Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Marek raz jeszcze wspiął się na umocnienia. Strzała gwizdnęła mu koło ucha — rozejrzał się dokoła próbując bezskutecznie odnaleźć nadgorliwego łucznika.
— Wstrzymajcie się! Forteca jest nasza! — krzyknął i uniósł do góry kciuk w geście przejętym z walk gladiatorów. Videssańczycy nie używali tego znaku, ale zrozumieli. Żołnierze wznieśli okrzyk radości. Zigabenos pomachał do Marka, który oddał pozdrowienie.
Wewnątrz twierdzy wyspiarze zbierali miecze poległych towarzyszy, by przekazać je krewnym — smutny zwyczaj, który Marek znał aż za dobrze. Przyniósł miecz Hemonda Helvis, po tym jak zabiły go czary Avshara. Tutaj zginęło czternastu wyspiarzy, większość z nich od poparzeń. Trybun z ulgą odkrył, że nie poległ żaden z legionistów, a tylko dwóch było rannych.
Gdy wyprowadzili jeńców z fortecy, żołnierze obu walczących stron wymieniali nazwiska i doświadczenia wojenne. Legioniści stawali się najemnikami w tym samym stopniu, co ludzie z Księstwa, wykonując swój zawód rzetelnie, ale bez wrogości. A odkąd przybyli do Imperium, Rzymianie doskonale dogadywali się z Namdalajczykami, co czasami niepokoiło samych Videssańczy-ków.
Gdy ludzie Draxa dostrzegli Namdalajczyków w armii Imperium, zasypali ich gradem obelg:
— Zdrajcy! Tchórze! Stoicie po złej stronie, wypierdki!
Oficer, który rozmawiał ze Skaurusem, Stillion z Sotevag, o czym dowiedział się wcześniej trybun, dojrzał swojego kapitana i krzyknął.
— Turgot! Powinieneś się wstydzić! — Turgot rzeczywiście wyglądał na zawstydzonego i nic mu nie odpowiedział.
Wtedy wyszedł do nich Utprand — jego lodowate spojrzenie zmroziło i uciszyło wszystkich żołnierzy.
— Zdrajcy, powiadacie? — powiedział niezbyt głośno, ale bardzo wyraźnie. — Tak, ci którzy służą Draxowi, znają to słowo bardzo dobrze. — Odwrócił się do nich plecami w pogardliwym milczeniu.
Mertikes Zigabenos odesłał pojmanych rebeliantów do stolicy pod eskortą videssańskich jeźdźców.
— Świetna robota — pochwalił Marka. — Tak wiec, ta wychwalana namdalajska forteca — zdobyta bez żadnych strat. Tak, świetna robota.
— Rzeczywiście wspaniała — powiedział Gajusz Filipus z przekąsem, gdy Zigabenos odszedł, by przygotować armię do wymarszu. — Kosztowało nas to dzień opóźnienia i przewagę, jaką daje zaskoczenie. Powiedziałbym, że Drax ubił niezły interes.
Styppes umiejętnie radził sobie z rannym Rzymianinem — był to żołnierz z paskudnie rozharata-ną łydką. Jak zawsze sam akt leczenia budził w Skaurusie lęk. Kapłan zwierał brzegi rozcięcia obiema rękami. Mamrocząc modlitwy, co pomagało mu się skoncentrować, kierował całą swoją wolę na ranę, którą właśnie opatrywał. Trybun obserwujący tę scenę, czuł jak powietrze… krzepnie? gęstnieje? — łacina nie znała odpowiedniego określenia — wokół niej, gdy leczniczy prąd przepływał przez ręce kapłana. Kiedy Styppes odsunął wreszcie dłonie, po głębokim rozcięciu na nodze mężczyzny pozostała tylko wąska, biała blizna.
— Wielkie dzięki — powiedział legionista, podnosząc się z ziemi. Odszedł energicznym krokiem, jakby gdyby nigdy nic.
Drugiemu z poważnie ranionych żołnierzy, Vaspurakanerowi, którego czaszka została rozbita przez upadający pień z rozbitej wieży, Styppes miał znacznie mniej do zaoferowania. Po zbadaniu rannego, kapłan powiedział tylko:
— Będzie żył albo umrze — jak Phos da. Ja nie potrafię go uleczyć.
Marek, choć rozczarowany, nie podejrzewał go o lenistwo. Gorgidas także nie mógłby pomóc temu biedakowi.
Trybun podszedł do Styppesa, który — co było nieuniknione, jak pomyślał Skaurus — dodawał sobie sił opróżniając bukłak z winem. Jednak, oddając mu sprawiedliwość, praca uzdrowiciela była bardzo wyczerpująca — Skaurus widział już kapłanów zasypiających na stojąco.
Styppes otarł usta, a potem osuszył rękawem swej szaty spocone czoło.
— Ty też jesteś ranny? — zapytał trybuna. — Nie widzę nigdzie krwi.
— Ee? Nie — odparł Skaurus z wahaniem. Wyciągnął rękę, pokazując kapłanowi nadgarstek. Paznokcie Helvis wbiły się głęboko i wyżłobione nimi rany wyglądały całkiem groźnie. — Nasz poprzedni lekarz dałby mi na to jakąś maść albo coś takiego. Pomyślałem sobie, że może mógłbyś?
— Co?! — ryknął wściekle Styppes. — Chcesz, żebym marnował siły na zadrapania twojej dziwki? Zabieraj się stąd. Moc Phosa nie może być przyzywana do takich bzdur, a uzdrowiciele nie powinni nawet tracić na to czasu.
— Biedny Vaspurakaner to dla ciebie za dużo, a ja za mało, tak? — odgryzł się trybun, także już rozzłoszczony. Styppes naprawdę potrafił wyprowadzić go z równowagi. — W takim razie jaki z ciebie pożytek?
— Spytaj swojego Rzymianina — odparował kapłan. — Jeżeli gangrena dobierze się do tych twoich cholernych zadrapań, wtedy się nimi zajmę. Ale teraz zostaw mnie w spokoju; tracę tyle samo sił na leczenie małych ran co i dużych.
— Och — powiedział słabo Skaurus. Nie wiedział o tym dotąd. Zdał sobie sprawę, jak mało wiedział o sztuce uzdrawiania znanej kapłanom Phosa. Styppes i jemu podobni mogli zdziałać cuda, które pozostawiały Gorgidasa w rozpaczy i bezsilnej zazdrości, ale zdawało się, że Grek także posiada umiejętności, których im z kolei brakowało.
Powracając myślą do uwagi, którą przed chwilą uczynił Gajusz Filipus, trybun zastanawiał się, jaki to właściwie interes przyjmując Styppesa.
Tego wieczora Helvis nie wróciła. Marek czekał w swoim namiocie — wciąż łudząc się nadzieją, że jednak przyjdzie — aż cały obóz wokół niego pogrążył się we śnie. W końcu zdmuchnął płomień lampki i próbował zasnąć sam. Nie było to takie łatwe. Gdy na początku zaczęli żyć ze sobą, jej obecność w łóżku wręcz przeszkadzała mu w zasypianiu. Teraz, gdy był sam, nie mógł się obejść bez jej ciepła.
Wszystko, do czego człowiek przywykł — pomyślał. Przewrócił się na drugi bok, zirytowany. To, do czego był przyzwyczajony, nie było spaniem.
Przybrzeżna równina Videssos była płaska jak żaden inny ląd, ale dla trybuna cały następny dzień wydawał się marszem pod górę. Monotonię całodziennej wędrówki przerwało na chwilę poruszenie wywołane widokiem dwóch namdalajskich zwiadowców, którzy wyłonili się z pobliskiego lasku, aby spokojnie przyglądać się armii Imperium. Jednak ani okrzyki Khamorthów, którzy rzucili się za nimi w pościg, ani ponure przekleństwa Gajusza Filipusa, po udanej ucieczce zwiadowców Draxa, nie potrafiły wyrwać Skaurusa z odrętwienia.
Pogryzając bezmyślnie pajdę razowego chleba, szedł wzdłuż via principalis, gdy słońce chyliło się już ku zachodowi. Jak zawsze, jego namiot stał dokładnie w połowie odległości miedzy dwoma głównymi wejściami do obozowiska, a przed namiotem powiewała biała flaga oznaczająca jego rangę.
Właśnie miał podnieść brezentową zasłonę przykrywającą wejście, gdy dźwięk znajomego głosu kazał mu się obrócić na pięcie.
— Tata! Tata! — wrzeszcząc z całych sił, Makie gnał przez via principalis w jego kierunku. Ponieważ rzymski obóz był zawsze zbudowany według tego samego, prostego schematu, nawet pięciolatek mógł poruszać się po nim bez trudu.
— Tęskniłem za tobą, tato — powiedział Makie, gdy trybun przykucnął, by uściskać przybranego syna. — Gdzie byłeś? Mama mówiła, że wczoraj biłeś się w bitwie. Byłeś bardzo odważny?
— Też za tobą tęskniłem — powiedział Marek. — I za twoją matką — dodał, gdy Helvis, niosąc zarówno Dostiego jak i swój podróżny kuferek, zbliżyła się do niego. Widząc trybuna, Dosti zaczął się kręcić w jej ramionach, aż w końcu musiała postawić brzdąca na ziemi. Chwiejnym krokiem podreptał do Skaurusa — jego nogi stawały się pewniejsze z każdym dniem. Trybun przygarnął syna do siebie.