Muzyka duszy [Soul Music - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-036-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Muzyka duszy [Soul Music - pl]». Краткое содержание книги:
Tak. Ma Śmierć w rodzinie.
Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę — zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.
A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.
Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale…
Jest… żywa.
I nie chce ucichnąć.
Wylądował na trawniku Niewidocznego Uniwersytetu i pobiegł do Głównego Holu. Wymachiwał rękami nad głową, by utrzymać równowagę.
Znieruchomiał nagle.
Księżycowy blask spływał przez wielkie okna, oświetlając to, co nadrektor zawsze określał „naszymi wielkimi organami”, budząc zakłopotanie pozostałych wykładowców.
Rzędy piszczałek całkowicie przesłaniały jedną ze ścian. W półmroku wyglądały jak kolumny, czy może raczej stalagmity w jakiejś potwornie starej jaskini. Niemal zagubiony wśród nich stał pulpit ze swymi trzema ogromnymi manuałami i setką rejestrów dla specjalnych efektów dźwiękowych.
Nieczęsto ich używano — tylko na specjalne uroczystości albo podczas Magicznego Przepraszam[9].
Jednak, pompując miechy i wydając czasem ciche, podniecone „uuk”, bibliotekarz czuł, że można z nimi osiągnąć o wiele więcej.
Dorosły samiec orangutana wygląda może jak przyjazny kłąb starych koców, jednak ma w sobie siłę, która potrafi zmusić równego mu wagą człowieka do zjedzenia solidnego kawałka dywanu. Bibliotekarz przerwał pompowanie dopiero wtedy, gdy dźwignia była już za gorąca, by ją utrzymać, a miechy warczały i gwizdały wokół nitów.
Potem wskoczył na miejsce organisty.
Cała konstrukcja brzęczała cicho pod straszliwym ciśnieniem.
Bibliotekarz splótł dłonie, aż trzasnęły palce, co brzmi imponująco, gdy ktoś ma tyle dłoni i palców co orangutan.
Uniósł ręce.
Zawahał się.
Opuścił ręce i wyciągnął gałki Vox Humana, Vox Dei i Vox Diabolica.
Jęki organów stały się bardziej naglące.
Uniósł ręce.
Zawahał się.
Opuścił ręce i wyciągnął wszystkie gałki, w tym dwanaście oznaczonych „?” oraz dwie z wyblakłymi etykietami, ostrzegającymi w kilku językach, by absolutnie ich nie dotykać — nigdy, pod żadnym pozorem.
Uniósł ręce.
Uniósł też nogi, ustawiając je nad co bardziej niebezpiecznymi pedałami.
Zamknął oczy.
Przez chwilę siedział nieruchomo, w milczącej zadumie — pilot oblatywacz, gotów rozciąć zalakowaną kopertę w kabinie kosmolotu „Melodia”.
Pozwolił, by dźwięczne wspomnienie muzyki wypełniło mu głowę, popłynęło wzdłuż ramion do palców…
Ręce opadły.
— Co zrobilliśmy? Cośmy zrobillli? — pytał Imp. Podniecenie urządzało sobie wyścigi na bosaka w górę i w dół jego pleców. Siedzieli w małym, zagraconym pokoiku za barem.
Buog zdjął hełm i wytarł go od środka.
— Uwierzysz, jak ci powiem, że czterotaktowy rytm dwie czwarte, melodyczny, z wyprzedzającym rytmem basowym?
— Co to jest? — zdziwił się Lias. — Co znaczy?
— Jesteś muzykiem, prawda? Jak ci się wydaje, co właściwie robisz?
— Walę młotkami w kamienie — wyjaśnił Lias, urodzony perkusista.
— Allle ten kawałek, który zagrałeś… — wtrącił Imp. — No wiesz… To w środku… Pamiętasz, to bam-bach bam-bach bam-bam-BACH… Skąd wiedziałeś, jak to zabębnić?
— To kawałek, który musiał tam być — wyjaśnił Lias. Imp spojrzał na gitarę, którą odłożył na stół. Wciąż grała cicho sama z siebie, jakby mruczał kot.
— To nie jest normallny instrument — oświadczył, wskazując ją palcem. — Ja tyllko tam stałem, a ona zaczęła grać całkiem sama!
— Pewnie należała do maga. Tak jak mówiłem — stwierdził Buog.
— Nie — mruknął Lias. — W życiu żem nie znał maga, co by był muzykalny. Muzyka i magia się nie miesza.
Spojrzeli na gitarę.
Imp nie słyszał jeszcze o instrumencie, który sam by grał, jeśli nie liczyć legendarnej harfy Wynnenna Frssa, która śpiewała, kiedy zagrażało niebezpieczeństwo. A i to działo się w czasach, kiedy krążyły smoki. Śpiewające harfy pasowały do smoków. Wydawały się całkiem nie na miejscu w mieście z gildiami i całą resztą.
Drzwi otworzyły się nagle.
— To było… niesamowite, chłopaki — oświadczył Hibiskus Dunelm. — Jeszcze czegoś takiego nie słyszałem! Możecie zagrać znowu jutro wieczorem? Tu jest wasze pięć dolarów.
Buog przeliczył monety.
— Mieliśmy cztery bisy — zauważył.
— Na waszym miejscu poskarżyłbym się gildii.
Trio popatrzyło na pieniądze. Robiły spore wrażenia na ludziach, którzy ostatni posiłek zjedli dwadzieścia cztery godziny temu. Pięć dolarów to nie była stawka gildii. Z drugiej strony były to bardzo długie dwadzieścia cztery godziny.
— Jeśli zagracie jutro — obiecał Hibiskus — dam wam… dam wam sześć dolarów. Co wy na to?
— A niech mnie… — mruknął Buog.
Mustrum Ridcully poderwał się i usiadł, ponieważ całe łóżko wibrowało delikatnie i przesuwało się po podłodze. A więc w końcu się zaczęło! Próbowali go dorwać!
Awans na Niewidocznym Uniwersytecie polegał zwyczajowo na zajęciu czyjegoś fotela, zwykle po dopilnowaniu, żeby poprzedni właściciel był już bezpiecznie martwy. Ta tradycja zaczęła ostatnio zanikać. Działo się tak przede wszystkim z przyczyny samego Ridcully’ego. Był duży i utrzymywał się w dobrej formie, a także — o czym przekonało się trzech nocnych kandydatów na stanowisko nadrektora — miał znakomity słuch. Zostali kolejno: wywieszeni przez okno za kostki nóg, ogłuszeni łopatą i doznali złamania ręki w dwóch miejscach. Poza tym wiadomo było, że Ridcully sypia z dwiema naładowanymi kuszami przy łóżku. Miał dobrotliwe usposobienie, więc prawdopodobnie nie strzeliłby nikomu w oboje uszu.
Takie względy promowały bardziej cierpliwą odmianę maga. Każdy prędzej czy później umiera. Mogą zaczekać.
Ridcully rozejrzał się i uznał, że pierwsze wrażenie było mylne. Jak się zdawało, nie działały żadne zabójcze czary. Rozbrzmiewał jedynie dźwięk. Wciskał się we wszystkie zakamarki pokoju.
Ridcully wsunął stopy w kapcie i wyszedł na korytarz, gdzie kręcili się już pozostali członkowie grona profesorskiego i sennie wypytywali się nawzajem, co się dzieje, do demona. Z sufitu jednolitą mgiełką sypał się na nich tynk.
— Skąd ten hałas?! — krzyknął Ridcully.
Odpowiedział mu chór niesłyszalnych wyrazów zdumienia oraz wzruszenia licznych ramion.
— Już ja się dowiem! — oświadczył nadrektor i pomaszerował do schodów. Pozostali ruszyli za nim.
Szedł, prawie nie zginając kolan ani łokci — pewna oznaka człowieka prostolinijnego w paskudnym humorze.
Cała trójka nie odzywała się po drodze z Bębna. Nie mówili ani słowa, zmierzając do delikatesów Świdry. Milczeli, czekając w kolejce, a kiedy dotarli do lady, powiedzieli tylko:
— No więc… jedna quatre-rodenti z dodatkowymi traszkami, ale bez chili, jedna ostra klatchiańska z podwójnym salami i jedna cztery warstwy, nie dodawać smoły.
Usiedli, żeby zaczekać. Gitara zagrala krótki czteronutowy riff. Starali się o tym nie myśleć. Starali się myśleć o innych sprawach.
— Chyba zmienię sobie imię — stwierdził po chwili Lias. — No wiecie… Lias? Niedobre imię w muzycznym biznesie.
— Na jakie chcesz sobie zmienić? — zainteresował się Buog.
— Myślalżem… Tylko się nie śmiejcie… Myślałżem… Klif?
— Klif?
— Dobre trollowe imię. Bardzo skaliste. Nic w nim złego — zapewnił nieco zakłopotany Klif ne Lias.
— No… niby tak… ale sam nie wiem… znaczy… Klif? Nie wyobrażam sobie, żeby w tym biznesie długo pociągnął ktoś z imieniem Klif.
9
Magowie nie wydają balów. Jest nawet popularna piosenka na ten temat. Ale wydają swoje doroczne Magiczne Przepraszam — otwarte dla wszystkich tańce. To jedno z najważniejszych wydarzeń w kalendarzu towarzyskim Ankh-Morpork. W szczególności bibliotekarz zawsze oczekiwał go niecierpliwie i zużywał zadziwiające ilości pomady do włosów.