Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
— Ludzie z Mackie połączyli dwa kręcące się w przeciwnych kierunkach wirniki wałkiem współosiowym. Równa siła nośna po obu stronach łopatki śmigła to możliwość niemal dwukrotnego zwiększenia prędkości. A także brak reakcji momentu obrotowego, a więc nie ma potrzeby montowania śmigła ogonowego. Mniejszy, szybszy, zwrotniejszy. Taka maszyna będzie przypuszczalnie zdolna do poruszania się z prędkością ponad sześciuset pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.
Powoli pokiwałem głową, starając się okazać, że jestem pod wrażeniem, ale tak znowu bez przesady.
— No dobrze — zgodziłem się. — Ale przecież pociski ziemia-powietrze Javelin robią prawie tysiąc sześćset cholernych kilometrów na godzinę.
Sara wbiła we mnie wzrok. Jak śmiałem podważać jej kompetencje techniczne w tej sprawie!
— Chodzi mi o to — brnąłem dalej — że niewiele to zmienia. To nadal jest helikopter i nadal można go zestrzelić. Nie jest niezwyciężony.
Sara przymknęła na sekundę oczy, zastanawiając się, jakich słów użyć, aby zrozumiał je idiota.
— Jeżeli człowiek wystrzeliwujący pocisk ziemia-powietrze zna się na rzeczy — wyjaśniła — jeżeli jest odpowiednio wyszkolony, przygotowany, wtedy ma szansę, Tylko jedną szansę. Ale idea polega na tym, że nie będzie miał czasu, aby się przygotować. Ten helikopter dopadnie go, kiedy będzie przecierał zaspane oczy.
Spojrzała na mnie surowo. Zrozumiałeś wreszcie?
— Proszę mi wierzyć, panie Lang — kontynuowała, karząc mnie za bezczelność — mówimy tu o helikopterze następnej generacji.
Wskazała głową na zdjęcia.
— No dobrze — powtórzyłem. — Okay. W takim razie muszą się cieszyć, jak nie wiem co.
— Cieszą się, Thomas — powiedział Woolf. — Bardzo, bardzo się cieszą z tej maszyny. W tej chwili goście z Mackie mają tylko jeden problem.
Ktoś niewątpliwie powinien w tym momencie zapytać ”to znaczy?”.
— To znaczy? — zapytałem.
— Nikt w Pentagonie nie wierzy, że to się może udać.
Zastanawiałem się przez chwilę.
— No to nie mogą poprosić o jazdę próbną? Przelecieć się kilka razy dookoła budynku?
Woolf wziął głęboki oddech i wyczułem, że nareszcie zbliżamy się do głównej propozycji wieczoru.
— Maszynę uda się sprzedać Pentagonowi i pięćdziesięciu innym siłom powietrznym z całego świata, jeżeli zobaczą ją w akcji w jakiejś poważnej operacji antyterrorystycznej.
— W porządku — powiedziałem. — Twierdzi pan, że muszą zaczekać na kolejną olimpiadę w Monachium?
Woolf nie spieszył się, odwlekając puentę, aby podkreślić jej znaczenie.
— Nie to mam na myśli, panie Lang — oznajmił. — Mam na myśli to, że oni postarają się, aby kolejna olimpiada w Monachium się wydarzyła.
— Dlaczego pan mi to mówi?
Piliśmy już w tym momencie kawę, a zdjęcia powędrowały z powrotem do teczki.
— Jeżeli ma pan rację — powiedziałem — a osobiście ugrzęzłem gdzieś w połowie tego „jeżeli” z pękniętą oponą i brakiem zapasowej, ale jeżeli ma pan rację, co pan zamierza w tej sprawie zrobić? Napisać do „Washington Post”? Do Esther Rantzen? Co pan zamierza?
Woolfowie zamilkli i nie byłem do końca pewien dlaczego. Być może uznali, że wystarczy przedstawić mi swoją teorię, a ja natychmiast poderwę się na nogi, naostrzę maselniczkę i zawołam: „Śmierć producentom broni!”. Mnie to jednak kompletnie nie wystarczało. No bo jakim cudem?
— Czy uważasz się za dobrego człowieka, Thomas? To był Woolf.
— Nie, nie uważam się — odparłem. Sara podniosła wzrok.
— Za jakiego w takim razie?
— Uważam się za człowieka wysokiego. Biednego. Człowieka z pełnym żołądkiem. Człowieka z motocyklem — przerwałem i poczułem na sobie jej wzrok. — Nie wiem, co rozumiecie przez „dobry”.
— Chodzi nam o to, czy stoisz po stronie aniołów — wyjaśnił Woolf.
— Anioły nie istnieją — odpowiedziałem szybko. — Przykro mi, ale nie istnieją.
Nastąpiła chwila ciszy, podczas której Woolf powoli kiwał głową, jakby przyznawał, że, owszem, jest to jakiś punkt widzenia, tyle tylko, że niezmiernie przykry. Sara westchnęła i wstała.
— Panowie wybaczą.
Razem z Woolfem chwyciliśmy za swoje krzesła, ale zanim zdołaliśmy wykonać jakikolwiek znaczący akt powstania z miejsc, Sara znajdowała się już w połowie sali. Podeszła do kelnera, szepnęła mu coś do ucha, skinęła głową, kiedy odpowiedział, i skierowała się ku sklepionemu przejściu w tylnej części sali.
— Thomas — podjął Woolf — pozwól, że ujmę to w ten sposób. Źli ludzie szykują się do zrobienia złych rzeczy. Mamy szansę ich powstrzymać. Pomożesz nam?
Zamilkł. Czekał, co powiem.
— Wciąż nie odpowiedział pan na moje pytanie — odparłem. — Jakie są wasze plany? Niech pan mi je zdradzi. Co jest złego w pójściu z tą sprawą do prasy? Albo na policję? Albo do CIA? Wystarczy przecież, że weźmiemy książkę telefoniczną, kilka monet i po problemie.
Woolf potrząsnął głową z irytacją i postukał knykciami w stół.
— Nie słuchałeś tego, co mówiłem, Thomas — powiedział. — Mamy tu do czynienia z biznesem. Największym biznesem na świecie. Kapitał. Nie staje się do walki z kapitałem przy pomocy telefonu i dwóch uprzejmych listów do kongresmanów.
Wstałem, chwiejąc się lekko od wypitego wina. Lub rozmowy.
— Wychodzi pan? — zapytał Woolf, nie podnosząc głowy.
— Być może — odparłem. — Być może — naprawdę nie wiedziałem, co zamierzam zrobić. — Ale najpierw udam się do toalety.
Z całą pewnością to właśnie zamierzałem zrobić, ponieważ byłem zdezorientowany, a widok porcelany pomaga mi się skupić.
Powoli przeszedłem przez restaurację w kierunku tylnego przejścia, w głowie dzwoniły mi wszelkiego rodzaju źle poukładane osobiste pakunki, które mogą spaść z półki i uszkodzić współpasażerów — po co w ogóle rozmyślałem o odrywaniu się od ziemi, pasach startowych i wyruszaniu w długą podróż? Musiałem się z tego wyplątać i szybko się ulotnić. Już samo przeglądanie tych fotografii było wystarczająco głupie.
Skręciłem ku przejściu i zobaczyłem, że Sara stoi we wnęce przy automacie telefonicznym. Była odwrócona tyłem do mnie, głowę pochyliła do przodu, tak że niemal opierała się nią o ścianę. Stałem tam przez chwilę, przyglądając się jej szyi, włosom, ramionom i, no dobrze, wydaje mi się, że zerknąłem też na jej tyłek.
— Cześć — odezwałem się głupawo.
Odwróciła się gwałtownie i przez króciutką chwilę wydawało mi się, że widzę na jej twarzy prawdziwy strach — przed czym, nie miałem najmniejszego pojęcia — ale natychmiast się uśmiechnęła i odłożyła słuchawkę.
— No to jak — powiedziała, robiąc krok w moim kierunku — należysz do zespołu?