trochę bez sensu.
— Umie pan też literować? — zapytała Sara, niemal się uśmiechając.
— Stąd robocza nazwa nadana prototypowi — dodał Woolf.
— Czyli?
Żadne z nich nie odpowiedziało, więc podniosłem wzrok i przekonałem się, że Woolf czekał, aż nasze spojrzenia się spotkają.
— Absolwent.
Rozdział 7
Włos kobiety pociągnie więcej niż sto par wołów.
James Howell
Śmigałem moim kawasaki po Victoria Embankment wyłącznie dla hecy. Żeby oczyścić rury i umysł.
Nie powiedziałem Woolfom o telefonie i paskudnym amerykańskim głosie po drugiej stronie. „Projekt Absolwent” mogło znaczyć cokolwiek — mogło nawet chodzić o absolwentów uniwersytetu — nie znałem też tożsamości dzwoniącego. Kiedy ma się do czynienia z ludźmi wyznającymi teorię spiskową — pocałunek pocałunkiem, ale bezsprzecznie z takimi właśnie ludźmi miałem do czynienia — nie ma sensu przedstawiać im dodatkowych zbiegów okoliczności, którymi mogliby się podniecać.
Opuściliśmy restaurację w stanie życzliwego rozejmu. Na chodniku Woolf uścisnął mi ramię, ponowił swoją propozycję i powiedział, żebym się z nią przespał, co mnie mocno zszokowało, ponieważ dokładnie wtedy wpatrywałem się w tyłek Sary. Kiedy jednak zdałem sobie sprawę, co tak naprawdę miał na myśli, obiecałem, że postąpię zgodnie z jego prośbą. Z grzeczności zapytałem, jak mogę się z nim skontaktować. Mrugnął i powiedział, że sam mnie znajdzie, czym się za bardzo nie przejmowałem.
Istniał oczywiście jeden szczególnie dobry powód, aby zachować względy Woolfa. Nawet jeżeli był dziwadłem i maniakiem, nawet jeżeli jego córka była jedynie bardzo atrakcyjnym manekinem do prezentacji żakietów, niezaprzeczalnie oboje posiadali pewien urok.
Staram się przez to powiedzieć, że złożyli całkiem pokaźną ilość tego uroku na moim koncie bankowym.
Proszę, nie zrozumcie mnie źle. Zazwyczaj nie przykładam większej wagi do pieniędzy. Oczywiście nie należę do ludzi, którzy pracują za darmo; nic w tym stylu. Każę sobie płacić za swoje usługi, na czymkolwiek one polegają, i złości mnie, kiedy ktoś jest mi winien pieniądze. Ale jednocześnie mogę chyba szczerze powiedzieć, że nigdy specjalnie nie uganiałem się za pieniędzmi. Nigdy nie podjąłem się niczego, co nie sprawiałoby mi choćby niewielkiej przyjemności, tylko z pobudek finansowych. Ktoś taki jak Paulie — wiele razy sam mi to mówił — spędza większą część dnia na zdobywaniu pieniędzy bądź na zastanawianiu się, jak je zdobyć. Paulie potrafi zachować się w sposób nieprzyjemny — a nawet niemoralny — jeżeli zarysuje się perspektywa otrzymania czeku z okrągłą sumką, nie będzie miał oporów. Do dzieła, powie Paulie.
Ze mną jednak sprawa ma się inaczej. Jestem ulepiony z zupełnie innej gliny. Jedyna korzyść wynikająca z posiadania pieniędzy, jedyny pozytywny aspekt tego w sumie dość wulgarnego dobra, to moim zdaniem fakt, iż za pieniądze można kupić różne rzeczy.
A rzeczy darzę naprawdę sporą sympatią.
Zdawałem sobie sprawę, że pięćdziesiąt tysięcy dolarów od Woolfa nie zapewni mi wiecznego szczęścia. Nie mogłem za nie kupić willi w Antibes, ani nawet wynająć jakiejś na więcej niż półtora dnia. Niemniej jednak były użyteczne. Poprawiały samopoczucie. Dzięki nim na moim stoliku pojawiały się papierosy.
A jeżeli w celu przynajmniej częściowego podtrzymania owego dobrego samopoczucia musiałbym spędzić kilka wieczorów w rozdziałach powieści Roberta Ludluma, całując się okresowo z piękną kobietą — jakoś bym to chyba zniósł.
Minęła północ, na Embankment panował niewielki ruch. Droga była sucha, a ponieważ mój zzr miał ochotę sobie pogalopować, wrzuciłem trzeci bieg i odegrałem w myślach fragmenty kilku rozmów kapitana Kirka z panem Chekovem, gdy tymczasem wszechświat przemeblowywał się dookoła mojego tylnego koła. Prawdopodobnie flirtowałem z prędkością stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, kiedy w zasięgu wzroku pojawił się most Westminster. Musnąłem hamulce i lekko przeniosłem ciężar ciała, przygotowując się do przechylenia motocykla i skrętu w prawo. Światła przed Parliament Square zmieniały się właśnie na zielone i ciemnoniebieski ford powoli ruszał z miejsca, więc wdusiłem mocniej pedał gazu i przygotowałem się do wyminięcia go po zewnętrznej stronie zakrętu. Kiedy się z nim zrównałem — prawe kolano zbliżyło się do asfaltu — ford zaczął odbijać w lewo, a ja wyprostowałem się, aby minąć go szerszym łukiem.