Muzyka duszy [Soul Music - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-036-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Muzyka duszy [Soul Music - pl]». Краткое содержание книги:
Tak. Ma Śmierć w rodzinie.
Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę — zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.
A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.
Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale…
Jest… żywa.
I nie chce ucichnąć.
„Niewielu zdaje sobie sprawę”, pisał, „że Ankh posiada znaczną i różnorodną populację ryb…[14]”.
Odrzucił pióro i gniewnie ruszył korytarzem do gabinetu dziekana.
— Co to było, do demona?! — krzyknął. Dziekan podskoczył.
— To… to jest… to jest gitara, nadrektorze — wyjaśnił, cofając się przed Ridcullym. — Właśnie ją kupiłem.
— To widzę. I słyszę. Co właściwie pan tu wyprawia?
— Ćwiczyłem te, no… riffy. — Dziekan zamachał marnie wydrukowanym drzeworytem.
Nadrektor wyrwał mu papier.
— „Podręcznik gitarowy Blerta Wheedowna” — odczytał. — „Wygraj swój sukces w trzech prostych i osiemnastu trudnych lekcjach”. I co? Nie mam nic przeciwko gitarom, miłej atmosferze, podglądaniu młodych dam w majowy poranek i tak dalej, ale to przecież nie gra. To zwykły hałas. Niby co to miało być?
— Krótkie solo oparte na skali pięciotonowej E, z motywem molowym?
Nadrektor zerknął na otwartą stronicę.
— Ale tutaj jest napisane „Kroki wróżki”.
— Eee, no… Byłem trochę niecierpliwy.
— Nigdy nie byłeś muzykalny, dziekanie — rzekł Ridcully. — To jedna z twoich zalet. Skąd to nagłe zainteresowanie… Co masz na nogach?
Dziekan spuścił wzrok.
— Tak mi się wydawało, że jesteś trochę wyższy — stwierdził Ridcully. — Stoisz na deskach?
— To tylko grube podeszwy — zapewnił dziekan. — Takie… takie coś, co wynalazły krasnoludy. Ogrodnik Modo twierdzi, że to koturny.
— To jak na Moda dość mocne określenie… Hm, kota urny… Ale powiedziałbym, że ma rację.
— Nie, to ten model podeszwy… — poprawił go załamany dziekan.
— Ehm… Przepraszam bardzo, nadrektorze…
To kwestor pojawił się w progu. Za nim stał potężny, czerwony na twarzy mężczyzna, który zaglądał mu przez ramię.
— O co chodzi, kwestorze?
— Tego… ten dżentelmen chce…
— Chodzi o waszego małpiszona — przerwał mu mężczyzna. Ridcully się rozpromienił.
— Tak?
— Jak się wydaje, ukra… tego… zdjął koła z wózka tego dżentelmena — tłumaczył kwestor, który znajdował się na krzywej spadkowej swego cyklu psychicznego.
— Jesteście pewien, że to bibliotekarz?
— Gruby, ruda sierść, często mówi „uuk”.
— To on. Coś podobnego. Ciekawe, czemu to zrobił — zastanawiał się Ridcully. — Z drugiej strony wiecie, jak to mówią: pięciuset-funtowy goryl może spać, gdzie mu się podoba.
— Ale trzystufuntowy małpiszon niech lepiej odda mi te przeklęte koła — oświadczył niewzruszony mężczyzna. — Jeśli nie dostanę swoich kół, będziecie mieli kłopoty.
— Kłopoty? — powtórzył Ridcully.
— Tak. I proszę mnie nie straszyć. Nie boję się magów. Wszyscy wiedzą, że prawo nie pozwala wam używać magii przeciwko cywilom.
Mężczyzna zbliżył się do nadrektora i groźnie uniósł pięść. Ridcully pstryknął palcami. Dmuchnęło; zabrzmiał cichy skrzek.
— Zawsze uważałem to raczej za wskazówkę — powiedział łagodnie. — Kwestorze, wynieś tę żabę na trawnik, a kiedy znowu będzie sobą, wypłać mu dziesięć dolarów. Dziesięć dolarów wystarczy, prawda?
— Rech — zapewniła pospiesznie żaba.
— Dobrze. A teraz czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, co się tu właściwie dzieje?
Z dołu usłyszeli serię głośnych trzasków.
— Dlaczego jakoś mi się wydaje — zwrócił się Ridcully do świata jako całości — że to nie będzie odpowiedź?
Służba nakrywała stoły do drugiego śniadania, co zajmowało zwykle sporo czasu. Ponieważ magowie traktowali posiłki z powagą i zostawiali po sobie bałagan, stoły były permanentnie albo sprzątane, albo nakrywane, albo zajęte. Same nakrycia wymagały znacznej staranności: każdy z magów potrzebował dziewięciu noży, trzynastu widelców, dwunastu łyżek i jednego młoteczka — nie wspominając już o mnóstwie kieliszków.
Magowie pojawiali się zwykle dostatecznie wcześnie przed posiłkiem. Często nawet nie zdążyli jeszcze wstać od stołu po drugiej dokładce poprzedniego.
W tej chwili jeden z nich siedział przy stole.
— To runy współczesne, jak widzę — stwierdził nadrektor. Wykładowca trzymał w rękach dwa noże. Przed sobą ustawił słoiczki z solą, pieprzem i musztardą. I talerz na ciasto. I parę pokryw do półmisków. Wszyskie je energicznie okładał nożami.
— Po co on to robi? — zdziwił się Ridcully. — Dziekanie, przestań przytupywać.
— To zaraźliwe — stwierdził dziekan.
— To zaraża — poprawił go Ridcully.
Wykładowca run współczesnych w skupieniu marszczył czoło. Widelce podskakiwały na blacie. Trafiona przypadkowym uderzeniem łyżka zawirowała w powietrzu i trafiła kwestora w ucho.
— Co on wyprawia?
— To bolało!
Magowie otoczyli wykładowcę run współczesnych. Nie zwracał na nich najmniejszej uwagi. Pot ściekał mu po brodzie.
— Właśnie stłukł komplet do przypraw — zauważył Ridcully.
— Będzie szczypało w oczy przez parę godzin.
— Owszem, ostry jest jak musztarda — przyznał dziekan.
— Żeby tylko nam nie dosolił — mruknął pierwszy prymus. Nadrektor uniósł dłoń.
— Domyślam się, że ktoś zamierza zaraz powiedzieć coś w stylu: „Mam nadzieję, że straż się nie dopieprzy” — rzekł. — Albo: „Chłop jest dzisiaj nie w sosie”. Założę się, że wszyscy myślicie, co by tu powiedzieć głupiego o keczupie. A ja chciałbym się tylko dowiedzieć, jaka jest różnica między moimi wykładowcami a bandą idiotów z groszkiem zamiast mózgów.
— Cha, cha, cha — wtrącił nerwowo kwestor, wciąż rozcierając ucho.
— To nie było pytanie retoryczne. — Ridcully wyrwał wykładowcy noże. Doświadczony profesor przez chwilę okładał jeszcze powietrze, po czym jakby się przebudził.
— Och, witam, nadrektorze. Jakieś kłopoty?
— Co robiłeś?
Wykładowca spojrzał zdziwiony na stół.
— Synkopował — podpowiedział dziekan.
— Wcale nie!
Ridcully zmarszczył czoło. Był człowiekiem gruboskórnym, prostolinijnym, taktownym jak młot parowy i obdarzony mniej więcej takim samym poczuciem humoru. Ale nie był głupi. Wiedział, że magowie są jak kurki na dachu albo kanarki, których górnicy używają do wykrywania przecieków gazu. Magowie z samej swej natury dostrojeni są do częstotliwości okultystycznych. Jeśli zdarzało się coś niezwykłego, to zwykle zdarzało się magom. Obracali się, można powiedzieć, twarzą do tego. Albo spadali z grzędy.
— Jakim cudem wszyscy nagle stali się tacy muzykalni? — zapytał. — Używam tego terminu w najszerszym możliwym znaczeniu, oczywiście. — Przyjrzał się zebranym magom, po czym zerknął na podłogę. — Wszyscy macie kocie urny na butach!
Magowie z pewnym zdziwieniem popatrzyli na własne stopy.
— Słowo daję, rzeczywiście wydawało mi się, że jestem trochę wyższy! — zawołał pierwszy prymus. — Myślałem, że to dzięki diecie selerowej[15].
— Właściwym obuwiem maga są buty lekkie, spiczaste albo wysokie i solidne — oświadczył Ridcully. — A kiedy czyjeś obuwie kocie-je, coś nie pasuje.
— To koturny — poprawił go dziekan. — Mają takie małe spiczaste cosie nad…
Nadrektor oddychał ciężko.
— Kiedy wasze buty zmieniają się same z siebie… — zaczął.
— Coś magicznego zbliża się wielkimi krokami?
— Cha, cha, to było niezłe, pierwszy prymusie — pochwalił dziekan.
14
To prawda. Natura potrafi przystosować się niemal do wszystkiego. Istniały ryby, które wyewoluowały do życia w rzece. Wyglądały jak skrzyżowanie kraba o miękkiej skorupie z przemysłowym odkurzaczem, miały tendencję do eksplodowania w czystej wodzie, a czego się używa jako przynęty, nie powinno nikogo interesować. Były jednak rybami, a taki sportowiec jak Ridcully nie przejmuje się smakiem swoich zdobyczy.
15
Pierwszy prymus wyznawał teorię, że długie artykuły spożywcze — fasolka szparagowa, seler naciowy i rabarbar — czynią jedzącego wyższym, dzięki słynnej doktrynie podpisu. Z pewnością czyniły go lżejszym.