Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– Odgrodziłeś się od nas zaklęciem – rzekła surowo i z wyrzutem Kylyenna. – Jak mogłeś nam to zrobić, Arivaldku?
Czarodziej skrzywił się na takie zdrobnienie i potarł z zakłopotaniem nos.
– Muszę pracować, moje drogie – powiedział. – Jesteście urocze i kochane, ale nie mogę poświęcać wam całego czasu. Same chciałyście, abym zmierzył się z Lordem Chaosu. Czy nie powinienem więc pracować nad zaklęciami?
– Przecież możemy ci pomóc – powiedziała Ilyenna.
– Zrobimy wszystko co w naszej mocy – obiecała słodko Kylyenna.
Arivald domyślał się, na czym mogłaby polegać ta pomoc, więc przezornie się nie odezwał.
– Jesteśmy bardzo rozczarowane – rzekła po chwili milczenia Kylyenna.
– Bardzo zawiedzione – dodała Ilyenna.
– I nieszczęśliwe – dorzuciła Solyenna.
– Oczywiście nie będziemy ci się narzucać – stwierdziła bardzo godnie Kylyenna.
Arivald odetchnął z ulgą.
– Ale stanowczo żądamy, byś zdjął zaklęcie.
– Wykluczone – powiedział zdecydowanym tonem.
– Cóż, w końcu jesteśmy czarodziejkami – zauważyła Ilyenna. – Same sobie poradzimy.
– Zobaczymy – mruknął cicho Arivald i dopowiedział formułę, która czyniła Klatkę Gazboego nieprzeniknioną dla dźwięków. Wiedział już, iż nie może marnować czasu na rozmowy. Musi poważnie zabrać się do pracy.
Zdecydował się na Magiczną Ścianę Hillarego Pajęczarza, gdyż nie był człowiekiem przesądnym, a poza tym bez różdżki i tak miał niewiele większy wybór. Gorzej, że nie przygotował sobie żadnych zapasów jedzenia i picia, a zarówno Klatka, jak i Magiczna Ściana nie pozwalały, oczywiście, na użycie żadnego z teleportujących czarów Gaussa, który mógłby Arivalda przenieść, na przykład, do kuchni. Czarodziej potrafił, rzecz jasna, wyczarować sobie żywność, lecz w Bractwie czary takie uważano za mało istotne i dlatego nie przykładano do nich wagi. Poza tym wszelkie zaklęcia materializacyjne były niezmiernie skomplikowane i wyczarowanie (a nie przywołanie) zwykłej bułki z serem kosztowało masę trudu. Tak więc czarodziej nie znajdował się w najlepszej sytuacji, ale liczył na swoje szczęście, któremu znacznie bardziej zawierzał niż umiejętnościom. Nad problemem powrotu do Silmaniony wolał się na razie nawet nie zastanawiać. Miał nadzieję, że Bractwo zdecyduje się na jakąś akcję ratunkową, choć doskonale zdawał sobie sprawę ze ślimaczego tempa, w jakim czarodzieje podejmują wszelkie ważkie decyzje. No ale chyba nie pozwolą, aby zaginął jeden z najbardziej znanych członków Bractwa!
Następne trzy godziny wytrwale pracował nad Magiczną Ścianą, a rozpraszały go zarówno inność tutejszej Aury, jak i świadomość, że dziewczyny w każdej chwili mogą przerwać mu proces tworzenia zaklęcia (a czasem miało to nieodwołalne skutki). Wreszcie jednak, spocony i zmęczony, Arivald wypowiedział ostatnią sekwencję, naznaczył w powietrzu ostatnie kręgi i poczuł, jak Magiczna Ściana powstaje wokół pokoju, tworząc wibracje i zawirowania Aury. Jeżeli dziewczyny miały takie kłopoty z dezaktywacją Klatki Gazboego, pomyślał czarodziej, to Magiczna Ściana powinna dać mi już sporo czasu. Zwłaszcza że jej powstanie nie naruszało przecież samej Klatki. Był więc teraz podwójnie chroniony i mógł spokojnie zastanowić się, co robić dalej. Niestety ani Klatka, ani Magiczna Ściana Hillarego nie należały do czarów, które można chwilowo dezaktywować. Chwilowa dezaktywacja polegała, w uproszczeniu, na odwołaniu zaklęcia, które następnie można było przywołać z powrotem w bardzo prosty (i wcześniej zakodowany w Aurze) sposób. W tym wypadku jednak Arivald potrafiłby tylko zlikwidować zaklęcia, co automatycznie otworzyłoby drogę do jego pokoju. Był więc pozbawiony możliwości ruchu. Nikt nie mógł dostać się do niego, ale za to stworzył sobie całkiem przemyślnie skonstruowane więzienie.
Mógł spróbować teraz nałożyć jakieś dodatkowe zaklęcie podlegające chwilowej dezaktywacji, po czym zdjąć Klatkę i Ścianę, ale niestety nie przypominał sobie żadnego, które nie wymagałoby użycia różdżki. Wiedział, że kilka takich ma zapisanych w swojej Księdze (wydawało mu się, iż nawet pamiętał, na których stronach), ale co z tego, skoro Księga była nieosiągalna? Pogrążył się na moment w apatii, czując, że rozpoczął przegraną kampanię. Bo w końcu jak długo uda mu się przeżyć na wyczarowywanym jedzeniu (nigdy nie było tak dobre jak prawdziwe, a przy tym nie miało tych samych wartości odżywczych), jak długo można się nie kąpać i w ogóle jak długo można spędzać czas w jednym małym pokoju? Arivaldowi tylko raz zdarzyło się trafić do więzienia i w ciasnej celi przesiedział dwa lata (w wyniku pewnego nieporozumienia dotyczącego ciągłego wypadania dwunastki po rzucie dwoma kościami). Było to wyjątkowo nieprzyjemne zdarzenie, a cela wyjątkowo mało wygodna. Teraz przynajmniej mógł cierpieć wśród luksusu. Myśl o tym jednak nie poprawiła mu radykalnie humoru.
Musiał zastanowić się nad dwoma sprawami: wydostaniem się z tego świata oraz, ewentualnie, pokonaniem Lorda Chaosu. W zasadzie zdawał sobie sprawę, iż przygotowanie zaklęcia, które z powrotem przeniosłoby go do Silmaniony, jest niewykonalne. Niewykonalne bez różdżki i Księgi, no i z umiejętnościami Arivalda, który choć ostatnimi czasy bardzo się podkształcił, to jednak nie na tyle, by dokonać samodzielnie tego, nad czym biedzili się bez powodzenia inni magowie. Pozostawał tajemniczy Lord Chaosu, może się okazać przydatny. Pozostawało także czekać na pomoc z Silmaniony. Która może nadejdzie, a może nie.
Arivald nie wyczuwał żadnej magicznej aktywności na zewnątrz pokoju, więc przypuszczał, że śliczne czarodziejki albo zastanawiają się nad jakimś silnym zaklęciem przełamującym, albo uznały, że Arivald wcześniej czy później zmięknie sam. Zresztą wstyd się przyznać, ale zaczynało mu już brakować ich słodkiego szczebiotu i pieszczot.
Nagle powietrze wokół Arivalda zgęstniało i z pustki wyłonił się Lo, czyli Lohanni lai Simenei.
– O cholera! – zaklął Arivald. Nie spodziewał się, że jego zapory zostaną tak szybko złamane.
Lo skłonił się uprzejmie.
– Dostojny czarodzieju, czy nie potrzebujesz czegoś?
– Jak tu się dostałeś? – spytał mag.
– Ach, te zapory! – Lo machnął lekceważąco dłonią. – Nie działają na istoty takie jak ja. Ilyenna myśli, że mnie stworzyła – zachichotał – a tak naprawdę obudziła mnie ze snu. Strasznie już się nudziłem. Nawet śniłem o tym, że jest mi nudno. Przerażające, prawda?
Arivald miał większe kłopoty niż zastanawianie się nad snami Lo, ale uprzejmie przytaknął.
– Dały ci w kość, co? – zagadnął po chwili Lo tonem towarzyskiej pogawędki. – Bajka się powtarza.
– Jaka bajka? – czarodziej zmarszczył brwi.
– Lord Chaosu zjawił się tu również na ich zaproszenie i wytrzymał pół roku, po czym uciekł do katakumb, tworząc magiczne bariery, których do tej pory nie są w stanie przełamać. Dlatego sprowadziły ciebie. Ty wytrzymałeś niespełna dwa dni – zaśmiał się.
– Jestem już stary i schorowany. – Arivald podrapał się po brodzie w zamyśleniu. Czasem lubił robić z siebie ofiarę losu, na co zresztą nie dawali się nabierać ci, co go znali. – Nie zamierzam zostać tu na zawsze. Czy nie ma jakiegoś zaklęcia, które odesłałoby mnie z powrotem?
– Nie wiem. – Lo uśmiechnął się z zakłopotaniem. – Zaklęcia nigdy nie były moją mocną stroną. A w każdym razie nie tak poważne zaklęcia. Może spotkasz się z Lordem?
– Obawiam się, że nie byłoby mi łatwo przełamać jego zasłony.