Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
- Автор: Шоу Боб
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Malgorzata Grabowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:
— Przepraszam — powiedziała pilotka oglądając się na niego. — Boli pana?
— Niespecjalnie, ale mam wypuszczone powietrze z jednego płuca, które tak silnie reaguje na przyśpieszenie, że mogłoby służyć za bezwładnościowy układ sterujący.
— Jak to się stało?
— To kłopotliwa sprawa — odparł, a następnie opowiedział jej historię pchnięcia nożem, starając się nie przedstawiać siebie w bohaterskim świetle.
To fatalnie — powiedziała ze współczuciem — ale nadal nie rozumiem, dlaczego tak się panu śpieszyło, żeby uciec z bazy. Przez chwilę Carewe zastanawiał się nad odpowiedzią.
— Chciał mnie zabić jeszcze ktoś, właśnie w bazie — rzekł i umilkł, ale nie usłyszał wybuchu śmiechu, którego się spodziewał. Colleen siedziała marszcząc brwi, a on dziwił się, jak mógł uważać, że jest zaledwie średnio atrakcyjna.
— Domyśla się pan, kto to mógł być i dlaczego to zrobił?
— Hmm… nie.
W jakimś zakamarku umysłu skojarzył wiszącą mu nad głową groźbę z faktem, że zaaplikował sobie dawkę E.80, ale jedyną osobą, której mógł się zwierzyć z tych niepokojów, był Barenboim.
Colleen wzdrygnęła się zachwycająco.
— Jakie to wszystko tajemnicze i fascynujące — powiedziała.
— Tajemnicze, owszem — odparł Carewe — ale nie rozumiem zupełnie jaki przewód, to znaczy powód… przewód… przemówił do mnie przez patefon…
— Dobrze się pan czuje? — spytała Colleen odwracając się w fotelu. — Niejasno się pan wyważa… gwałtownie.
Wpatrywał się w nią z przerażeniem. Jakieś zastraszająco dziwne rzeczy działy się ze złotymi krążkami jej oczu… nie, nawet nie z samymi oczami, tylko z ich rozstawieniem… potwornie się rozbiegły, dzieliła je teraz odległość równa obwodowi wszechświata pomniejszonemu o szerokość nosa, dlatego choć nadal znajdowały się na jej twarzy, to jednak były oddalone miliony lat świetlnych od siebie…
— Nie powoli — krzyknęła. — Bezoddychaj!
- Twoje oczy to nie Einsteinowska równoczesność mrugania.
Ręce Colleen zatrzepotały jak spłoszone ptaki.
— Nie powiem, że nie potrzebujemy odwrotnej górności.
Ryk białej wichury, napór siły ciążenia… napór? Carewe zamrugał oczami i wytężając wzrok wpatrywał się w pozostałe fotele dla pasażerów. Zmieniały położenie względem siebie, ale tym razem naprawdę. Na ciele zacisnęły mu się metalowe ramiona. Zdrowe płuco łomotało mu w piersiach jak serce. Spojrzał w dół na tańczące w oddali wierzchołki drzew, a potem znów w górę. Wahadłowiec z ziejącą prostokątną dziurą w poszyciu leciał dalej i znajdował się wysoko ponad nim, malejąc coraz bardziej. Pozostałe fotele wokół niego unosiły się i opadały na powietrznych prądach albo obracały się powoli wokół własnych osi, z wiszącymi bezużytecznie pasami. Czyste, zimne powietrze piekło go w nozdrza.
— Nie bój się — zawołała Colleen i tuż koło niego przesunął się większy od innych fotel pilota, z którego sterczały na wszystkie strony różne rurki, przewody i dźwignie. — Świat jest jak gruszka, której wierzchołek wyjdzie nam naprzeciw obrotowo.
— Co… co się stało? — krzyknął otępiały, wpijając palce w poręcze fotela. Gdzieś na zachodzie błysnęła wstążka rzeki i wydało mu się, że dostrzega na jej bliższym brzegu obłoczek dymu. Czubki drzew znajdowały się tuż, tuż i pięły się ku niemu z zastraszającą szybkością. — Co nas trafiło? — spytał.
— Każda rachuba to pewna zguba — odpowiedziała Colleen, której głos prawie zginął w szumie pędzącego powietrza.
— Uważaj — ostrzegł ją. — Zaraz lądujemy.
Przyjrzał się dokładnie poręczom fotela i odkrył w zagłębieniu sterczącą dźwigienkę, którą można było przestawić palcem. Przypomniały mu się setki broszur na temat bezpieczeństwa lotu, które kiedyś z uwagą przewertował. Pamiętał, że wciśnięcie dźwigni zwiększa porowatość niewidzialnej magnetycznej powłoki podtrzymującej fotel, a tym samym przyśpiesza opadanie, zwolnienie jej nasila pole, a przesuwanie na boki odkształca powłokę tak, że fotel leci we wskazanym kierunku.
Carewe wzdrygnął się, bo minął właśnie wierzchołki drzew i zewsząd otoczył go i pochłonął bezkształtny kocioł z liści. Słyszał niewyraźnie, jak inne fotele przebijają się z trzaskiem przez bujną roślinność, ale całą uwagę skupił na minimalnych i pozornie nieważnych poruszeniach kciuka, które miały mu zapewnić bezpieczne lądowanie. Tuż pod nim wystrzeliło w górę jakieś mniejsze drzewo. Pchnął dźwignię w prawo, celując w szarzejącą czeluść, ale fotel nie zareagował dostatecznie szybko i poleciał skosem w dół przedzierając się przez gałęzie drzewa. Podskakiwał, drżał i zwalniał, Carewe’a zaś biły po twarzy drobne gałązki, no a potem wylądował na ziemi, jakimś cudem zachowując pionową pozycję. Przez bujną roślinność spadały z głośnym trzaskiem pozostałe fotele. Carewe nacisnął przycisk zwalniający, a kiedy metalowe ramiona schowały się do swoich gniazd, wstał swobodnie z fotela.
— Hej, hej! — usłyszał.
Zadarł głowę i zobaczył, że fotel Colleen uwiązł przechylony na bok w dolnych konarach rozłożystego drzewa. Dziewczyna znajdowała się około ośmiu metrów nad ziemią, ale mimo to uśmiechała się.
— Zaczekaj! — zawołał. — Wdrapię się na drzewo.
— Dobrze jest, jak jest. Bez rachuby nie ma zguby.
Colleen oswobodziła się z fotela i zrobiła krok naprzód w przepaść. Z rozwianą grzywą ciemnych włosów, przebierając leniwie nogami, poleciała jak kamień w dół i wpadła z impetem w krzaczastą kępę.
Carewe puścił się pędem po nierównym gruncie i trzęsącymi się rękoma rozgarnął krzew. Colleen była nieprzytomna, a po czole spływała jej pojedyncza, błyszcząca jak lakier strużka krwi. Uniósł jej jedną powiekę i opuszkiem palca dotknął gałki ocznej. Oko nie zareagowało, stąd na podstawie swojej skąpej wiedzy medycznej zorientował się, że Colleen znajduje się w stanie głębokiej utraty świadomości albo nawet doznała wstrząsu mózgu. Obmacał jej bezwładne ciało, a ponieważ nigdzie nie wyczuł złamania, wyciągnął ją z krzaka i ułożył na ziemi, na mchu.
Opadł na kolana u jej boku, obejrzał dokładnie wszystkie zadrapania na swojej skórze i spróbował uporządkować w myślach całe wydarzenie. Przychodziło mu do głowy tylko jedno wytłumaczenie, a mianowicie, że do systemu klimatyzacyjnego wahadłowca wpuszczono przy pomocy mechanizmu zegarowego jakiś środek halucynogenny o szybkim działaniu. Nie był to illusogen ani żaden inny atestowany środek dostępny w handlu, ale specyfik powodujący zaburzenia w orientacji przestrzennej i ogólnej, a więc o właściwościach śmiercionośnych w warunkach lotu. Wyglądało na to, że najpierw podziałał on na Carewe’a, być może dlatego, że jego jedyne czynne płuco pracowało z prawie maksymalną wydajnością, i przypuszczalnie z tego samego powodu również wcześniej został wydalony z jego organizmu. Dzięki temu Colleen została w porę ostrzeżona i katapultowała ich z samolotu, choć narkotyk działał na nią jeszcze po wylądowaniu i dlatego próbowała spaceru w powietrzu.
Czwarta z kolei próba morderstwa, pomyślał Carewe. W dodatku ten, kto za tym stał, okazał się na tyle bezwzględny, że gotów był za jednym zamachem posłać na śmierć niewinną kobietę. Zapałał na nowo bezsilnym gniewem. Znów ocalił mu życie pomyślny zbieg okoliczności, ale przecież los nie może mu sprzyjać bez końca…